21 kwietnia 2016

Truskawkowy lodzik

Zacznę starym tekstem z lat nastoletniego buntu, kiedy rasizm jeszcze nie był rasizmem, a jedynie niewinnym żartem.
Dzisiaj net śmiga jak murzyn na pasach. Pojawia się i znika.
Nie doczekawszy się sprawnie otwierających stron, które dałyby mi możliwość sprawdzenia poczty elektronicznej, doszłam do wniosku, że bardziej konstruktywne będzie ruszenie tyłka sprzed kompa i sprawdzenie co pozostało w lodówce oraz czy da się z tego zrobić obiad. Po wnikliwej analizie zawartości chłodziarki i zamrażarki okazało się, że jeśli dokupię kilka brakujących składników, to owszem, obiad powstanie.
Narzuciłam na siebie coś, co od biedy mogło uchodzić za strój wyjściowy – czytaj: pozbyłam się koszulki udającej piżamę i oblekłam swoje stare kości w dres : P
Dzielnie ujęłam w dłoń reklamówkę i wyruszyłam na poszukiwanie brakujących elementów potencjalnego obiadowego żarcia.
Ku mojej radości okazało się, że wymarzony makaron w kształcie mini muszelek dostanę w pobliżu mojej jaskini nolife.
Ustawiłam się więc grzecznie w kolejce. Udając, że nie zauważam wchodzącej tuż za mną bardzo dalekiej znajomej z dawnej pracy, która swoim codziennym zwyczajem przywlokła się mocno skacowana po coś na „rozruch”. Zresztą nawet nie musiałam udawać. W stanie, w którym była i tak by mnie nie poznała. Tak jak zwykle. Jak promile do końca opuszczą krwioobieg, to sama sobie przypomni, że mnie zna i przyleci zapytać o drobne na piwo. Tak jak zwykle.
Stoję więc sobie grzecznie w kolejce, ściskając w łapkach reklamówkę i wpatrując się z pożądaniem w makaron zalegający na półce. W międzyczasie w myślach poganiam dwie dziewczynki w różowych kurteczkach (litości, co rodzice mają z tym kolorem różowym?), które kolejną minutę zastanawiają się nad wyborem rakotwórczych chipsów marki czips.
Dawać, przyszłości narodu! Są tylko dwa smaki! Wybór nie jest trudny!
Nie byłoby w tym nic niezwykłego, szalonego – zwykle tak jest, że małe dziewczynki stojące przede mną w kolejce zastanawiają się kilka godzin nad tym czy lepiej kupić lizaka w kolorze czerwonym, czy może żółtym. A może zamiast lizaka kupić gumę kulkę? Ojej... one też są kolorowe... to jaki kolor wybrać?
W myślach szarżowałam już na dziewczynki, dzierżąc bojowo reklamówkę w dłoni, kiedy drzwi sklepu otworzyły się i do środka weszło... a nie... weszło nie jest dobrym określeniem. Wbiegło, popychając się, chichocząc (!) dwóch młodych chłopców, o obliczach nieskalanych myśleniem. Zakręcili się po sklepie, chichocząc, popychając, obejmując wpół (!), krygując jak niewinne dziewczę opuszczające nieśmiało oczęta, gdy na jego licach pojawia się krwisty rumieniec, wywołany jakże śmiałym spojrzeniem zalotnika.
Na buźkach dziewczynek w różowych kurteczkach pojawił się równie wdzięczny rumieniec. Odsunęły się od lady, zaprzestając dyskusji na temat wyboru chipsów. Bardzo daleka znajoma z dawnej pracy, uniosła skacowany wzrok na młodzieńców i... posyłając im szczerbaty uśmiech, spłonęła rumieńcem...
Mój blady ryj, jak był blady, tak blady pozostał. Nigdy jakoś nie podążałam za ogólnie pojętymi trendami.
- Bo my piwo chcieliśmy – zapiszczeli młodzieńcy zgodnie.
Dżizas... nie znoszę... no wybaczcie, ale nie znoszę. Słuchania wypowiedzi młodzieńców przechodzących mutację. Nie tylko ja nie znoszę. Na niektórych komunikatorach głosowych w grze, jest absolutny zakaz przyjmowania do gildii młodzieńców piszczących do mikrofonu. Wymyślili to dorośli, którzy chcą pograć w spokoju. Tia, wiem, wredni czasami jesteśmy.
- Poproszę dowód – sprzedawczyni uśmiechnęła się spokojnie.
Kobieto, kogo ty prosisz o dowód? Przecież oni nawet tymczasowego chyba nie mają!
- Nie mamy – odpiszczała przyszłość narodu płci męskiej.
- W takim razie nie mogę wam sprzedać – sprzedawczyni pokręciła głową.
I tu do akcji wkroczyła bardzo daleka znajoma z dawnej pracy.
- Ale ja wam chłopcy kupię! Mi może pani sprzedać! Znam swoje prawa! Dajcie te pieniążki! – zatrzepotała zalotnie rzęsami, ukazując w szerokim uśmiechu puste miejsce po jedynkach, dwójkach.
Młodzieńcy zapiszczeli radośnie. Serio. Zapiszczeli. Zaczerwienili się nawet. Zakręcili ponownie po sklepie. Z chichotem, obejmowaniem się wpół, wstydliwie ponasuwali kaptury na twarz, chowając w ich cieniu zarumienione lica... Dali kasę.
Gdyby spojrzenia mogły zabijać, bardzo daleka znajoma z dawnej pracy leżałaby trupem. Z oczu sprzedawczyni poleciały nie noże, ale siekiery, miecze katowskie, łącznie z gilotyną i kołem tortur.
- Gumy jeszcze kup – zapiszczał jeden z młodzieńców.
- Jakie?
- Truskawkowe!
- Będzie truskawkowy lodzik – zachichotał piskliwie drugi młodzieniec, spoglądając na swojego hm... kolegę?... towarzysza?... cholera wie co?
- Truskawkowe lodziki są najlepsze – zachwycił się, wciąż piskliwie, pierwszy z... chyba chłopców? Osób o odmiennej orientacji seksualnej?
Sprzedawczyni dołożyła do piw stojących na ladzie dwie gumy do żucia...
Piskliwe osobniki spojrzały na siebie podejrzliwie. Chyba nie do końca o takie gumy chodziło?
Poczekali tylko na podsumowanie rachunku, po czym porwali z lady zakupy, biegnąc w stronę wyjścia, pozostawiając na ladzie resztę pieniędzy.
Romantycznie można by napisać, że trzymając się za splecione w czułym uścisku dłonie, pobiegli w stronę zachodzącego słońca. Tyle, że słońca nie było.
Szczęka mi opadła.
Wkrótce potem sklep opuściły dziewczynki w różowych kurteczkach (wreszcie się kurde zdecydowały!), bardzo daleka znajoma z dawnej pracy (dorwała swoje piwo na kaca).
- Ma... makaron... poproszę... – wydukałam, z trudem przypominając sobie po co przyszłam.
- Jaki?
- Ten – pokazałam palcem. Wiem, nieładnie, nie powinno się pokazywać palcem.
Jednak po tym co zobaczyłam, nie ośmieliłabym się powiedzieć, że chcę kupić muszelki.