Nie lubię robić zakupów w marketach. Małe sklepiki – jeszcze ujdą. Popularna Biedra czy Lidl – też. Małe toto w miarę i wiadomo gdzie czego szukać. Jednak czasami człowieka podkusi wleźć do czegoś większego. Tak też stało się ostatnio.
Questy były dwa i brzmiały:
1. Kup (konkretną – czyli tę, którą chcę) odżywkę do włosów.
2. Kup barszcz Winiary w pudełku.
Proste, co nie? Tylko pozornie.
Sklepiki osiedlowe – brak. Pozostałe minimarkeciki, w których jestem w stanie znieść zakupy – brak. Jako, że załatwialiśmy z Dużym kilka innych spraw, zajechaliśmy pod market. Duży polazł na myjnię, celem usunięcia z naszego środka transportu tego czegoś co się do niego poprzylepiało, a co zwykle nazywane jest brudem. Dużo tego było, to i Duży miał zajęcie na dłużej. Przynajmniej teraz widać jakie auto ma kształty i kolor ;)
Ja dzielnie polazłam do marketu, celem wykonania questów.
Problemy zaczęły się już przy pierwszym, ale z łatwością je pokonałam. To znaczy po kilkukrotnym obejściu środka marketu udało mi się znaleźć drogerię. Schowali ją tak, że trafienie do niej oznaczało przelezienie iluś tam set metrów. A po drodze pełno różnych innych sklepików, stoisk, którymi nie byłam zainteresowana w najmniejszym stopniu. Widać jednak inni byli, bo łazili i łazili i włazili mi pod nogi, gdy dzielnie prułam w to jedno, konkretne miejsce. Spacery sobie chyba tam jakieś robili, chociaż nie jestem do końca pewna, czy przypadkiem nie trafiłam na jakiś zlot fanów łażenia po śliskich ścieżkach marketowych.
Dotarłam do drogerii i ku mojemu miłemu zaskoczeniu odżywki były zaraz przy wejściu i kasie. No i super. Pierwszy quest zaliczony. Mam odżywkę!
Polazłam dalej, zaliczać quest drugi.
Tu już zaczęły się schody. Nie w sensie schodów w markecie, ale w sensie trudności. Nie mogłam znaleźć wejścia do owego przybytku. Udało mi to się dopiero po kolejnych kilku okrążeniach środka marketu. Ufff.
Niestety wejście było od razu na jakiś dział z ciuchami i artykułami sezonowymi. A mnie interesowała spożywka, a konkretnie barszcz. Na wszelki wypadek zerknęłam czy nie wrzucili tego czego szukam, pomiędzy sanki, ciuchy, majtki i całą tę odzieżową resztę. No nie wrzucili.
Ku mojemu utrapieniu mijałam kolejne alejki, a spożywki ani śladu. Nocniki? Proszę bardzo. Akcesoria dla zwierzaków? Są. Środki czystości? Ile dusza zapragnie. A spożywki ni chu chu.
Miałam wrażenie, że przemierzam dzikie ostępy marketu w poszukiwaniu czegoś zupełnie nieosiągalnego. Czegoś, co być może jest tylko wytworem mojej wyobraźni. Serio, poczułam się jak główna bohaterka powieści fantasy, która otrzymała arcytrudne zadanie zdobycia unikalnego artefaktu, ukrytego głęboko pod ziemią, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami, pagórkami, dolinami, kopalniami, kamieniołomami itp.
Po iluś tam minutowym(wydawało mi się, że wiekowym) błądzeniu dotarłam do kosmetyków. To chyba dobrze. Krem do twarzy = twarz. Twarz = usta, w usta wkładamy jedzenie, jedzenie = barszcz, czyli... spożywka chyba jest gdzieś blisko. No, bo od majtek to trochę daleko było : P
Okolica półek z mleczkami do demakijażu wydała mi się podejrzanie znajoma. Znaczy się, gdzieś już ją kiedyś widziałam. Moje oczęta zatrzymały się na słupie (czy cholera wie co to jest, ale stoi w markecie i jest duże, prostokątne, czasami wisi na tym czytnik do sprawdzania cen), który zasłaniał część półki. Poczułam deja vu. W takim miejscu było chyba moje mleczko do demakijażu. Schyliłam się, by dojrzeć co stoi na dolnej półce. Bingo! Moje mleczko! Ukryte przed wścibskim wzrokiem innych klientów tego przybytku, dodatkowo zasłonięte jakimiś innymi bzdetami. No, bo który sprzedawca nastawiony wyłącznie na zysk wystawi dobry, tani produkt przed oczy maniakom zakupów, skoro mogą kupić drogi i tandetny. Dorwałam mleczka (dwa na zapas, żeby znowu nie musieć przyjeżdżać do marketu) i wyruszyłam na dalsze poszukiwanie barszczu. Po drodze zgarnęłam sól do kąpieli, której na próżno szukać w małych sklepikach, a którą w markecie też nieraz trzeba odkopać z dolnej półki. Bo cenowo nie nadaje się na te wyżej. A potem moim oczom ukazała się spożywka! Wreszcie! Jednak nie mogło być łatwo. Spożywka spożywką, ale to kilkanaście kolejnych alejek, w których zalegały regały z towarem. I szukaj tu tego po co przyszłaś...
Poddałam się przy przyprawach. Po zaliczeniu iluś tam nieopisanych alejek. Znaczy się mniej więcej opisane były. Skłaniałabym się ku opcji: mniej. Dopiero w alejce na regale pisało, co znajduje się na półkach.
Gdyby ktoś wywiesił nad regałami napis: tu są soki, tu mleka, tu przyprawy – byłoby znacznie lepiej.
Albo gdyby przy wejściu dawali mapkę...
Jak wspominałam, poddałam się przy przyprawach. Nogi mi już właziły do d..., w łapkach miałam sól i mleczka, i makaron, i kaszę. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko barszczu. Zaczepiłam pracownicę marketu.
- Gdzie znajdę barszcz czerwony Winiary?
Kobieta spojrzała na mnie jak na ufoludka.
- Taki w pudełku, o takim podobnym jak te sosy – wskazałam kobiecie pudełka z sosami.
- Eeee – zawiesiła się.
Zarąbiście... jak ją zresetować? Żeby zadziałała? Na szczęście po dłuższej chwili coś się w kobiecie odblokowało.
- Na zupach – oznajmiła radośnie.
- Dobra, a gdzie te zupy? - w moich oczach pojawiła się błagalna prośba o przewodnika...
- Alejkę dalej.
Kurcze! Jestem prawie u celu! Z radości dostałam niespodziewany zastrzyk energii i popędziłam radośnie alejkę dalej.
Barszcz! Super! Jest mój barszcz! Znalazłam!
Quest zaliczony! To znaczy prawie zaliczony... Pozostało dotarcie do kas i wyjście z marketu.
Po kolejnym błądzeniu pomiędzy regałami – normalnie labirynt – miałam ochotę włożyć cokolwiek do torebki. Może pojawiłby się ochroniarz i mnie zgarnął w stronę kas. Na szczęście na końcu jednej z alejek ukazało się światełko w tunelu, czyli coś, co przypominało barierki przy kasach. Pognałam w tamtą stronę. Tak! Znalazłam kasy! Zapłaciłam, spakowałam zakupy i...
!@#$% a gdzie teraz dalej? Jak stąd wyjść? Rozejrzałam się bezradnie. Może zadzwonić po Dużego? E, no bez przesady. W końcu ludzie jakoś stąd wychodzą, co nie?
Pozostało mi znowu zrobić kilka okrążeń w środku, żeby trafić na wyjście.
Kiedy poczułam powiew powietrza i dostrzegłam rozsuwane drzwi zwiastujące możliwość wyjścia, prawie popłakałam się z radości. Jestem uratowana! Wolność!