31 grudnia 2013
24 grudnia 2013
22 grudnia 2013
Przedwigilijnie
Święta, święta i po świętach... za kilka dni te słowa staną się rzeczywistością. A póki co... Życie realne zmusiło mnie do opuszczenia swojej ostoi, co też uczyniłam ze sporą niechęcią. Jak mus to mus.
Ledwo opuściłam progi domostwa, zaopatrzona w stos siatek, reklamówek, toreb i wypchany portfel, dostałam w łeb choinką niesioną przez sąsiada. Uświadomiło mi to, że do listy zakupów trzeba dorzucić bombki. Zeszłoroczne nieco się zdeformowały – czyli uległy zniszczeniu.
Zakupy to jedna z rzeczy, których nienawidzę. Nie rozumiem jak można ładować do koszyka sklepowego masę zbędnych artykułów, toczyć wraz z innymi klientami boje o rzeczy z promocji (prawdziwy Grunwald, jak Boga kocham!), by wreszcie z miną zwycięzcy ustawić się w kolejce do kasy i pozwolić zmęczonej pani za ową kasą zabrać swoje finanse.
No nic...
Wyciągnęłam z domu Młodego Grizzli i Gimbusównę – ktoś przecież musi dotaszczyć zakupy na miejsce – po czym podejmując się roli przewodnika po mieście i sklepach, poprowadziłam młodzież za sobą.
Udało się nam dokonać niezbędnych sprawunków w jedno popołudnie. No prawie jedno. Pozostałych trzech nie liczę. Co prawda Młody Grizzli coś tam protestował przeciwko zamordowanemu karpiowi, ale kto by słuchał dziecka. Dzieci i ryby głosu nie mają. Nie chcąc zapewne podzielić losu karpia, przymknął się w chwili, gdy moja żądza mordu zaczęła kierować się w jego stronę.
Mniej dyplomacji wykazała Gimbusówna:
- Mamooooo! A te lampki na choinkę to jedyne co mamy? Czy jakieś jeszcze są? Bo ja chciałam do siebie, do pokoju.
- Jedyne – mruknęła wredna matka.
- Czyli w tym roku na choince ich nie będzie?
Rzut kapciem w stronę gdzie stała, pozbawił ją wątpliwości, gdzie w tym roku zawisną lampki.
Wróciłam do swoich zajęć, gdy rozległ się głos Młodego Grizzli:
- Kto wyżarł paluszki i ciastka?
- Jak to wyżarł? – uszczuplenie zapasów, które zgromadziłam w jednej z szafek nie wpłynęły pozytywnie na mój humor przedświąteczny. – Przecież tydzień temu mówiłam, że sezon pod tytułem: „Zostaw to i nie ruszaj, to na święta!” uważam za otwarty. Które wyżarło? – wrzasnęłam, spiesząc do kuchni by sprawdzić czy w ogóle coś pozostało.
- A to tutaj coś było? – zdziwiła się niewinnie Gimbusówna, przezornie znikając za drzwiami swojego pokoju i gubiąc po drodze szeleszczące papierki po cukierkach.
- Ty pieroński żarłoku! – wyrwało mi się spod serca.
Zawsze to samo. Co roku. Mieszkając z domową młodzieżą, należałoby chyba robić zakupy w Wigilię z rana.
Wysłałam pożeraczy po kolejny zapas słodyczy, a sama zajęłam się porządkami.
Gdy okna już lśniły, białe firanki zwisały dumnie z karnisza, a i reszta mieszkania błyszczała jak dobrze wylizane psie ja... to znaczy – po prostu błyszczała, wpadłam na pomysł świątecznego przystrojenia okien.
Niestety spotkało się to ze zdecydowanym protestem młodzieży. Nie takie bunty już się gasiło, tak więc niedługo potem w oknach pojawiły się choinki, bałwanki i inne bzdury, którymi ludzie czasami obwieszają płoty, okna itp.
Przedświąteczną gonitwę uznałam za skończoną i oddaliłam się w kierunku swojej ostoi, zamierzając powrócić do przyjaznego środowiska netowego, by przy ubijaniu potworów i zdobywaniu expa, przygotować się psychicznie na wigilijne gotowanie.
- A choinka? – przypomniała młodzież.
Zawsze pamiętają to, co niekoniecznie jest w danej chwili ważne.
- Sami się tym zajmijcie – mruknęłam, jedną nogą będąc już w upragnionej ostoi.
Nim przekroczyłam próg drugą, dotarło do mnie, że w wigilijny poranek trzeba będzie wyjść z domu i kolejny raz uzupełnić zapas bombek. A może jednak nie?
- Ja nie stroję!
- Ja też nie!
Te dwa zdania pogrzebały moją nadzieję na powrót do zaprzyjaźnionego środowiska.
- Jak to @#$%^& nie stroicie? – wydarłam się paskudnie, ruszając do pokoju zwanego szumnie salonem.
Niby dlaczego wszystko ma być na mojej głowie? Porządki, lista zakupów, gotowanie... Sama tam mieszkam czy jak?
- Stroicie. I to zaraz – oznajmiłam nieprzyjemnie, wyciągając z szafy pudła z ozdobami.
Poskładałam drzewko wigilijne, podłączyłam lampki i w tym momencie do moich uszu dobiegł dźwięk Słowian. @#$%^& tylko nie to!
- Wyłącz ten cycaty łomot i zapodaj jakieś kolędy – nakazałam Gimbusównie.
- Nieeeee! – odwrzasnęła, pogłaśniając muzykę.
- Wyłącz to! I wrzuć jakieś celtyki – zaprotestował Młody Grizzli. – Albo sam wyłączę.
Ma jednak kochane dziecko gust muzyczny.
Wizja wylatującego za okno laptopa rozbrzmiewającego dźwiękami cycatych Słowianek najwyraźniej nie spodobała się Gimbusównie, bo rytmiczny łupu cupu umilkło.
Odetchnęłam z ulgą, przepędzając spod powiek podskakującą wokalistkę. Przecież to się może człowiekowi przyśnić!
- Dobra, to pomogę, ale za to wrzucę zdjęcia na aska – oznajmiło młodsze dziecię.
- A wrzucaj gdzie chcesz, byle bombki wisiały na gałęziach – zgodziłam się. – I nie zapomnij na fejsie pochwalić się, jak to dzielnie łańcuch kładłaś – dorzuciłam złośliwie. – Zalajkują i dostaniesz + 20 do zajebistości.
Ostatecznie choinka została ubrana, a w moim sercu zagościła nadzieja na powrót do ostoi.
Usiadłam przed ukochanym komputerem, włączyłam grę, gdy nagle rozległ się huk i brzęk.
Nie wiedziałam, że potrafię z taką szybkością pokonać odcinek dzielący mój kącik od salonu.
I taka mała nauczka na przyszłość.
Nie zostawia się bez nadzoru w jednym pokoju psa, młodzieży – nawet tej dorastającej – i choinki.
A po bombki sobie pójdę. I owszem.
Ze świątecznym pozdrowieniem dla Czytelników
Ledwo opuściłam progi domostwa, zaopatrzona w stos siatek, reklamówek, toreb i wypchany portfel, dostałam w łeb choinką niesioną przez sąsiada. Uświadomiło mi to, że do listy zakupów trzeba dorzucić bombki. Zeszłoroczne nieco się zdeformowały – czyli uległy zniszczeniu.
Zakupy to jedna z rzeczy, których nienawidzę. Nie rozumiem jak można ładować do koszyka sklepowego masę zbędnych artykułów, toczyć wraz z innymi klientami boje o rzeczy z promocji (prawdziwy Grunwald, jak Boga kocham!), by wreszcie z miną zwycięzcy ustawić się w kolejce do kasy i pozwolić zmęczonej pani za ową kasą zabrać swoje finanse.
No nic...
Wyciągnęłam z domu Młodego Grizzli i Gimbusównę – ktoś przecież musi dotaszczyć zakupy na miejsce – po czym podejmując się roli przewodnika po mieście i sklepach, poprowadziłam młodzież za sobą.
Udało się nam dokonać niezbędnych sprawunków w jedno popołudnie. No prawie jedno. Pozostałych trzech nie liczę. Co prawda Młody Grizzli coś tam protestował przeciwko zamordowanemu karpiowi, ale kto by słuchał dziecka. Dzieci i ryby głosu nie mają. Nie chcąc zapewne podzielić losu karpia, przymknął się w chwili, gdy moja żądza mordu zaczęła kierować się w jego stronę.
Mniej dyplomacji wykazała Gimbusówna:
- Mamooooo! A te lampki na choinkę to jedyne co mamy? Czy jakieś jeszcze są? Bo ja chciałam do siebie, do pokoju.
- Jedyne – mruknęła wredna matka.
- Czyli w tym roku na choince ich nie będzie?
Rzut kapciem w stronę gdzie stała, pozbawił ją wątpliwości, gdzie w tym roku zawisną lampki.
Wróciłam do swoich zajęć, gdy rozległ się głos Młodego Grizzli:
- Kto wyżarł paluszki i ciastka?
- Jak to wyżarł? – uszczuplenie zapasów, które zgromadziłam w jednej z szafek nie wpłynęły pozytywnie na mój humor przedświąteczny. – Przecież tydzień temu mówiłam, że sezon pod tytułem: „Zostaw to i nie ruszaj, to na święta!” uważam za otwarty. Które wyżarło? – wrzasnęłam, spiesząc do kuchni by sprawdzić czy w ogóle coś pozostało.
- A to tutaj coś było? – zdziwiła się niewinnie Gimbusówna, przezornie znikając za drzwiami swojego pokoju i gubiąc po drodze szeleszczące papierki po cukierkach.
- Ty pieroński żarłoku! – wyrwało mi się spod serca.
Zawsze to samo. Co roku. Mieszkając z domową młodzieżą, należałoby chyba robić zakupy w Wigilię z rana.
Wysłałam pożeraczy po kolejny zapas słodyczy, a sama zajęłam się porządkami.
Gdy okna już lśniły, białe firanki zwisały dumnie z karnisza, a i reszta mieszkania błyszczała jak dobrze wylizane psie ja... to znaczy – po prostu błyszczała, wpadłam na pomysł świątecznego przystrojenia okien.
Niestety spotkało się to ze zdecydowanym protestem młodzieży. Nie takie bunty już się gasiło, tak więc niedługo potem w oknach pojawiły się choinki, bałwanki i inne bzdury, którymi ludzie czasami obwieszają płoty, okna itp.
Przedświąteczną gonitwę uznałam za skończoną i oddaliłam się w kierunku swojej ostoi, zamierzając powrócić do przyjaznego środowiska netowego, by przy ubijaniu potworów i zdobywaniu expa, przygotować się psychicznie na wigilijne gotowanie.
- A choinka? – przypomniała młodzież.
Zawsze pamiętają to, co niekoniecznie jest w danej chwili ważne.
- Sami się tym zajmijcie – mruknęłam, jedną nogą będąc już w upragnionej ostoi.
Nim przekroczyłam próg drugą, dotarło do mnie, że w wigilijny poranek trzeba będzie wyjść z domu i kolejny raz uzupełnić zapas bombek. A może jednak nie?
- Ja nie stroję!
- Ja też nie!
Te dwa zdania pogrzebały moją nadzieję na powrót do zaprzyjaźnionego środowiska.
- Jak to @#$%^& nie stroicie? – wydarłam się paskudnie, ruszając do pokoju zwanego szumnie salonem.
Niby dlaczego wszystko ma być na mojej głowie? Porządki, lista zakupów, gotowanie... Sama tam mieszkam czy jak?
- Stroicie. I to zaraz – oznajmiłam nieprzyjemnie, wyciągając z szafy pudła z ozdobami.
Poskładałam drzewko wigilijne, podłączyłam lampki i w tym momencie do moich uszu dobiegł dźwięk Słowian. @#$%^& tylko nie to!
- Wyłącz ten cycaty łomot i zapodaj jakieś kolędy – nakazałam Gimbusównie.
- Nieeeee! – odwrzasnęła, pogłaśniając muzykę.
- Wyłącz to! I wrzuć jakieś celtyki – zaprotestował Młody Grizzli. – Albo sam wyłączę.
Ma jednak kochane dziecko gust muzyczny.
Wizja wylatującego za okno laptopa rozbrzmiewającego dźwiękami cycatych Słowianek najwyraźniej nie spodobała się Gimbusównie, bo rytmiczny łupu cupu umilkło.
Odetchnęłam z ulgą, przepędzając spod powiek podskakującą wokalistkę. Przecież to się może człowiekowi przyśnić!
- Dobra, to pomogę, ale za to wrzucę zdjęcia na aska – oznajmiło młodsze dziecię.
- A wrzucaj gdzie chcesz, byle bombki wisiały na gałęziach – zgodziłam się. – I nie zapomnij na fejsie pochwalić się, jak to dzielnie łańcuch kładłaś – dorzuciłam złośliwie. – Zalajkują i dostaniesz + 20 do zajebistości.
Ostatecznie choinka została ubrana, a w moim sercu zagościła nadzieja na powrót do ostoi.
Usiadłam przed ukochanym komputerem, włączyłam grę, gdy nagle rozległ się huk i brzęk.
Nie wiedziałam, że potrafię z taką szybkością pokonać odcinek dzielący mój kącik od salonu.
I taka mała nauczka na przyszłość.
Nie zostawia się bez nadzoru w jednym pokoju psa, młodzieży – nawet tej dorastającej – i choinki.
A po bombki sobie pójdę. I owszem.
Ze świątecznym pozdrowieniem dla Czytelników
15 grudnia 2013
Zadatki na Gimbusowego stwora
Uwaga: wulgaryzmy
Mylnie zakładałam, że absurdalne zachowania gimbusów rozpoczynają się w chwili, gdy dzieciny te, rozkwitający kwiat naszego społeczeństwa, przekraczają progi szkoły zwanej Gimnazjum. Z moich ostatnich obserwacji wynika, że proces ogłupienia mózgu zaczyna się o wiele wcześniej. Już w szkole podstawowej!
Nie ma to jak być małym, wrzeszczącym hardkorem w słodkiej różowej kurteczce (kto w ogóle kupuje małym chłopcom różowe kurteczki?!), czapce z pomponikami wiązanej pod szyją i dzierżąc dzielnie w rączce plecak z naszywką Kubusia Puchatka, wieść prym pośród gromadki rówieśników.
Tupta taki malutki hardkor chodnikiem, wymachując dziarsko workiem na kapcie (czyt. obuwie zamienne) i wykrzykuje piszczącym głosikiem hasła w stylu: Jebać policję! Chwdp!
Towarzysząca mu gromadka patrzy na niego pełnym uwielbienia wzrokiem.
Zatkało mnie.
Najnormalniej w świecie zaniemówiłam.
Wryło mnie w chodnik, którym podążałam na wprost grupki maluchów. Tak na oko pierwsza, druga klasa podstawówki. Albo wyrośnięte przedszkole, jednak budynku, z którego mogła grupka wypełznąć w pobliżu nie było. Czyli, że jednak podstawówka. Za grupką, chybocząc się na wysokich obcasikach, drobiły jakieś dwie wymalowane panny w mini, których stałym adresem zameldowania chyba było solarium. Ewentualnie wróciły właśnie z wakacji w upalnym i słonecznym kraju, które to wakacje spędziły leżąc plackiem na plaży.
Tak więc zatrzymałam się na chodniku i spojrzałam z niedowierzaniem na maluchy, co spotkało się z reakcją pełną oburzenia:
- I co się gapis, stala kulwo? – wrzasnął mały hardkor.
Z tych kilku słów mój mózg wyłowił naprędce jedno: stara.
I nieco mi ciśnienie podskoczyło.
Że niby co? Mój nowy krem na zmarszczki nie działa?
Co tu takiemu maluchowi odpowiedzieć? Palnąć w łeb od razu? Przecież to nie moje dziecko, jeszcze mnie ktoś oskarży o znęcanie się.
- Naucz się dziecko „r” wymawiać – rzuciłam na odczepnego, z zamiarem odejścia (celem pilnego zakupu lepszego kremu).
- Pierldrol się! – odwrzasnęło to coś, co było chłopczykiem w słodkiej różowej kurteczce. Ubiór zapewne dla niepoznaki.
Czyli jednak da się „r” powiedzieć, jeśli się usilnie chce.
O dziwo reszta świty towarzyszącej hardkorowi stała spokojnie, w milczeniu kontemplując zaistniałą sytuację. Paniusie drepczące za grupką, zatrzymały się omawiając długość tipsów i najmodniejsze wzory ozdób świątecznych, umieszczonych na owych tipsach.
Sama nie wiem jak to się stało, ale moja ręka zbliżyła się niebezpiecznie blisko małego hardkora. Celem rozpłaszczenia smarkacza na pobliskim murze. Odruch chyba jakiś.
I w tym momencie rozległ się piskliwy krzyk:
- Zostaw moje dziecko!
Najwidoczniej sprawa tipsów nie była jednak priorytetem.
Jedna z pomarańczowych panienek ruszyła w moją stronę, drobiąc szybciutko po ośnieżonym chodniku.
Kobieto, uważaj, bo sobie raciczki połamiesz – tylko tyle przemknęło mi przez myśl, widząc tę desperacką próbę zbliżenia się.
- Ratunku! – wrzasnęła pomarańczowa panienka, wymachując w powietrzu tipsami – Zboczeniec!
Na wszelki wypadek cofnęłam rękę i obejrzałam się za siebie. Przystająca obok niemłoda już kobieta, a tuż za nią mężczyzna, którego wiek wskazywał na to, że jakiekolwiek ekscesy seksualne ma już dawno za sobą, nie wyglądali mi na zboczeńców.
- Jak ty się wyrażasz gówniarzu? – pan postanowił zainterweniować. – Kto cię nauczył takich słów? Za moich czasów...
Panu nie dane było skończyć, co było za jego czasów, bo z ust hardkora wypłynął potok słów.
- Gupi ciulu nie wpieldalaj się! Jebać policję! Chuj ci w dupe! – chłopczyk spojrzał buntowniczo na swój orszak, który powoli zaczynał się rozchodzić. – Gdzie kulwa idziecie? Boicie się tchórze? Co ci taka pizda może zlobić?
„R” dziecinko. Znowu nie wymawiasz „r”.
- Kubusiu! – pomarańczowa panienka uznała za stosowne odezwać się. Już wiem skąd Puchatek na tornistrze. Pewno bez tego, imienia własnego dziecka byś kobieto nie zapamiętała. – Odsuń się w tej chwili! Nie rozmawia się z obcymi!
- To pani dziecko? – zainteresowała się niemłoda już kobieta.
Starszy pan zamilkł, wpatrując się morderczym wzrokiem w różową kurteczkę, która przezornie schowała się za panterkowym mini.
- Kto wie, czy to w ogóle dziecko – wylazła ze mnie wredota. – I czyje...
- Co pani sobie wyobraża! – zapiszczała pomarańczowa panienka – że nie wiem kto jest jego ojcem?
Towarzysząca jej koleżanka milczała taktownie, obserwując swoje tipsy.
Wzruszyłam ramionami i ruszyłam z miejsca, próbując pohamować niedobry odruch przyłożenia komuś w pysk.
- Kubusiu! Idziemy! – zapiszczała ofiara solarium, łapiąc hardkora za rączkę i robiąc kilka niezdarnych kroczków.
Rozległ się pisk.
Zerknęłam przez ramię, akurat w chwili gdy mama foczka upadała w zaspę.
A przewidywałam, że raciczki sobie połamie. Kto normalny biega w takich obcasikach po ośnieżonym chodniku?
Pozostała dwójka potencjalnych zboczeńców ruszyła każde w swoją stronę, nie zważając już na wrzaski i przekleństwa dobywające się z usteczek panienki.
Tylko dziecka szkoda...
Niemniej podstawy pod Gimbusa już ma.
I ta różowa kurteczka... Ech... idealna do słit foci z rąsi.
Z pozdrowieniami dla Matki Roku.
Mylnie zakładałam, że absurdalne zachowania gimbusów rozpoczynają się w chwili, gdy dzieciny te, rozkwitający kwiat naszego społeczeństwa, przekraczają progi szkoły zwanej Gimnazjum. Z moich ostatnich obserwacji wynika, że proces ogłupienia mózgu zaczyna się o wiele wcześniej. Już w szkole podstawowej!
Nie ma to jak być małym, wrzeszczącym hardkorem w słodkiej różowej kurteczce (kto w ogóle kupuje małym chłopcom różowe kurteczki?!), czapce z pomponikami wiązanej pod szyją i dzierżąc dzielnie w rączce plecak z naszywką Kubusia Puchatka, wieść prym pośród gromadki rówieśników.
Tupta taki malutki hardkor chodnikiem, wymachując dziarsko workiem na kapcie (czyt. obuwie zamienne) i wykrzykuje piszczącym głosikiem hasła w stylu: Jebać policję! Chwdp!
Towarzysząca mu gromadka patrzy na niego pełnym uwielbienia wzrokiem.
Zatkało mnie.
Najnormalniej w świecie zaniemówiłam.
Wryło mnie w chodnik, którym podążałam na wprost grupki maluchów. Tak na oko pierwsza, druga klasa podstawówki. Albo wyrośnięte przedszkole, jednak budynku, z którego mogła grupka wypełznąć w pobliżu nie było. Czyli, że jednak podstawówka. Za grupką, chybocząc się na wysokich obcasikach, drobiły jakieś dwie wymalowane panny w mini, których stałym adresem zameldowania chyba było solarium. Ewentualnie wróciły właśnie z wakacji w upalnym i słonecznym kraju, które to wakacje spędziły leżąc plackiem na plaży.
Tak więc zatrzymałam się na chodniku i spojrzałam z niedowierzaniem na maluchy, co spotkało się z reakcją pełną oburzenia:
- I co się gapis, stala kulwo? – wrzasnął mały hardkor.
Z tych kilku słów mój mózg wyłowił naprędce jedno: stara.
I nieco mi ciśnienie podskoczyło.
Że niby co? Mój nowy krem na zmarszczki nie działa?
Co tu takiemu maluchowi odpowiedzieć? Palnąć w łeb od razu? Przecież to nie moje dziecko, jeszcze mnie ktoś oskarży o znęcanie się.
- Naucz się dziecko „r” wymawiać – rzuciłam na odczepnego, z zamiarem odejścia (celem pilnego zakupu lepszego kremu).
- Pierldrol się! – odwrzasnęło to coś, co było chłopczykiem w słodkiej różowej kurteczce. Ubiór zapewne dla niepoznaki.
Czyli jednak da się „r” powiedzieć, jeśli się usilnie chce.
O dziwo reszta świty towarzyszącej hardkorowi stała spokojnie, w milczeniu kontemplując zaistniałą sytuację. Paniusie drepczące za grupką, zatrzymały się omawiając długość tipsów i najmodniejsze wzory ozdób świątecznych, umieszczonych na owych tipsach.
Sama nie wiem jak to się stało, ale moja ręka zbliżyła się niebezpiecznie blisko małego hardkora. Celem rozpłaszczenia smarkacza na pobliskim murze. Odruch chyba jakiś.
I w tym momencie rozległ się piskliwy krzyk:
- Zostaw moje dziecko!
Najwidoczniej sprawa tipsów nie była jednak priorytetem.
Jedna z pomarańczowych panienek ruszyła w moją stronę, drobiąc szybciutko po ośnieżonym chodniku.
Kobieto, uważaj, bo sobie raciczki połamiesz – tylko tyle przemknęło mi przez myśl, widząc tę desperacką próbę zbliżenia się.
- Ratunku! – wrzasnęła pomarańczowa panienka, wymachując w powietrzu tipsami – Zboczeniec!
Na wszelki wypadek cofnęłam rękę i obejrzałam się za siebie. Przystająca obok niemłoda już kobieta, a tuż za nią mężczyzna, którego wiek wskazywał na to, że jakiekolwiek ekscesy seksualne ma już dawno za sobą, nie wyglądali mi na zboczeńców.
- Jak ty się wyrażasz gówniarzu? – pan postanowił zainterweniować. – Kto cię nauczył takich słów? Za moich czasów...
Panu nie dane było skończyć, co było za jego czasów, bo z ust hardkora wypłynął potok słów.
- Gupi ciulu nie wpieldalaj się! Jebać policję! Chuj ci w dupe! – chłopczyk spojrzał buntowniczo na swój orszak, który powoli zaczynał się rozchodzić. – Gdzie kulwa idziecie? Boicie się tchórze? Co ci taka pizda może zlobić?
„R” dziecinko. Znowu nie wymawiasz „r”.
- Kubusiu! – pomarańczowa panienka uznała za stosowne odezwać się. Już wiem skąd Puchatek na tornistrze. Pewno bez tego, imienia własnego dziecka byś kobieto nie zapamiętała. – Odsuń się w tej chwili! Nie rozmawia się z obcymi!
- To pani dziecko? – zainteresowała się niemłoda już kobieta.
Starszy pan zamilkł, wpatrując się morderczym wzrokiem w różową kurteczkę, która przezornie schowała się za panterkowym mini.
- Kto wie, czy to w ogóle dziecko – wylazła ze mnie wredota. – I czyje...
- Co pani sobie wyobraża! – zapiszczała pomarańczowa panienka – że nie wiem kto jest jego ojcem?
Towarzysząca jej koleżanka milczała taktownie, obserwując swoje tipsy.
Wzruszyłam ramionami i ruszyłam z miejsca, próbując pohamować niedobry odruch przyłożenia komuś w pysk.
- Kubusiu! Idziemy! – zapiszczała ofiara solarium, łapiąc hardkora za rączkę i robiąc kilka niezdarnych kroczków.
Rozległ się pisk.
Zerknęłam przez ramię, akurat w chwili gdy mama foczka upadała w zaspę.
A przewidywałam, że raciczki sobie połamie. Kto normalny biega w takich obcasikach po ośnieżonym chodniku?
Pozostała dwójka potencjalnych zboczeńców ruszyła każde w swoją stronę, nie zważając już na wrzaski i przekleństwa dobywające się z usteczek panienki.
Tylko dziecka szkoda...
Niemniej podstawy pod Gimbusa już ma.
I ta różowa kurteczka... Ech... idealna do słit foci z rąsi.
Z pozdrowieniami dla Matki Roku.
02 grudnia 2013
Jak Gimbusówna obchodziła Andrzejki
Już od kilku dni moje oczy i uszy były bombardowane reklamami ostatniego listopadowego wieczoru. Tylko u nas! (tak, akurat). Wieczór andrzejkowy, wróżby i dobra zabawa! Dwie stówy od pary! (a gdzie gwarancja ekscytujących doznań? Za tę kasę, to spodziewam się, że na stole zatańczy półnagi wróżbita). Sprawdź co czeka cię w przyszłym roku! Czy twój wybranek oświadczy się, a ty trafisz szóstkę w totka! (nieprzystojny rechot). Jasnowidz przepowie ci przyszłość! (koszt sms 99,99zł).
Daj porwać się magii tego wyjątkowego wieczoru!
Dałam.
Wzięłam kocyk, kubek z ulubioną herbatą i zaszyłam się w swojej ostoi. Właśnie zaczynałam magicznie odpalać ulubioną grę, kiedy rozległo się cichutkie stukanie do drzwi wejściowych.
Chwilę potem usłyszałam tętent raciczek Gimbusówny pędzącej na złamanie karku w ich stronę. Tu muszę zwrócić uwagę na zadziwiający słuch dziecięcia, które nie słyszy uwag wrednej matki stojącej obok, a z drugiego końca mieszkania słyszy ciche pukanie do drzwi. Jestem pod wrażeniem zmysłu słuchu, potrafiącego tak doskonale rozróżniać właściwe dźwięki.
Drzwi skrzypnęły – wciąż zapominam je naoliwić – i nastąpiła kakofonia wrzasków powitalnych. Widzieliście kiedyś w zoo małpy cieszące się, że ktoś rzucił im ciastko? Tak to mnie więcej wyglądało. Łącznie z naśladownictwem dźwięków.
Za ścianką działową mojej ostoi przebiegło stado rozpędzonych koni, najwyraźniej szykujących się do skomplikowanej szarży na wroga, by z głośnym trzaśnięciem zniknąć za drzwiami pokoju Gimbusówny.
Sama zainteresowana pojawiła się na progu mojego zakątka niedługo potem.
- Mamooooo! – zaczęła, odrywając mnie od logowania w grze – Bo przyszli znajomi... – to stado w przedpokoju to jednak byli ludzie? - ... i dzisiaj są andrzejki, i będziemy sobie wróżyć, i zrobisz nam coś do jedzenia i picia, i dasz świeczki na wosk, i jakie są jeszcze wróżby, i mamy w domu coś słodkiego, i... – chyba zapowietrzyła się, bo umilkła niespodziewanie.
Popatrzyła na mnie, coś tam widać w łebku zaświtało, bo odwróciła się na pięcie i powędrowała do kuchni. Rozległ się odgłos trzaskania garnkami, otwierania szafek i głośne: „no kurde”.
Najwidoczniej przypomniała sobie ostatnią lekcję, której głównym tematem było: „Masz gości, to obsłuż ich sobie sama”.
W myślach zrobiłam przegląd sklepów, gdzie będzie można uzupełnić stłuczoną zastawę.
- A możemy w kuchni sobie powróżyć? – Gimbusówna pojawiła się na progu ostoi niczym duch.
- Możecie – wyraziłam zgodę, tym razem oddając się rozmyślaniom nad skutecznymi środkami czystości do uporządkowania kuchni po wizycie młodzieży.
- Mamooooo! To my sobie weźmiemy ten garnuszek, z którego nalewa się wodę psu! – poinformował mnie wrzask z kuchni.
- Tylko karmy mu z miski nie wyżerajcie! – odkrzyknęłam, ubijając kolejnego potwora w grze.
Rechot śmiechu młodzieży, zagłuszył cienki pisk padającego stwora, a sama młodzież snuła się pomiędzy kuchnią, a pokojem dziecięcia, wydając z siebie dziwne odgłosy.
Spacja i kolejny, spacja i kolejny.
Pociągnęłam nosem.
Coś zaczynało się palić.
- Gimbusówna! – wrzasnęłam, z prędkością światła wyskakując zza biurka i wpadając do kuchni. – Chyba wosk wam się zanadto roztopił! – w ostatniej chwili zdjęłam z palnika poczerniały garnuszek.
Sorry, pies, kupimy nowy.
Młodzież wpadła do kuchni.
- Ale my klucza nie mamy! Ma pani jakiś klucz z dziurką? – posypały się pytania.
O nie, moi drodzy. Tego klucza to wy w swoje łapki nie dostaniecie – przemknęło mi przez głowę. Instynkt samozachowawczy zadziałał.
- Z papieru sobie wytnijcie. Macie bloki, pełno kartek. Wróżba też będzie ważna i... – uśmiechnęłam się lekko – na pewno się spełni – nie odmówiłam sobie małej ironii, wracając do swojej ostoi.
Kolejne potwory padały niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy moich uszu znowu dobiegło wołanie.
- Mamooooo! Chodź zobacz co mi wyszło! – pełen radości głos Gimbusówny sprawił, że podniosłam swoje leniwe cztery litery i powędrowałam w strefę radioaktywną, jaką zwykle stanowi pokój dziecięcia. Z czego też ona może tak się cieszyć?
- No patrz! – wystawiła w moją stronę nieforemny kawałek wosku, gdy tylko wsunęłam głowę przez drzwi.
- Yyyy – nie wiedziałam co powiedzieć. Bryłka niczego mi nie przypominała. No, może poza skamieliną z epoki dinozaurów, albo grudką ziemi. – Ładne? – spytałam, próbując być miłą.
- Mamooooo! Bo mi wyszedł domek z ogródkiem! I kominek! – wywrzeszczało wciąż radośnie dziecię.
- Hm... – zamyśliłam się na krótką chwilę – To chyba już wiem, kto na wiosnę pomoże przekopać ogródek. W komórce stoją szpadle, no wiesz... to ten domek. – oznajmiłam – I w nagrodę może nawet jakieś ognisko będzie można rozpalić. Oczywiście w ramach tego kominka.
- Mamooooo! Ty to wredna jesteś! Idź sobie! – radość Gimbusówny zgasła, a ja przezornie wróciłam do ubijania potworów, ciesząc się, że nikomu wózek dziecięcy się nie ulał.
Spacja i kolejny, spacja i kolejny. W międzyczasie łyk chłodnej już herbaty.
- Mamooooo!
Noż kurde... Zgrzytnęłam zębami.
- Mamooooo! I dasz nam jakieś igły? – Gimbusówna znów stała na progu.
- Skarbie, w andrzejki rytuałów voodoo nie odprawia się – zauważyłam.
- Czego? – dziecię zatrzepotało rzęsami.
- Nic, nic – machnęłam ręką – zobacz przy maszynie – podpowiedziałam jej kierunek poszukiwań.
Najwidoczniej znalazła, bo nie przyszła kolejny raz, a z pokoju wciąż dobiegały odgłosy zabawy.
A to, że jeszcze nic mnie nagle nie zabolało ani zakłuło, świadczyło, że jednak wykorzystała owe igły do czegoś innego. Co za ulga.
Setki ubitych potworów dalej, stado... o przepraszam – znajomi Gimbusówny – zmaterializowali się przy drzwiach wyjściowych. Wrzaski towarzyszące pożegnaniu przypominały teraz te, które wydają małpy w zoo, kiedy ktoś zabierze im rzucone wcześniej ciastko.
Głośny trzask drzwi. Tętent raciczek Gimbusówny zmierzający w stronę jej pokoju. Kolejny trzask drzwi.
I wreszcie nastała upragniona cisza.
Podniosłam się ciężko, postanawiając zrobić kolejną herbatę i powędrowałam do kuchni.
Stojąc na progu, poklepałam psi łeb, który wsunął się odważnie za mną.
- Nie martw się stary – rzuciłam, patrząc na wnętrze jeszcze niedawno czystego pomieszczenia – jutro znajdziemy hurtownię z super, hiper środkami do sprzątania. I może nawet nam powiedzą, czym ściąga się wosk ze ścian.
Daj porwać się magii tego wyjątkowego wieczoru!
Dałam.
Wzięłam kocyk, kubek z ulubioną herbatą i zaszyłam się w swojej ostoi. Właśnie zaczynałam magicznie odpalać ulubioną grę, kiedy rozległo się cichutkie stukanie do drzwi wejściowych.
Chwilę potem usłyszałam tętent raciczek Gimbusówny pędzącej na złamanie karku w ich stronę. Tu muszę zwrócić uwagę na zadziwiający słuch dziecięcia, które nie słyszy uwag wrednej matki stojącej obok, a z drugiego końca mieszkania słyszy ciche pukanie do drzwi. Jestem pod wrażeniem zmysłu słuchu, potrafiącego tak doskonale rozróżniać właściwe dźwięki.
Drzwi skrzypnęły – wciąż zapominam je naoliwić – i nastąpiła kakofonia wrzasków powitalnych. Widzieliście kiedyś w zoo małpy cieszące się, że ktoś rzucił im ciastko? Tak to mnie więcej wyglądało. Łącznie z naśladownictwem dźwięków.
Za ścianką działową mojej ostoi przebiegło stado rozpędzonych koni, najwyraźniej szykujących się do skomplikowanej szarży na wroga, by z głośnym trzaśnięciem zniknąć za drzwiami pokoju Gimbusówny.
Sama zainteresowana pojawiła się na progu mojego zakątka niedługo potem.
- Mamooooo! – zaczęła, odrywając mnie od logowania w grze – Bo przyszli znajomi... – to stado w przedpokoju to jednak byli ludzie? - ... i dzisiaj są andrzejki, i będziemy sobie wróżyć, i zrobisz nam coś do jedzenia i picia, i dasz świeczki na wosk, i jakie są jeszcze wróżby, i mamy w domu coś słodkiego, i... – chyba zapowietrzyła się, bo umilkła niespodziewanie.
Popatrzyła na mnie, coś tam widać w łebku zaświtało, bo odwróciła się na pięcie i powędrowała do kuchni. Rozległ się odgłos trzaskania garnkami, otwierania szafek i głośne: „no kurde”.
Najwidoczniej przypomniała sobie ostatnią lekcję, której głównym tematem było: „Masz gości, to obsłuż ich sobie sama”.
W myślach zrobiłam przegląd sklepów, gdzie będzie można uzupełnić stłuczoną zastawę.
- A możemy w kuchni sobie powróżyć? – Gimbusówna pojawiła się na progu ostoi niczym duch.
- Możecie – wyraziłam zgodę, tym razem oddając się rozmyślaniom nad skutecznymi środkami czystości do uporządkowania kuchni po wizycie młodzieży.
- Mamooooo! To my sobie weźmiemy ten garnuszek, z którego nalewa się wodę psu! – poinformował mnie wrzask z kuchni.
- Tylko karmy mu z miski nie wyżerajcie! – odkrzyknęłam, ubijając kolejnego potwora w grze.
Rechot śmiechu młodzieży, zagłuszył cienki pisk padającego stwora, a sama młodzież snuła się pomiędzy kuchnią, a pokojem dziecięcia, wydając z siebie dziwne odgłosy.
Spacja i kolejny, spacja i kolejny.
Pociągnęłam nosem.
Coś zaczynało się palić.
- Gimbusówna! – wrzasnęłam, z prędkością światła wyskakując zza biurka i wpadając do kuchni. – Chyba wosk wam się zanadto roztopił! – w ostatniej chwili zdjęłam z palnika poczerniały garnuszek.
Sorry, pies, kupimy nowy.
Młodzież wpadła do kuchni.
- Ale my klucza nie mamy! Ma pani jakiś klucz z dziurką? – posypały się pytania.
O nie, moi drodzy. Tego klucza to wy w swoje łapki nie dostaniecie – przemknęło mi przez głowę. Instynkt samozachowawczy zadziałał.
- Z papieru sobie wytnijcie. Macie bloki, pełno kartek. Wróżba też będzie ważna i... – uśmiechnęłam się lekko – na pewno się spełni – nie odmówiłam sobie małej ironii, wracając do swojej ostoi.
Kolejne potwory padały niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy moich uszu znowu dobiegło wołanie.
- Mamooooo! Chodź zobacz co mi wyszło! – pełen radości głos Gimbusówny sprawił, że podniosłam swoje leniwe cztery litery i powędrowałam w strefę radioaktywną, jaką zwykle stanowi pokój dziecięcia. Z czego też ona może tak się cieszyć?
- No patrz! – wystawiła w moją stronę nieforemny kawałek wosku, gdy tylko wsunęłam głowę przez drzwi.
- Yyyy – nie wiedziałam co powiedzieć. Bryłka niczego mi nie przypominała. No, może poza skamieliną z epoki dinozaurów, albo grudką ziemi. – Ładne? – spytałam, próbując być miłą.
- Mamooooo! Bo mi wyszedł domek z ogródkiem! I kominek! – wywrzeszczało wciąż radośnie dziecię.
- Hm... – zamyśliłam się na krótką chwilę – To chyba już wiem, kto na wiosnę pomoże przekopać ogródek. W komórce stoją szpadle, no wiesz... to ten domek. – oznajmiłam – I w nagrodę może nawet jakieś ognisko będzie można rozpalić. Oczywiście w ramach tego kominka.
- Mamooooo! Ty to wredna jesteś! Idź sobie! – radość Gimbusówny zgasła, a ja przezornie wróciłam do ubijania potworów, ciesząc się, że nikomu wózek dziecięcy się nie ulał.
Spacja i kolejny, spacja i kolejny. W międzyczasie łyk chłodnej już herbaty.
- Mamooooo!
Noż kurde... Zgrzytnęłam zębami.
- Mamooooo! I dasz nam jakieś igły? – Gimbusówna znów stała na progu.
- Skarbie, w andrzejki rytuałów voodoo nie odprawia się – zauważyłam.
- Czego? – dziecię zatrzepotało rzęsami.
- Nic, nic – machnęłam ręką – zobacz przy maszynie – podpowiedziałam jej kierunek poszukiwań.
Najwidoczniej znalazła, bo nie przyszła kolejny raz, a z pokoju wciąż dobiegały odgłosy zabawy.
A to, że jeszcze nic mnie nagle nie zabolało ani zakłuło, świadczyło, że jednak wykorzystała owe igły do czegoś innego. Co za ulga.
Setki ubitych potworów dalej, stado... o przepraszam – znajomi Gimbusówny – zmaterializowali się przy drzwiach wyjściowych. Wrzaski towarzyszące pożegnaniu przypominały teraz te, które wydają małpy w zoo, kiedy ktoś zabierze im rzucone wcześniej ciastko.
Głośny trzask drzwi. Tętent raciczek Gimbusówny zmierzający w stronę jej pokoju. Kolejny trzask drzwi.
I wreszcie nastała upragniona cisza.
Podniosłam się ciężko, postanawiając zrobić kolejną herbatę i powędrowałam do kuchni.
Stojąc na progu, poklepałam psi łeb, który wsunął się odważnie za mną.
- Nie martw się stary – rzuciłam, patrząc na wnętrze jeszcze niedawno czystego pomieszczenia – jutro znajdziemy hurtownię z super, hiper środkami do sprzątania. I może nawet nam powiedzą, czym ściąga się wosk ze ścian.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

