Przywiało mnie na fejsa. Tego prywatnego. Wyjątkowo nie w sprawach rozmów organizacyjnych, czy zamienienia kilku luźnych zdań ze znajomymi. Ot ileś tam wydarzeń, powiadomień czy tym podobnych, co świeciło się w lewym górnym rogu. Do dzisiaj nie wiem co to, ale czasami to sprawdzam.
Tak więc otworzyłam i posprawdzałam czy przypadkiem nie pominęłam czegoś co było godne mojej uwagi. Okazało się, że 99% to spam. Zwykły spam typu: X wrzucił fotkę, Y napisał komentarz, Z zaprasza do polubienia strony produktu, którego nie znoszę, W prosi o coś w grze, U powiadamia o urodzinach, S,T,O,P też czegoś chcą w podobnym stylu. Odznaczyłam jako przeczytane i z racji tego, że miałam nadmiar wolnego czasu, przejrzałam to, co wyświetla się pośrodku. Taki długi pasek pełen bzdetów, który przesuwasz, przesuwasz, a on wciąż wyrzuca z siebie setki informacji, cholera wie komu potrzebnych.
Zupełnie jak nasi politycy. Gadają, gadają, a nikt nie wie o co im chodzi. Poza tym, że pewnie znowu wyłudzą kasę od podatników, ewentualnie nakręcą kolejny kabaretowy odcinek obrad.
Przewijałam dzielnie ów pasek, ze znudzeniem odpalając papierosa. Fotka z rąsi, fotka w lustrze, fotka z dzióbkiem, fotka z gitarką, fotka z czymś w ustach, fotka z oczkiem, fotka z grzywką – aha, czyli gimbaza dostała do ręki aparat bądź któryś z tych telefonów co to zdjęcie zrobią, maila napiszą, film nakręcą, obliczą pierwiastki, przetłumaczą tekst, tylko... tylko dzwonić z nich chyba się nie da.
Miałam już zamykać, kiedy moją uwagę przyciągnęło kolorowe wielkie zdjęcie. Początkowo przypominało to wielobarwną papugę kakadu. Zamrugałam oczętami i wlepiłam je w ową fotkę. Fioletowe włosy do ramion, oczy w jakże modnym ponoć smok eyes, napompowane, chyba silikonem, wargi, ciemna cera rodem z solarki. A niżej... Wybuchnęłam głośnym śmiechem. Nie, nie cycki, jakże chętnie uwieczniane przez bezmózgie samiczki wabiące równie bezmózgich samców. Niżej, na szyi była słitaśna, różowa obróżka. Taka słodko cukierkowa. Podobną widziałam kiedyś na szyi yorka którejś z celebrytek. Przyjrzałam się uważniej, bo może to właśnie owa celebrytka? Może psinka jej zwiała i tylko obróżka została? Może pogrążona w rozpaczy postanowiła ją nosić? A może to jakieś przebranie do zabaw sado-maso? Tym bardziej, że podpis brzmi – Wspaniała sesja z pańcią.
Patrzę i patrzę na to zdjęcie i... niedowierzam własnym oczom.
W sumie do teraz jeszcze jestem w lekkim szoku.
Dla pewności zerknęłam na osobę umieszczającą ową fotkę. Starsza kobieta, prowadząca swoją firmę, bynajmniej nie mająca nic wspólnego z usługami erotycznymi typu bdsm.
Serio?
Rozumiem, że młodzi ludzie w wieku nastoletnim zamieszczają masę zdjęć, chwaląc się przed rówieśnikami, zdobywając popularność itp. Ale dorośli ludzie? I to osoby, które powinny dawać przykład właśnie tej nieraz zakręconej młodzieży?
Rozbawiona i nieco zdziwiona, kliknęłam fotki owej starszej pani. Wiecie, że można chwalić się tym, że leży się w szpitalu z nogą w gipsie? I z tej okazji zrobić całą serię zdjęć owego gipsu? Ostatnio równie głupi pomysł zapodała jedna ze znajomych Gimbusówny, zamieszczając na fejsie zdjęcia z własnego wypadku. Ona i nosze, ona i ratownicy próbujący jej pomóc, ona i wnętrze karetki, ona i sala szpitalna, ona i łóżko szpitalne i tak dalej w ten deseń. Sądząc po minie ratowników i zapewne lekarza uwiecznionych na fotkach, mieli ochotę wyrwać jej z ręki to coś czym robiła zdjęcia. W każdym razie na szczęśliwych modeli nie wyglądali. Natomiast ona, zakrwawiona, z wykrzywioną twarzą – być może coś ją bolało – znalazła świetny sposób na zainteresowanie swoją osobą rzeszy znajomych na fejsie. Co mnie rozwaliło? Komentarz jej matki. „Kochana córeczko, zdrowiej prędko. O i widzę, że mój ulubiony twój kolega, też się załapał na zdjęcia.” Tak, załapał – siedział z rozciętym czołem obok rozwalonego auta.
A wracając do starszej pani, szefowej poważnej firmy. Kilkanaście nudnych fotek gipsu, skrzywionej twarzy „modelki”, wnętrza sali szpitalnej, ramy łóżka, stolika nocnego, krzesła stojącego w rogu... Wow. Jeśli ktoś nie widział jeszcze jak jest w szpitalnej sali, wystarczy, że obejrzy tę foto relację. Skąd dorosłym ludziom przychodzą takie rzeczy do głowy?
Nie ukrywam, że w pierwszej chwili miałam ochotę wrzucić tam w komentarz skargę, że złamał mi się paznokieć. Doszłam jednak do wniosku, że taka zbyt mała tragedia nie wzbudzi raczej zainteresowania, a sarkazmu pewno nie zrozumieją.
Kolejną rzeczą, która rozwala przy takich fotkach są komentarze: „Słitaśnie!”, „Ślicznie wyszłaś!’, „Prześliczny gips!”, „Cuuuudowneeeee”, „Wspaaaaaniaaaleeee” i rosnąca ilość tzw. lajków.
Serio?
Przegapiłam jakiś etap w ewolucji? A może zaczynamy cofać się w rozwoju, tylko jeszcze tego nie zauważyłam?
Czy ktoś może mi to wyjaśnić? Dlaczego dorośli ludzie robią z siebie idiotów? I jak tu potem iść z takim do Media Marktu?
29 stycznia 2014
01 stycznia 2014
Barani skok w Nowy Rok
Uwaga: długie plus wulgaryzmy.
Pamiętam jeszcze jak kiedyś bawiło się w noc sylwestrową. Grono dobrych znajomych, składkowe żarcie, nieco procentów. Zabawa zaczynała już po południu, konsumowano, tańczono, rozmawiano, śmiano się. Wesoło było i przyjemnie, a i wspólnie spędzony czas uciekał nader prędko. Z wybiciem północy wychodziło się na ulice, piło szampana, składało życzenia innym, spacerowano, odpalano fajerwerki, sztuczne ognie, petardy. Ludzie cieszyli się, ściskali, świętowali, zachowując kulturę.
A teraz?
Po wczorajszej nocy, podczas której hucznie witano Nowy Rok, moim marzeniem jest zaszycie się na bezludnej wyspie w tym czasie.
Naprawdę.
Gimbusówna wyszła świętować w gronie znajomych.
Młody Grizzli zaszył się przed kompem – event w grze mieli.
W mieszkaniu panował spokój i cisza – czyli to co lubię.
Nawet na ulicach było pusto, jedynie gdzieniegdzie z okien dobiegały dźwięki niezbyt głośnej muzyki.
Idąc na wieczorny spacer z bestią, przemknęło mi przez głowę, że to będzie jeden ze spokojniejszych Sylwestrów.
O jakże się pomyliłam!
To była cisza przed burzą.
Zaczęło się już o dwudziestej trzeciej.
- Kurwa, ja pierdolę! – dobiegło mnie zza okna.
- No kurwa, ja pierdolę! – zabrzmiało drugi raz tym samym męskim głosem.
- Nie idę! – odezwał się damski głos.
- Chodź!
- Nie idę!
- Chodź!
- Nie idę!
- No kurwa, ja pierdolę! Chodź!
- Nie idę!
- Chodź!
- Nie idę!
Gdy wymiana tych trzech zdań nie przestawała wdzierać się w moje uszy półgodziny później, nieco poddenerwowana (czyt. wkurzona jak głodna smoczyca) wyjrzałam przez okno. Ileż można słuchać jednego i tego samego? Nie ukrywam, że najchętniej wylałabym na osobniki toczące tę nader interesującą dyskusję, garnek gorącego oleju. Byle tylko zakończyć bezsensowny spór. Na usta cisnęło mi się jedno:
- No kurwa, idź! – byle jak najdalej spod moich okien.
Obawiam się, że nie wypadało jednak odezwać się w taki sposób do pracownicy urzędu, zajmującej w tymże urzędzie odpowiedzialne i ważne stanowisko.
Zamrugałam oczami, bo może mnie wzrok mylił?
Okazało się, że niestety nie.
Stojąca na ulicy ubrana w elegancką kreację sylwestrową urzędniczka, drobiąca chwiejnym krokiem w miejscu, patrzyła na siedzącego na chodniku mężczyznę w średnim wieku, który na pewno nie był jej mężem i powtarzała uparcie - Nie idę.
Jak zdarta płyta.
Oboje pijani.
I pewnie spędziliby w ten sposób resztę nocy, gdyby zza rogu nie wypadła grupka dzieci.
Tak, dobrze czytacie. Dzieci. Sądząc po wzroście – na bank podstawówka.
Zaczęły puszczać petardy.
Przy wtórze okrzyków wydawanych dziecięcymi głosikami:
- No kurwa, ja pierdolę!
- Aleś dojebał!
- Odpierdol się!
- Kuuuurwaaaa!
I tak na zmianę.
Wybuch, okrzyk. Wybuch, okrzyk.
Parka pod oknami doszła widać do porozumienia, bo oddaliła się zygzakiem.
Zadowolone dzieci odpaliły fajerwerki i wywrzaskując radośnie to co wcześniej, podziwiały feerię barw rozbłyskujących na niebie.
Zdziwiło mnie nieco, że smarkacze biegają przed północą bez opieki rodziców, a do tego bawią się czymś, co niekiedy wybucha w rękach. I przyznaję. Przez myśl mi przemknęło, że przynajmniej raz, mieszczące się niedaleko pogotowie ratunkowe, może się do czegoś przydać. Na przykład gdy jednemu czy drugiemu z berbeci pourywa paluszki, bądź wypali oczka.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy grupka dzieci zużyła zapas wybuchających zabawek i oddaliła się w sobie tylko wiadomym kierunku.
Do północy było coraz bliżej, a na ulicy zapadła na powrót cisza i spokój.
Zerknęłam na zegarek. Jeszcze kwadrans tego spokoju i zacznie się...
- Dosieego rokuuu! – rozbrzmiał znienacka czyjś pijacki głos.
Co ci się facet wskazówki na zegarku przestawiły, czy jak?
- Ja pierdolę!
- Kurwa!
Zabrzmiały kolejne pijane głosy.
Czyli, że nadchodziła większa ekipa zaprawionych w walce z alkoholem sylwestrowiczów.
- Dosiegoooo!
- Dosiegoooo!
- Szcze... Scze... Szce...
- Szczęśliwego!
- No! Kurwa! Sczesliwwwwych... tych.... dosieeegooo! – wydukał wreszcie jeden z imprezowiczów, z wrażenia kładąc się na ulicy.
Aż pożałowałam, że jakiś walec nie przejeżdża nią w tej chwili.
I wreszcie wybiła dwunasta.
Wokoło zaczęły wybuchać odpalane fajerwerki, petardy i wszystko to co zdążyli ludzie zakupić, a co powodowało hałas znacznie przekraczający ilość decybeli normowanych przez unię.
Muszę przyznać, że zapasy porobili spore.
Ubrałam się i wyszłam z domu.
Przynajmniej powitam Nowy Rok, składając życzenia innym. Popatrzę na rozjaśnione wybuchami niebo, przejdę się, pogadam ze znajomymi, których spotykam tak co roku.
Dotarłam do centrum tego całego zamieszania, które skupiło się na jednej z głównych ulic.
Ludzi sporo. Osób starszych, dorosłych, dostrzegam zaledwie kilka. I raczej przechodzą szybkim krokiem. Przeważa młodzież.
Część z nich próbuje jeszcze chodzić, część po kilku nieudolnych próbach decyduje się na pozostanie w miejscu, w którym upadła. Towarzysze zabawy próbują ich podnieść, ale nie za bardzo im to wychodzi.
Ci bardziej trzeźwi przy wtórze okrzyków: „kurwa!” i „ja pierdolę!”, odpalają wybuchowy asortyment. Widać zakupy w hurtowni robili, bo sporo tego mają.
Dostrzegam kilka szkolnych koleżanek Gimbusówny.
Jedną z nich jej niewiele starszy kolega przyparł do sklepowej witryny i rozbiera z bluzki, a ona chichocze zadowolona.
Druga, popijając piwo siedzi na kamiennym kwietniku kilka metrów dalej, z szeroko rozkraczonymi nogami, a uczynny kolega z klasy maturalnej sprawdza ręką, czy temperatura ciała pomiędzy jej udami jest odpowiednia.
Fakt, mogła w tej miniówce zmarznąć.
I nikt z pozostałych nie zwraca na to uwagi, tak jakby była to najzupełniej normalna rzecz pod słońcem. Przepraszam – pod księżycem.
Kilka innych stoi w roześmianej grupce otaczającej dwóch siłujących się ze sobą nastolatków.
Wymachują ochoczo na wpół opróżnionymi butelkami wódki, przytykając je do ust w krótkich odstępach czasu.
Serio? Tak bez soku? Żadnej przepitki? Niczym najwytrawniejsi alkoholicy?
Na szczęście w gromadzie rozbawionej i pijanej młodzieży nie dostrzegłam Gimbusówny, ani ekipy, z którą miała powitać Nowy Rok.
Delikatnie mówiąc, chyba bym jej kark skręciła za takie zachowanie, a i reszcie by się dostało.
Rozejrzałam się wokoło i doszłam do wniosku, że pora wracać.
Znajomych nie było, w sumie ludzi dorosłych też raczej nie. I przez chwilę poczułam się jak dinozaur, który pomylił epoki.
Życzeń też nie za bardzo było komu składać. A o miłej rozmowie mogłam zapomnieć. Powymieniać uściski? Z czym? Ze śmierdzącym wódką nastolatkiem?
Powolnym krokiem skierowałam się do domu.
Po drodze minęło mnie jeszcze kilka niewielkich grupek młodzieży, z butelkami w rękach. Ci przynajmniej wykrzyknęli radośnie „Dosiego Roku!” I nawet nie łazili zygzakiem po całej szerokości ulicy. Z ich ust nie dobywały się steki przekleństw, a dziewczyny uśmiechały się grzecznie.
Czyli, że można bawić się jeszcze w gronie znajomych nie zalewając w trupa i nie obmacując publicznie.
Z okien mijanych domów dobiegały dźwięki muzyki i wesołe rozmowy. Znaczy się normalni ludzie jeszcze żyją.
Podbudowało mnie to trochę.
I tym miłym akcentem kończę ten tekst.
Dosiego Roku!
Pamiętam jeszcze jak kiedyś bawiło się w noc sylwestrową. Grono dobrych znajomych, składkowe żarcie, nieco procentów. Zabawa zaczynała już po południu, konsumowano, tańczono, rozmawiano, śmiano się. Wesoło było i przyjemnie, a i wspólnie spędzony czas uciekał nader prędko. Z wybiciem północy wychodziło się na ulice, piło szampana, składało życzenia innym, spacerowano, odpalano fajerwerki, sztuczne ognie, petardy. Ludzie cieszyli się, ściskali, świętowali, zachowując kulturę.
A teraz?
Po wczorajszej nocy, podczas której hucznie witano Nowy Rok, moim marzeniem jest zaszycie się na bezludnej wyspie w tym czasie.
Naprawdę.
Gimbusówna wyszła świętować w gronie znajomych.
Młody Grizzli zaszył się przed kompem – event w grze mieli.
W mieszkaniu panował spokój i cisza – czyli to co lubię.
Nawet na ulicach było pusto, jedynie gdzieniegdzie z okien dobiegały dźwięki niezbyt głośnej muzyki.
Idąc na wieczorny spacer z bestią, przemknęło mi przez głowę, że to będzie jeden ze spokojniejszych Sylwestrów.
O jakże się pomyliłam!
To była cisza przed burzą.
Zaczęło się już o dwudziestej trzeciej.
- Kurwa, ja pierdolę! – dobiegło mnie zza okna.
- No kurwa, ja pierdolę! – zabrzmiało drugi raz tym samym męskim głosem.
- Nie idę! – odezwał się damski głos.
- Chodź!
- Nie idę!
- Chodź!
- Nie idę!
- No kurwa, ja pierdolę! Chodź!
- Nie idę!
- Chodź!
- Nie idę!
Gdy wymiana tych trzech zdań nie przestawała wdzierać się w moje uszy półgodziny później, nieco poddenerwowana (czyt. wkurzona jak głodna smoczyca) wyjrzałam przez okno. Ileż można słuchać jednego i tego samego? Nie ukrywam, że najchętniej wylałabym na osobniki toczące tę nader interesującą dyskusję, garnek gorącego oleju. Byle tylko zakończyć bezsensowny spór. Na usta cisnęło mi się jedno:
- No kurwa, idź! – byle jak najdalej spod moich okien.
Obawiam się, że nie wypadało jednak odezwać się w taki sposób do pracownicy urzędu, zajmującej w tymże urzędzie odpowiedzialne i ważne stanowisko.
Zamrugałam oczami, bo może mnie wzrok mylił?
Okazało się, że niestety nie.
Stojąca na ulicy ubrana w elegancką kreację sylwestrową urzędniczka, drobiąca chwiejnym krokiem w miejscu, patrzyła na siedzącego na chodniku mężczyznę w średnim wieku, który na pewno nie był jej mężem i powtarzała uparcie - Nie idę.
Jak zdarta płyta.
Oboje pijani.
I pewnie spędziliby w ten sposób resztę nocy, gdyby zza rogu nie wypadła grupka dzieci.
Tak, dobrze czytacie. Dzieci. Sądząc po wzroście – na bank podstawówka.
Zaczęły puszczać petardy.
Przy wtórze okrzyków wydawanych dziecięcymi głosikami:
- No kurwa, ja pierdolę!
- Aleś dojebał!
- Odpierdol się!
- Kuuuurwaaaa!
I tak na zmianę.
Wybuch, okrzyk. Wybuch, okrzyk.
Parka pod oknami doszła widać do porozumienia, bo oddaliła się zygzakiem.
Zadowolone dzieci odpaliły fajerwerki i wywrzaskując radośnie to co wcześniej, podziwiały feerię barw rozbłyskujących na niebie.
Zdziwiło mnie nieco, że smarkacze biegają przed północą bez opieki rodziców, a do tego bawią się czymś, co niekiedy wybucha w rękach. I przyznaję. Przez myśl mi przemknęło, że przynajmniej raz, mieszczące się niedaleko pogotowie ratunkowe, może się do czegoś przydać. Na przykład gdy jednemu czy drugiemu z berbeci pourywa paluszki, bądź wypali oczka.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy grupka dzieci zużyła zapas wybuchających zabawek i oddaliła się w sobie tylko wiadomym kierunku.
Do północy było coraz bliżej, a na ulicy zapadła na powrót cisza i spokój.
Zerknęłam na zegarek. Jeszcze kwadrans tego spokoju i zacznie się...
- Dosieego rokuuu! – rozbrzmiał znienacka czyjś pijacki głos.
Co ci się facet wskazówki na zegarku przestawiły, czy jak?
- Ja pierdolę!
- Kurwa!
Zabrzmiały kolejne pijane głosy.
Czyli, że nadchodziła większa ekipa zaprawionych w walce z alkoholem sylwestrowiczów.
- Dosiegoooo!
- Dosiegoooo!
- Szcze... Scze... Szce...
- Szczęśliwego!
- No! Kurwa! Sczesliwwwwych... tych.... dosieeegooo! – wydukał wreszcie jeden z imprezowiczów, z wrażenia kładąc się na ulicy.
Aż pożałowałam, że jakiś walec nie przejeżdża nią w tej chwili.
I wreszcie wybiła dwunasta.
Wokoło zaczęły wybuchać odpalane fajerwerki, petardy i wszystko to co zdążyli ludzie zakupić, a co powodowało hałas znacznie przekraczający ilość decybeli normowanych przez unię.
Muszę przyznać, że zapasy porobili spore.
Ubrałam się i wyszłam z domu.
Przynajmniej powitam Nowy Rok, składając życzenia innym. Popatrzę na rozjaśnione wybuchami niebo, przejdę się, pogadam ze znajomymi, których spotykam tak co roku.
Dotarłam do centrum tego całego zamieszania, które skupiło się na jednej z głównych ulic.
Ludzi sporo. Osób starszych, dorosłych, dostrzegam zaledwie kilka. I raczej przechodzą szybkim krokiem. Przeważa młodzież.
Część z nich próbuje jeszcze chodzić, część po kilku nieudolnych próbach decyduje się na pozostanie w miejscu, w którym upadła. Towarzysze zabawy próbują ich podnieść, ale nie za bardzo im to wychodzi.
Ci bardziej trzeźwi przy wtórze okrzyków: „kurwa!” i „ja pierdolę!”, odpalają wybuchowy asortyment. Widać zakupy w hurtowni robili, bo sporo tego mają.
Dostrzegam kilka szkolnych koleżanek Gimbusówny.
Jedną z nich jej niewiele starszy kolega przyparł do sklepowej witryny i rozbiera z bluzki, a ona chichocze zadowolona.
Druga, popijając piwo siedzi na kamiennym kwietniku kilka metrów dalej, z szeroko rozkraczonymi nogami, a uczynny kolega z klasy maturalnej sprawdza ręką, czy temperatura ciała pomiędzy jej udami jest odpowiednia.
Fakt, mogła w tej miniówce zmarznąć.
I nikt z pozostałych nie zwraca na to uwagi, tak jakby była to najzupełniej normalna rzecz pod słońcem. Przepraszam – pod księżycem.
Kilka innych stoi w roześmianej grupce otaczającej dwóch siłujących się ze sobą nastolatków.
Wymachują ochoczo na wpół opróżnionymi butelkami wódki, przytykając je do ust w krótkich odstępach czasu.
Serio? Tak bez soku? Żadnej przepitki? Niczym najwytrawniejsi alkoholicy?
Na szczęście w gromadzie rozbawionej i pijanej młodzieży nie dostrzegłam Gimbusówny, ani ekipy, z którą miała powitać Nowy Rok.
Delikatnie mówiąc, chyba bym jej kark skręciła za takie zachowanie, a i reszcie by się dostało.
Rozejrzałam się wokoło i doszłam do wniosku, że pora wracać.
Znajomych nie było, w sumie ludzi dorosłych też raczej nie. I przez chwilę poczułam się jak dinozaur, który pomylił epoki.
Życzeń też nie za bardzo było komu składać. A o miłej rozmowie mogłam zapomnieć. Powymieniać uściski? Z czym? Ze śmierdzącym wódką nastolatkiem?
Powolnym krokiem skierowałam się do domu.
Po drodze minęło mnie jeszcze kilka niewielkich grupek młodzieży, z butelkami w rękach. Ci przynajmniej wykrzyknęli radośnie „Dosiego Roku!” I nawet nie łazili zygzakiem po całej szerokości ulicy. Z ich ust nie dobywały się steki przekleństw, a dziewczyny uśmiechały się grzecznie.
Czyli, że można bawić się jeszcze w gronie znajomych nie zalewając w trupa i nie obmacując publicznie.
Z okien mijanych domów dobiegały dźwięki muzyki i wesołe rozmowy. Znaczy się normalni ludzie jeszcze żyją.
Podbudowało mnie to trochę.
I tym miłym akcentem kończę ten tekst.
Dosiego Roku!
Subskrybuj:
Posty (Atom)