10 maja 2019

Jak (nie)zapisać się na badanie


Jako, że Młodej (Gimbusównie) wykryto bradykardię, co skutkuje dosyć częstym wylogowywaniem się ze świata realnego i znacznie utrudnia życie, łącznie z nieotrzymaniem zdolności do pracy, postanowiłyśmy rozpocząć diagnozowanie. Skąd, co, dlaczego, jak temu zaradzić, aby Młoda mogła normalnie funkcjonować.
Wszystko szło w miarę gładko do momentu gdy dostałyśmy skierowanie na Tilt Test. To takie badanie pochylniowe.
Klinika w Zabrzu, w której Młoda jest pacjentką – niestety nie ma takiej pracowni.
Nie przejmowałam się tym zbytnio, bo w końcu mam wreszcie do dyspozycji samochód, jeździć lubię, to spoko, pośmigam z Młodą, zamiast nawalać w Wiedźmina.

Pierwszy szpital, w Rudzie Śląskiej, w którym można było wykonać to badanie. Tu poszło szybko – mieliśmy remont, nie mamy już pracowni, badania nie wykonujemy. A zresztą po co takie badanie? Teraz to już go się nie wykonuje.

Znalazłyśmy w internecie informację, że owo badanie można wykonać na ul. Ziołowej w Katowicach.
No to z powrotem w auto, wracamy na Zabrze po zmianę placówki na skierowaniu i lecimy na Katowice.
Wszystko fajnie, nawet udało mi się tam zaparkować – bo wiadomo Katowice totalnie zatłoczone – no ale zaliczyłyśmy wielkie zdziwienie.
Najpierw przegoniono nas po piętrach, z oddziału na oddział, bo może któryś Młodą przyjmie i zrobią jej badanie. Wiecie, to tak w ramach testu: jak ktoś z chorym sercem pozalicza te piętra, to albo się wykończy (wtedy widać naprawdę był chory), albo nic mu nie będzie (po co leczyć zdrowego?)
Potem okazało się, że owo badanie można zrobić tylko w pracowni tego szpitala. Jak dla mnie, to mogą to nawet robić w pracowni na parkingu, byle zrobili.
Jednak zapisanie się na badanie nie jest takie proste. Po pierwsze Młoda musi być pacjentką ichniejszej poradni kardiologicznej (czyli zrezygnować z Zabrza, zarejestrować się w Katowicach i może pod koniec roku albo w przyszłym lekarz ją przyjmie i wypisze (kolejne) skierowanie na to badanie...), albo leżeć na oddziale u nich. Niestety na oddział jej nie przyjmą, bo jest pacjentką kliniki w innym mieście...
Jak nas poinformowano: jest jedno wyjście - jak zemdleje w Katowicach (najlepiej w okolicy szpitala), to wtedy karetka ją tu przywiezie no i zrobią badanie...
No, ale bez przesady – tu wyszła ze mnie wredna matka. Nie będę codziennie wozić Młodej po Ochojcu i czekać, aż mi odpłynie w aucie.

Nie pozostało nic innego jak wrócić do Zabrza i poinformować o zaistniałej sytuacji. Lekarz prowadzący posprawdzał i okazało się, że Tilt Test na pewno robi szpital na ul. Legionów w Bytomiu. Odpowiednie skierowanie zostały wypisane i można ruszać w drogę.
Nauczona doświadczeniem bezsensownego przejeżdżania kilometrów od miasta do miasta, najpierw tam zadzwoniłam. Połączono mnie z kardiologią i przedstawiłam miłej pani sytuację. Okazało się, że oczywiście, mają pracownię, robią. Pani nawet mi przedstawiła jak to będzie wyglądać, i że mam tylko przywieźć skierowanie, a oni ustalą termin przyjęcia Młodej na oddział.
Super! Kolejnego dnia z rana (bo rano będzie oddziałowa i ustali kiedy Młodą przyjmą) pocisnęłam na Bytom. I tu się zdziwiłam po raz kolejny: ale jak to? Kto pani kazał przyjechać? (Mój błąd, bo nie zapytałam o nazwisko osoby odbierającej telefon, ani nie nagrałam rozmowy – ale ja dosyć szybko uczę się na błędach). Kto pani w ogóle powiedział, że to zrobimy? Owszem jest pracownia, robimy to badanie, ale to ordynator musi wyrazić zgodę. Niech pani przyjedzie jutro z rana, szef ma dyżur, to będzie.
Wiecie co oznacza dla nocnego marka dotarcie gdzieś z rana? No masakra... Toż to środek nocy!
Jednak pozbierałam się i na wpół przytomna dotarłam do szpitala. I przestało być miło. Okazało się, że jednak szpital nie robi tego badania (zdaje się, że nagle im wyparowała pracownia), jak poinformował mnie sam szef oddziału, nie ma w ogóle takiej możliwości, a co za tym idzie nie przyjmą Młodej, no i poza tym: „taka ta klinika niby dobra w tym Zabrzu...”, „niech pani przekaże lekarzowi, żeby mi tu nie wysyłał pacjentów!”.

Miałam wystarczająco dużo czasu wracając do domu, by spróbować ogarnąć swoim mózgiem blondynki co się tu odjaniepawliło, ale przyznam, że dalej nie ogarniam.
Co to ma być? Pole bitwy lekarzy?
Oficjalnie są pracownie, w których można zrobić badanie (ale jednak ich nie ma), są oddziały, ale Młodej nie przyjmą, bo jest pacjentką Zabrza, bo nie przywiozła jej karetka, bo... cholera wie co.
Co prawda zostaje nam jeszcze opcja Wrocławia, Łodzi, ale jak dotrę tam z rana i spotka mnie to samo co w Bytomiu, to pójdę siedzieć za morderstwo.
Na razie czekam na odpowiedź NFZ – bo kto jak kto, ale chyba oni najlepiej powinni wiedzieć, które placówki ten Tilt Test robią, bo w końcu płacą tym placówkom za to.

Nawiasem mówiąc ta cała sytuacja przypomina mi tę, w efekcie której Młoda sama musiała ściągnąć sobie gips z całej nogi (po wypadku), bo termin miała na maj, a był luty... Żadna poradnia nie chciała jej przyjąć (bo nie u nas zakładali, wracajcie na SOR, który to założył. Tyle, że na Sorze też nie chcieli zdjąć, bo od tego są poradnie...). Tak, że ten tego...







24 lipca 2018

Jak Thori przenosiła numer telefonu...


Przenoszenie numeru do innego operatora – level Thori.

Podejście 1: zróbmy to przez internet! Będzie szybko i bez wychodzenia z domu!
Początek łatwy, uzupełnienie danych, doczytanie czego tam ode mnie chcą w regulaminach itp. Wysłane!
Yyy – ale jak to nie ma żadnego potwierdzenia? Nic a nic? Zero maila, sms?
Ewidentnie coś nie gra. Szybki telefon na infolinię.
- Widać nie zarejestrowało i nie przyjęło zamówienia. Powinno być potwierdzenie. Może lepiej iść do salonu?

Podejście 2 – no to fru do salonu. Pechowo, bo kwadrans przed zamknięciem.
- Dzień dobry, chciałam przenieść numer.
- Proszę, proszę, zapraszamy itp. (kawki, herbatki, wody, jedzonka, jeszcze więcej uprzejmości i słodkości dla potencjalnego klienta? ;) )
- Dziękuję.
- Firma? Czy osoba indywidualna?
- Indywidualna.
Kobiecinie zrzedła mina. Westchnęła ciężko.
- A jaki abonament panią interesuje?
- Żaden. Wyłącznie karta. I wybrałam już ofertę, chcę (tu wyszczególniłam co mnie interesuje, a co jest dostępne – rzekomo od ręki).
I tu się kobiecina brzydko na mnie spojrzała. Skończyła się kawka, herbatka itp.
- A bo wie pani, to długo zajmie, już nie zdążymy – i gapi się, a w oczach widać: no weź spadaj stąd babo, my tu obsługujemy tylko firmy i abonentów, na przykład takich jak ten pan przy stanowisku obok, który dopiero wybiera ofertę, ale jaką ofertę wybiera! Ho, ho ho! Czego tu jeszcze siedzisz i zawracasz mi głowę? - Poza tym komputer się zawiesza – kreśli kółeczka na kartce – A naprawdę, bardzo długo przenosi się numer... i to sporo pracy jest... - i patrzy kobiecina na mnie wyczekująco.
Kurcze, a w internecie pisało, że to bardzo proste, szybkie – ach ten niedobry internet, kłamie oj kłamie, a raczej kłamie operator na swojej stronie.
- Czyli co? Nie da się dzisiaj? - lepiej zapytać.
- Niestety nie.
- A kiedy się da?
- Może jutro, albo pojutrze, gdyby pani podeszła... o, albo w sobotę!
Aha, pewnie kobieciny w sobotę nie ma i zrobiła sobie prostą kalkulację: niech ktoś inny się użera z użytkownikiem karty, który wie po co przyszedł i co chce.
- Rozumiem, dziękuję do widzenia.
Poszłam sobie, no bo co.

Podejście 3 – inny salon.
Od razu upewniłam się, do której godziny jest czynny. Ho, ho, ho! No przez kilka godzin da się chyba przenieść ten numer, a przynajmniej przyjąć zamówienie na przeniesienie, co nie?
Wyłuszczyłam z czym przyszłam, dopytałam, czy pani będzie miała czas itp. No i zonk. Czas jest, przenosi się ponoć szybko (no niemożliwe! Dziesięć minut temu usłyszałam, że jest wręcz przeciwnie), tyle, że mają awarię komputera czy internetu czy czegoś tam (nie zrozumiałam, nie dosłyszałam, bo upojona byłam opcją: da się przenieść! Szybko!) i nie wiadomo, kiedy naprawią...

Serio? Serio? Normalnie jakby wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że nie mam przenosić numeru...