30 grudnia 2015

Pokażmy Swoją Twarz

Czekając aż koszary w grze wyprodukują kolejną porcję wojska do rozwalania wroga, przeglądałam fejsika. I znalazłam takie coś:
Akcja „Pokażmy Swoją Twarz”. Opis akcji:

„Zrób sobie zdjęcie
bez filtrów
bez makijażu
bez retuszu
odważ się
jesteś Wyjątkowa
jesteś Wyjątkowy
nie ma takiej twarzy nikt inny na świecie
pokaż ją światu
udostępnij zdjęcie na swojej tablicy
I Niech Żyję Bal bez Masek”

Hah – wreszcie coś dla mnie.
Filtrów na fotki nie używam. Tak wiem, że są różne programy do obróbki zdjęć, ale... lenia mam. Serio. Nie chce mi się obrabiać fotek przed wrzuceniem. Zgrzytam zębami, kiedy mam zmniejszyć rozmiar. A co dopiero gdybym miała nakładać jakieś filtry, rozjaśniać, ściemniać czy kombinować cokolwiek innego.
Makijaż – czasami mi się przypomni, że takie coś istnieje. Jednak pod kaskiem wygodniej mi bez niego. W sumie to na co dzień też mi wygodniej bez niego.
Retusz – to kojarzy mi się tylko ze starymi fotografiami, które retuszowano.
Czekałam na wojska i przeglądałam zamieszczone fotki. Wszystkie były fajne, naturalne, do czasu kiedy nie trafiłam na fotki kobietek z pomalowanymi brwiami.
Pozwoliłam sobie więc zauważyć w komentarzu, że to nie jest fotka naturalna, bo brwi są pomalowane. Dowiedziałam się, że nie są. Bo tego się nie da zmyć. Makijaż permanentny. No spoko, ale przecież fotki miały być bez makijażu, prawda?
Miały być naturalne, bez retuszu, jak to ładnie napisano: „Bal bez Masek”.
Odpuściłam dalsze komentowanie pod postem pani w makijażu bez makijażu, bo podejrzewam, że mój wpis wywołałby niezłą gównoburzę.
Na wszelki wypadek podpytałam kilka znajomych osób. I co się okazało? Makijaż permanentny to nie makijaż. Wbrew nazwie, wbrew modyfikacji twarzy na dłuższy okres czasu. Według niektórych kobiet to nie jest makijaż, a naturalny wygląd. Się zdziwiłam.
Drogie kobietki, znajome i nieznajome. Taka mała uwaga.
Makijaż permanentny, mniej lub bardziej udany – to jest makijaż. Serio. Te denka od szklanki narysowane markerem nad oczami, to jest makijaż. To nie jest naturalne. Nikt nie rodzi się z czarnymi krechami nad oczami. Naprawdę.
Tak samo jak nie są naturalne silikonowe cycki, doklejane sztuczne rzęsy, czy botoks wstrzykiwany w buźkę celem wygładzenia zmarszczek.
Owszem, to twoja buźka, robisz więc z nią co chcesz, ale nie wrzucaj wtedy swoich fotek na takie akcje. I nie miaucz, że tego się nie da zmyć. Co to kogo obchodzi? Twój marker, twój problem.
Poczekaj, aż znów będziesz naturalna. O ile będziesz.

Fajnie, że większość kobiet, które powrzucały swoje fotki na akcję, doczytało ze zrozumieniem założenie akcji. I fotki są naprawdę super, ukazujące naturalne twarze kobiece z ich wadami, bądź zaletami. Takie jakie naprawdę jesteśmy. Bez oszukiwania, nakładania na siebie tony szpachli, żeby poprawić swój wygląd. I wiecie co?
Jesteśmy naprawdę ładne :)

23 grudnia 2015

W tym roku nie stroję choinki...

W tym roku nie zamierzałam wyciągać dużej choinki. Domowa młodzież miała swoje wigilijne plany, które nie uwzględniały strojenia iglaka przy wtórze kolęd polskich. To co będę sama się wygłupiać. Nie chciało mi się. Lepiej było pograć w coś, tym bardziej, że w evencie była możliwość zdobycia fajnego dropu.
A co do choinki... Postanowiłam zrobić dobrze sobie i otoczeniu, dwoma malutkimi (tak małymi, że mogłyby udawać broszki), już przystrojonymi. Od zeszłego roku leżały w kartonie na szafie, zapakowane w śliczne, zielone worki na śmieci. Przynajmniej kolorystycznie się zgadzało.
Uspokoiwszy sumienie, polazłam pograć.
No i ubiło mi wojska. Trzeba było poczekać, aż koszary wyprodukują nowe. W czasie czekania zdążyłam wyżreć pół lodówki, łamiąc tym samym zakaz: Nie ruszaj, to na święta.
Wróciłam do kompa... zerknęłam na produkcję wojska... jeszcze prawie dwie godziny. Może lepiej iść spać? Tym bardziej, że dawno wybiła już północ. Eeee nie... prawdziwy nolife w nocy gra, a nie śpi.
Doszłam do wniosku, że w takim razie ruszę tyłek i wyjmę te dwie maciupkie choineczki.
Przynajmniej w Wigilię będę miała o tyle mniej roboty.
Żeby dostać się do kartonu z choineczkami, najpierw musiałam iść po drabinę i zdjąć pudło z dużą choinką. Po drabinę nie chciało mi się iść. Metodą :spróbujmy podskoczyć jak najwyżej, zdjęłam pudło. Znaczy się zleciało mi na łeb. Razem z nim poleciał karton z ozdobami świątecznymi i lampkami. Karton udało mi się złapać, pudło wkopałam pod stół.
Dobra jest, połowa roboty za mną.
Zaczęłam grzebać w pudle. Na pierwszy ogień poszedł sznur lampek. Hm... ciekawe czy działają? Sprawdziłam – działały. Ślicznie, kolorowo. Rozłożyłam sznur na podłodze. O dziwo nie był zaplątany... Praktycznie gotowy do owinięcia nim choinki. Pudło z choinką zerkało na mnie spod stołu. Jakoś tak z wyrzutem zerkało...
No dobra, to ostatecznie wyjmę już tę choinkę. Ale tylko tymi lampkami oplotę i z głowy. Tak też zrobiłam, po czym wróciłam do przeszukiwania kartonu.
O... jakie ładne bombki. Kiedy ja je kupowałam? Hm... ciekawe jak by wyglądały w połączeniu z lampkami? Po przymiarce okazało się, że nawet całkiem, całkiem. Lampki ładnie odbijały się od złotych kulek.
O... szpic! Niesamowite. Byłam pewna, że dawno go rozwaliłam – znaczy się przy rozbieraniu choinki w zeszłym roku. Pasował jak ulał na czubek.
Potem w kartonie znalazłam dwie średnie choinki, które kiedyś domowa młodzież miała u siebie w pokojach. I wprost niesamowite, ale były też dwa sznury mini lampek (działały!) i dwa mini szpice (pasowały!)...
Maciupeńkie choinki, gotowe do postawienia, znalazły się na samym dole kartonu.
Wyciągnęłam je dumna z siebie i postawiłam na stole.
Potem rozejrzałam się wokoło....
Oprócz dwóch choineczek, miałam przystrojoną dużą i dwie średnie... Nie wiem po co mi tego tyle.
Wrzuciłam karton i pudło z powrotem na szafę. Polazłam sprawdzić jak idzie produkcja wojska. Była na ukończeniu. Można było grać dalej.
Technikus wstał rano i popatrzył na pokój :
- Matka, tobie w nocy naprawdę się nudziło.
- Na wojsko czekałam...

Nauczka na przyszły rok: Maciupkie choineczki schować w kartonie na samej górze.

24 listopada 2015

Próbna matura to bzdura

Zaczęło się o 1.30 w nocy. Bo 1.30 to najlepsza pora na naukę, pisanie, granie, myślenie itp. Przynajmniej dla Grizzli i dla mnie.
- Mama, wyprasujesz koszulę?
- Yyy, teraz?
- Nieee, na rano. O 8.30 mam egzamin, koszulę trzeba by włożyć.
- A, to rano ogarnę.
Rano koszula gotowa, Młody wybył z domku. Na egzamin. Siadam i rozkminiam o jaki egzamin mogło chodzić. Nie przypominam sobie, żeby mówił coś o zakuwaniu, nawiasem mówiąc nie zakuwał, tylko napierd... w gry.
Może jakiś zawodowy? Młody ma irytujący zwyczaj informowania mnie o egzaminach "pięć minut przed", w formie: " wyprasuj mi koszulę".
O jednym z nich dowiedziałam się, jak wrócił z budy i pytałam jak minął dzień. Odpowiedź brzmiała - spoko, egzamin napisałem, potem lekcje były.
No cóż, widać niegodna jestem takich informacji :D
Przypadkowo w necie natknęłam się na info, w którym ktoś chwalił się próbną maturą. Moje szare komórki mózgowe włączyły tryb pracy: myślenie.
O kurde! Przecież Grizzli w tym roku ma maturę!
Dziecię wróciło do domu i od razu swoim zwyczajem zainstalowało się przed lapkiem, celem dokończenia tego, co robiło przed wyjściem z domu. Dopadłam wrednie w pokoju i pytam:
- I jak egzamin?
- Spoko, łatwe było. Rozprawka.
- Yyy, rozprawka? Młody, a może ty pisałeś maturę próbną?
- No, maturę. Dwa byki zrobiłem w tekście, ale jest spoko.
- Młody, a może powiesz coś więcej? Jak to wyglądało? Jakie pytania?
Dziecię popatrzyło na mnie zdumione.
- Oj matka, matura jak matura. Kilka pytań, machnąć rozprawkę. Machnąłem i z głowy.
Powrócił do swoich zajęć komputerowych.
No tak... kiedyś to matury (próbne czy normalne) się przeżywało, zakuwało, a teraz... ot przerwać grę, iść napisać, wrócić do gry...
Szkoda, że ja będąc w jego wieku nie miałam takiego podejścia do życia i zdawania egzaminów, a każdy z nich przypłacałam porządnym stresem. A żeby mieć takie wyniki w nauce jak on, to musiałabym pewnie solidnie zakuwać dniami i nocami.

Wrednie dopadłam dziecię kolejny raz w jego ostoi i pytam:
- Młody, a te matury to jutro chyba też masz, co nie?
- Nooo - po długiej chwili oderwał wzrok od kompa.
- I co nic? Może jakaś nauka, może przejrzenie zeszytów?
- Po co?
- No, żeby sprawdzić stan wiedzy?
- Swoją wiedzę to ja znam - uwielbiam tę jego pewność siebie - A matura jest jeszcze jutro i w czwartek. Rano.
Posłał mi spojrzenie typu: Koniec przesłuchania?
Nie pozostało nic innego, jak opuścić jaskinię lwa :D

20 listopada 2015

Rozmówki wiedźmińskie

Ostatnim nabytkiem Młodego Grizzli padł Wiedźmin 3. Oboje uwielbiamy tę grę. Fajne uczucie, dzielić swoje zainteresowania z dzieciakami. Po cichu planowałam zwinąć na swoje potrzeby (jakie, jeszcze nie wiem) prześliczne pudełko z obrazkiem Geralta, dostarczone wraz z grą, ale Grizzli zdążył je schować. Plan poszedł się więc kochać.
Tak więc Grizzli ciął w trójkę, ja postanowiłam sobie przelecieć kolejny raz jedynkę i dwójkę. Z tego prostego powodu, że na moim kompie trójka nie ma szans ruszyć. Kilka dni wyjętych z życiorysu. O tym, że życie i świat realny istnieją, przypomniało mi burczenie w brzuchu. Trzeba było więc przygotować się do questa p.t. Zdobywamy pożywienie.
Polazłam do jaskini Grizzli:
- Grizzli skoczysz ze mną do sklepu. Za ile kończysz? (ciął twardo w trójkę budząc tym moją zazdrość).
- Jeszcze chwila...
Dobraaaa, no to poczekam.
Po kwadransie ponownie zajrzałam do jaskini:
- Młody, długo jeszcze?
- 5 minut!
Po kolejnym kwadransie nie byłam już taka zadowolona. Mój żołądek zdecydowanie domagał się żarcia!
- Młody do !@#$%^ kończysz?!
- Już, już...
Wyleźliśmy po 40 minutach...
Kurde, długodystansowiec się znalazł... Jak równie dobrze pójdzie mu w życiu realnym, jego dziewczyna nie powinna narzekać...

15 listopada 2015

Nadchodzi Młody Grizzli

Rozmówki z Gimbusówną należą już do przeszłości. Ku mojej niekłamanej uciesze, uldze, zadowoleniu, euforycznej radości, dziecię wydoroślało, włączyło opcję myślenia i skończył się okres, który zwie się buntem nastolatków.
W przyrodzie jednak nic nie ginie.
Z wcześniejszych tekstów dowiedzieliście się, że oprócz Gimbusówny, mam jeszcze Młodego Grizzli, czyli Technikusa. Niezwykle inteligentną, przebiegłą bestię, z niewyczerpanymi pokładami spokoju i sarkazmu. Uwielbiam z nim rozmawiać. Tym bardziej, że od pewnego czasu nie trzeba już wywabiać go z jego jaskini za pomocą spaghetti, bo wyłazi sam. Co więcej! Sam nauczył się owo spaghetti przyrządzać, a oprócz tego kilka innych dań i wszystkie wychodzą mu rewelacyjnie!
Może pójście na informatykę było błędem? Może miał zostać niekwestionowanym mistrzem kuchni? Czas pokaże co będzie dalej.
W każdym razie od teraz to Technikus, zwany pieszczotliwie Młodym Grizzli, będzie bohaterem kilku krótkich historyjek. A raczej rozmówek nocno-wieczornych ze steraną życiem i dziećmi, matką ;)
Bo wszak najlepiej gada się w nocy. Szczególnie w tygodniu, kiedy na drugi dzień trzeba wstać wcześnie rano i zająć swoimi obowiązkami, takimi jak szkoła.
Życzę miłego czytania. :)

03 listopada 2015

Chwilka wzruszenia

Tę piosenkę wysłała mi na twarzoksiążce Gimbusówna. Nie ukrywam, wzruszyłam się. Tym bardziej, że towarzyszyła temu długa nocna rozmowa i słowa: Dziękuję, że jesteś. Teraz zrozumiałam.
Miłości do własnych dzieci (cudzych wciąż nie zawsze toleruję :P) nie da się przykryć sarkazmem. Można się na nie wściekać, można padać ze zmęczenia, bo macierzyństwo, tym bardziej samotne, nie jest łatwym orzechem do zgryzienia, można z nimi kłócić, próbować nauczyć bycia szczęśliwym, dobrym i wolnym człowiekiem samodzielnie myślącym. Można udawać, że nie ogarnia strach, kiedy uparcie podążają drogą buntu i nie wiadomo jak dotrzeć do chwilowo zmutowanego mózgu nastolatka, można bezradność pokryć sztucznym uśmiechem. Można modlić o wsparcie Aniołów. Można wiele rzeczy, które innym wydają się absurdalne.
Za tym wszystkim jednak stoi bezwarunkowa miłość.




20 października 2015

Zaduszki vs Halloween

Zbliża się Wszystkich Świętych, Zaduszki i.. wciąż budzący kontrowersje Halloween.
Oczywiście jak co roku społeczeństwo staje po obu stronach barykady, obrzucając się kamieniami. Akcje typu: „Jestem chrześcijaninem, nie obchodzę Halloween” już nie dziwią nikogo. Mnie osobiście śmieszą. Dlaczego?
Z prostego powodu.
Pokażcie mi przynajmniej jednego prawdziwego chrześcijanina, takiego żyjącego życiem codziennym. Tu macie link do ładnego opisu kim jest chrześcijanin. http://www.gotquestions.org/Polski/Kim-jest-chrzescijanin.html
Podoba mi się stwierdzenie, że to, iż ktoś lata do Kościoła, czyni go tak samo chrześcijaninem, jak to, że siedzenie w garażu czyni go samochodem.
Tia, wiem, czepiam się. Jak zwykle zresztą.
Może mniej czepiałabym się, gdyby zapki do owego wydarzenia nie wysłała mi daleka znajoma, o której powszechnie wiadomo, że dobrze obciąga i nie tylko.
No, ale czymże jest lodzik machnięty kilku facetom, w porównaniu z wielkim byciem chrześcijanką, bo nie weźmie się udziału w Halloween....
Może to w ramach miłości bliźniego było? ;)
Zabawne – przynajmniej dla mnie.
Tak samo jak wielkie hasła o chodzeniu do Kościoła co niedzielę, tylko po to, by pokazać innym, że jest się na Mszy św. Wow! Przyszłam. A do tego mam nową garsonkę. A ty, wredna zdziro z trzeciego piętra nie masz takiej! Patrz i podziwiaj! To ja jestem tą wielką, wspaniałą chrześcijanką!
Zmniejszając moje marudzenie i czepianie się – owszem, zwykle zauważamy tylko najbardziej kontrowersyjne jednostki, czasami zupełnie nie dostrzegając tych żyjących w cieniu, które z umiłowaniem w sercu podążają za Panem. Nie ma w nich fanatyzmu, nie ma obnoszenia się ze swoją wiarą. Za to pokazują nam swoimi czynami czym jest prawdziwa miłość do Boga i bliźniego, czym jest życie podług jego zasad.
Co prawda nie znam osobiście takiej osoby, ale optymistycznie zakładam, że kiedyś poznam.
Wracając do tematu pierwszych dni listopadowych.
Jeśli mam pełznąć na cmentarz tylko po to, żeby dowiedzieć się najnowszych ploteczek sąsiedzkich czy rodzinnych, powkurzać na korki na drodze, a potem sztucznie się uśmiechać do ciotki, której normalnie unikam jak diabeł święconej wody, to mi się nie chce.
Naprawdę... Szkoda mojego czasu, zdrowia i nerwów.
Jeśli jednak w perspektywie mam spotkanie przy ognisku, rozmowę z ludźmi, których lubię, zabawę związaną z przebieraniem się, ot po prostu relaks, miłe spędzenie czasu, to logiczne jest, że wybiorę to drugie.
Wielcy obrońcy polskości czepiają się, że Halloween to święto nie mające nic wspólnego z tradycją polską, wskazują na nasze rodzime dziady.
Dlaczegóż więc nie próbują kontynuować owej polskiej tradycji? Natrzepać literkami w necie każdy potrafi. Przenieście to w świat realny, a nie tylko siedźcie bezpiecznie i wygodnie przed kompami, marudząc jaki ten świat jest zły i niedobry, bo ludzie bawią się horrorami.
Zapewne dla wielu osób byłaby to kontrowersyjna odmiana po cukierkowatym Halloween.

A co Wy o tym sądzicie?
Zaduszki czy Halloween?
Miłej rozkminy, ja zmykam wbijać kolejny level w grze :)

20 sierpnia 2015

Pensja minimalna

Już od dawna korciło mnie, żeby napisać coś w tym temacie. Głównie ze względu na gro osób, które żalą się jak to im źle i niedobrze.
Kij w mrowisko, czyli pensja minimalna. Za niska by przeżyć – no bo bez jaj, co to jest niecałe 1300 na rękę, kiedy np. wynajęcie mieszkania kosztuje od 500 wzwyż, a gdzie jeszcze reszta rachunków? Za wysoka by umrzeć – bo jakby nie było, człowiek może miesiąc przeżyć bez jedzenia... ewentualnie na racjach głodowych. W czasie wojny, więźniowie w obozach dostawali dziennie małą miskę zupy z brukwi, piętkę zeschniętego chleba, trochę picia i też przeżyli. Niektórzy. W niemieckich obozach na terenie Polski – żeby nie było. To nie Polacy te obozy zakładali, tylko Niemcy. Gdyby ktoś jeszcze nie pamiętał tego z historii i dał sobie wmówić przez media czy polityków, że było inaczej. Nie tego jednak ma dotyczyć tekst.
Pensja minimalna.
Z łaską rzucony ochłap, na który się rzucacie i cieszycie jak idioci, że podniesiono ją o pięć, dziesięć złotych. Serio? To zaspokoi wasze podstawowe potrzeby?
Za takie pieniądze żaden szanujący się menel spod budki z piwem nie pójdzie do roboty, bo mu to się nie opłaca. Nie dość, że się narobi jak głupi powyżej ośmiu godzin (bo ośmiogodzinny etat, czy czterdziestogodzinowy tydzień pracy, to już można dawno między bajki włożyć), to jeszcze nie wystarczy mu tego ochłapu na zrobienie opłat, wyżywienie, czy odrobinę relaksu.
Kim więc jesteście Wy, którzy ze łzami wdzięczności w oczach godzicie się na taką zapłatę? Może lubicie pracować za darmo – da się zrozumieć, wszak wolontariat jest popularny.
Może macie ukryte skłonności masochistyczne i najzwyczajniej w świecie lubicie być poniżani.
Może waszym idolem są biedne, nieszczęśliwe chińskie dzieci, pracujące za miskę ryżu i spanie w barłogu.
Zewsząd słyszy się narzekania, jak to jest wam źle. Jak to minimalna pensja nie wystarcza na podstawowe potrzeby, jak to szef każe zostawać po godzinach, w zamian oferując jedynie możliwość pracy dla niego, jak to nie macie na nic czasu, bo zapierdalacie w pracy za pieniądze, które wystarczają na wegetację, bo życiem tego nie da się nazwać.
Skoro tak Wam jest źle, dlaczego nic z tym nie zrobicie?
Dlaczego sami godzicie się na to, aby traktowano Was jak śmieci?
Praca za minimum jest tylko i wyłącznie Waszym wyborem. Naprawdę.
Tak samo jak praca na czarno, bez umowy, za kilka złotych na godzinę. I wielka radość, bo udało się trochę dorobić. Policz sobie ile dorobiłeś. Dziesięć złotych? Piętnaście? Wystarczy na bochenek chleba i pasztet.
Ustalmy jedno.
Pracodawca nie robi łaski zatrudniając pracownika. Jeśli nie stać go na zatrudnienie, to niech sam zasuwa, albo zamyka swój interes. Pracodawca nie jest osobą Wam bliską, której należy pomóc w nieszczęściu. Nawet, jeśli wspólnie pijecie kawkę na zapleczu i on użala się, jak to ZUS i Skarbowy z niego zdzierają i dlatego nie może zapłacić Ci więcej. Co jednocześnie nie przeszkadza mu skoczyć na weekend nad morze, żeby się zrelaksować. Bo w końcu to on jest tu szefem, a do pilnowania interesu ma takie szaraczki, pracujące za przysłowiową miskę żarcia. Na podobnej zasadzie działa pies uwiązany pod budą, który w zamian za pilnowanie obejścia dostanie resztki.
Pracodawca kupuje Wasz czas i umiejętności. Po to, aby jego interes się kręcił. Rozwijał. Nie kupuje Was, jako ludzi. Poważnie. Tylko od Was samych zależy na ile swój czas wycenicie.
Tłumaczeniami, że lepiej mieć te kilka groszy niż nic, musicie utrzymać rodzinę, opłacić rachunki, spłacić kredyt, kupić lekarstwa itp., możecie sobie podetrzeć tyłki w sraczu. I tak wam nie starcza na to utrzymanie, opłacenie rachunków, spłacanie. Tracicie za to nerwy, swój czas i zdrowie.
Minimalna jak sama nazwa wskazuje ma wystarczać na minimum zaspokojenia potrzeb. Na wegetację, a nie na zwykłe, spokojne życie w godności.
Wysokość pensji minimalnej ustalają ci tam na górze, nie mając wielkiego pojęcia o tym co z takimi pieniędzmi można zrobić, bo sami zarabiają znacznie więcej i Wasze problemy są im zupełnie obce. Powaga. Ot spadają resztki z pańskiego stołu, a że czasami spadnie plasterek szynki więcej...
Weźcie z nich przykład i zamiast marudzić, sami zacznijcie dbać o własne dobro, bo nikt tego nie zrobi za Was.
Nie odpowiada Wam praca za pensję minimalną – to nie pracujcie za tyle. Znajdźcie inną, załóżcie swój mały biznes, poszukajcie innego rozwiązania. Czy jednak macie czas na to szukanie, spędzając tyle godzin w pracy, z której nic nie macie poza poczuciem żalu i wykorzystaniem?
Nie odpowiada Wam zostawanie po godzinach za darmo – nie zostawajcie.
Proste.

I na koniec wyobraźcie sobie hipotetyczną sytuację, w której pewnego pięknego słonecznego dnia, niespodziewanie do pracy nie przychodzą wszyscy ci, którym rzuca się raz w miesiącu nędzny ochłap w postaci pensji minimalnej, a pozostali niewolnicy nie dają się namówić na chwilowe zastąpienie nieobecnych szałową stawką kilku złotych na godzinę. Totalny paraliż.
Przekonalibyście się ile sklepów w tym dniu byłoby nieczynnych, ile autobusów czy tramwai nie wyjechało z zajezdni, ile poradni lekarskich nie mogłoby funkcjonować normalnie, ile przedsiębiorstw stanęłoby...
Jeden taki dzień wystarczyłby na to, aby gospodarka i biznes stanęły w miejscu na te dwadzieścia cztery godziny. Drugi dzień zszedłby pracodawcom i tym na górze, na groźbach, niespełnionych obietnicach itp., byle by niewolnicy wrócili do pracy.
Trzeci dzień... czwarty... Najdalej po tygodniu pensja minimalna zostałaby podniesiona i to znacznie. Bo nikt tam na górze nie pozwoli sobie na to, aby taki zastój trwał długo. A znając upodobanie naszego narodu do trunków procentowych, to po dwóch dniach trudności i ograniczenia w dostępie do nich, to nawet tego tygodnia nie trzeba byłoby czekać.

06 stycznia 2015

Horoskop

Czasami czytam horoskopy. Z nudów, dla rozrywki, z ciekawości, dla zabawy. Ostatnio na jednym z dość popularnych portali trafiłam na horoskop miłosny. Takie lubię czytać – zawsze pozostawiają maleńką nadzieję, że nie skończę samotnie w mieszkaniu, zeżarta przez własnego psa.
Zagłębiłam się w treść. Początek brzmiał optymistycznie.
W lutym – mętlik w sercu. Ktoś mnie zauroczy. Co prawda będzie zwodził, mamił itp., ale jest szansa, że moje serduszko dla kogoś zabije. (Ewentualnie starcze hormony).
W marcu – będę wybuchać złością i gniewem. (Pewnie z powodu niecnego uwodziciela z lutego), jednak już w drugiej połowie miesiąca zainteresuję się kolejnym osobnikiem. (Czyli na stanie będę miała już dwa męskie osobniki! Super!).
W kwietniu – okaże się, że owe znajomości nie wpływają na mnie dobrze, ale nadal mam je kontynuować (?!)
W maju – poznam trzeciego osobnika, którego potraktuję jak królika doświadczalnego. Jednak tych trzech będzie mi mało, bo już pod koniec maja zacznę romansować z czwartym!
Niestety, już w czerwcu w związek wkradnie się rutyna. (No to szybko poszło. Zawsze myślałam, że rutyna to po dłuższym czasie, a nie po kilku dniach, tygodniach. Chyba, że horoskop miał na myśli pozostałe trzy związki. Tu można od biedy w to uwierzyć. Od lutego do czerwca coś może zacząć być monotonne. Może to zwodzenie). Rozwiązaniem na być wspólny wyjazd na weekend. (Ale, że jak? Że co? Z nimi wszystkimi? Czy z każdym z nich w inny weekend?)
Na szczęście w lipcu wszystko się ułoży. Jako osoba samotna mam wyjść z inicjatywą. (Zaraz, zaraz. Jak to samotna? Przecież póki co, wedle horoskopu to jestem w czterech związkach! A na dokładkę wszystko w nich ułożyło się pomyślnie! Czegoś tu nie rozumiem).
W sierpniu poznam osobę, z którą zechcę pozostać na dłużej. (A co z pozostałymi? No nic, skoro horoskop określa mój znak zodiaku jako frywolny – buahahaha – to widać mogę być w pięciu związkach naraz).
We wrześniu czeka mnie lutowa powtórka z rozrywki. Dosłownie. Ktoś, kto pisał horoskop posłużył się opcją: „kopiuj, wklej” i słowo w słowo wkleił to samo co w lutym. Poważnie. Na szczęście nie muszę się tym przejmować, bo dostanę pierścionek zaręczynowy i ofertę wyjazdu do innego kraju. (Dobrze, że mam łącznie dziesięć palców, bo pięć będę już miała zajęte pierścionkami. Czyli w sumie jeszcze pięć zostaje mi wolnych).
Na szczęście, bo w październiku czekają mnie kolejne miłosne podboje. (Widać te pięć związków narzeczeństwa nie spełnia moich wymagań;) ).
Listopad mam przewalony. Partner będzie niezadowolony. Niestety horoskop nie precyzuje który. I dochodź tu teraz kobito, który z sześciu osobników ma jakieś pretensje.
W grudniu coś mi pozmienia plany osobiste. (Pewnie cała szóstka dowie się o sobie). Jednak poznam kogoś z poczuciem humoru. (Być może rozbawi go, kiedy dowie się, że będzie siódmy).
No i tym horoskop się kończy.
A ja do teraz siedzę i zastanawiam się co bierze osoba pisząca horoskopy. Może diler nawalił? Może pomyliła opakowania? Może lekarz wypisał złą receptę? Może farmaceuta w aptece wydał nie ten lek co trzeba? Może w redakcji brakło alkoholu? Albo wręcz przeciwnie było go zbyt dużo? To by wyjaśniało opcję „kopiuj, wklej”.

Gdyby jednak coś z tego miało być prawdą, to na wszelki wypadek muszę rozpocząć poszukiwania odpowiedniego domu. Pod przyszły męski harem.