27 października 2013

Jak Gimbusówna przygotowywała się do Halloween

Jesienne wieczory wprawiają człowieka w melancholię. Spływające po szybie krople deszczu kończyły swoją wędrówkę stukotem w czerwony, metalowy parapet. Jedyny żywy i barwny akcent tego szarego dnia. Zasłuchałam się w ów stukot. Miarowy niczym rytm wybijany pałeczkami na werblu.
I całkiem dobrze tak mi się siedziało, popijając pachnącą imbirem herbatę i przeglądając internet. Myśli krążyły swobodnie, zadowolone z niczym nieskrępowanej wolności.
Młody Grizzli tkwił niestrudzenie w swojej jaskini i tylko z rzadka dobiegały stamtąd wrzaski w stylu: Bij go! Bij potwora! Znaczy, że młodzież wybrała się pokonywać bossy i zdobywać lepszy ekwipunek.
Gimbusówna wyszła ze znajomymi. Najpewniej znowu będą po kryjomu podpalać fajki, a może i piw kosztować. Mocniejsze trunki już chyba im się znudziły. Nie chciało mi się już wygłaszać kolejnych kazań na ten temat. Powinnam spisać je wszystkie, albo założyć kartotekę i w odpowiedniej chwili mówić tylko – Dzisiaj kazanie numer 132. Przeczytaj sobie sama.
Odpuściłam.
Czasami dopada człowieka lenistwo.
I tak sobie siedząc rozleniwiona, pijąc herbatę, oddawałam się marzeniom.
Dopiero dobiegające z przedpokoju głośne – Jestem! – wyrwało mnie z błogiego stanu nic nierobienia.
Odruchowo zerknęłam na zegarek.
Gimbusówna rzadko wraca przed ustaloną godziną. Śmiem twierdzić, że wydarzenie takie jest cudem i należałoby je odnotować na kartach historii.
A skoro wróciła...
Westchnęłam ciężko.
To mogło oznaczać wyłącznie jedno. Nadciągają kłopoty w postaci dziecięcia, które będzie czegoś chciało. I na pewno nie będzie to chęć pogłębienia wiedzy zawartej w podręcznikach dla gimbazy czy rzetelnego odrobienia lekcji.
- Jestem już! – wrzasnęło owo dziecię.
Łup! Łup! Odgłos walnięcia w ścianę.
Aha. Dzisiaj nawet buty zdjęte zostały bez przypominania...
Czyli, że kłopoty zaczynały nadciągać coraz ciemniejszą chmurą.
A gdy jeszcze z przedpokoju dobiegło szuranie, świadczące o tym, że Gimbusówna ustawia buty na półce, zrozumiałam, że tego wieczoru mam przechlapane. I diabli wzięli spokojny, melancholijny wieczór.
- Wyprowadzić psa? – głosik dziecięcia wprawił mnie w osłupienie.
Nie to, żebym go nie słyszała wcześniej.
Nietypowe było same pytanie.
W myślach zaczęłam przeliczać ile kasy mam w portfelu. Chęć do wyprowadzenia psa mogła oznaczać, że na dziesięciu złotych się nie skończy.
- Gimbusówna, te fajki palone w krzakach ci zaszkodziły? – zainteresowałam się.
- I ty myślisz, że ja tam palę? No fajne masz zdanie o mnie. – Gimbusówna stanęła na progu mojej samotni i wlepiła we mnie wymalowane ślepia.
Nie dziecino... nie sądzę, że tam palisz... Ja to po prostu wiem...
- Dobra, o co chodzi?
- Bo idziemy zbierać cukierki. I muszę mieć przebranie. I idziemy na domki, bo tam dają. I koleżanki były w zeszłym roku. I uzbierały dużo. Całe dwie reklamówki – wyrzuciło z siebie nieskładnie dziecię.
O dziwo w miarę spokojnym tonem. Chmura nadciągających kłopotów pociemniała, strasząc błyskami piorunów.
- Jakie przebranie i na kiedy?
- No bo Halloween będzie. No co ty tego nie wiesz? I chodzi się i zbiera cukierki. Cukierek albo psikus – zaczęło mi wyjaśniać dziecię.
Tja... Wiem, że będzie... Nie znoszę tego dnia.
I jeśli jakiekolwiek dziecko zastuka mi do drzwi z tekstem „cukierek albo psikus” to w najłagodniejszym przypadku potraktuję je prądem, w najgorszym pokażę się bez makijażu i uczesania. Chcą wieczoru zombie, wiedźm, czarownic, potworów, to będą go miały.
- Jaki to ma być strój? – Zlustrowałam Gimbusównę, zastanawiając się czy w jej przypadku będzie ów strój w ogóle potrzebny.
Nie to, aby była brzydka. Absolutnie. Po prostu sama się oszpeca. A to makijażem rodem z piekła, a to kolczykami w wardze, a to fryzurą, jakby na dworze nieustannie szalała wichura.
- I ja będę czarownicą – oznajmiła radośnie dziecina.
- A to chyba nie musisz się przebierać – wyrwało mi się mało grzecznie.
Gimbusówna zmierzyła mnie lodowatym spojrzeniem. Tak mroźnym, że poczułam jak ciarki zaczynają przebiegać mi po kręgosłupie. W duchu zaklęłam, ganiąc się za nadmierną szczerość.
- Bo ty to wredna jesteś! – Urażona Gimbusówna trzasnęła drzwiami mojej ostoi i pomknęła do swojego pokoju.
Gradowa, czarna chmura, błyskająca piorunami wisiała już nad moją głową, a jeden z nich właśnie zygzakował wprost we mnie.
Nie zdążyłam wstać i otworzyć drzwi, kiedy te otworzyły się z impetem i wpadło przez nie rozwścieczone nieopatrznie dziecię.
- To puść mnie do kina! – z gardziołka Gimbusówny wydobyły się znajome tony, świadczące o tym, że przystąpiła do ataku. – Bo oni idą, to ja też! I jest cała noc filmów za pięćdziesiąt złotych! I jak ktoś przyjdzie w przebraniu, to płaci tylko dwadzieścia pięć! I ja idę! I daj mi! Bo promocja jest, to zapłacisz mniej! – W oczkach dzieciny mignęła chęć mordu.
- Oni idą... Sprecyzuj słowo „oni” – poprosiłam grzecznie, starając się uniknąć lecącego piorunu.
Gimbusówna popatrzyła jakby pierwszy raz mnie widziała. No tak, użyłam wyrazu, którego mogła nie zrozumieć.
- Kto idzie do tego kina? – spytałam w bardziej przystępny sposób.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy dziecię zrozumiało o co pytam i zaczęło wyliczać osoby pragnące wziąć udział w promocji filmowej. Ku rozpaczy Gimbusówny osoby owe zajmują wysokie miejsca na mojej prywatnej czarnej liście.
- Dobra, młoda... – Zastanowiłam się – To już może lepiej idźcie te cukierki zbierać – zaproponowałam, wybierając mniejsze zło. – Przebranie wypożyczymy, albo zdążę coś uszyć – Zaliczą mi to w niebie jako dobry uczynek?
- I ja nie chcę iść po te cukierki! Chcę iść z nimi do kina! Bo wszyscy idą! I tylko ja nie pójdę! I muszę mieć strój! I daj mi te dwadzieścia pięć złotych! Co to jest dla ciebie! Znowu mi żałujesz! – dziecię zaatakowało wrzaskliwym głosem, a piorun zamigotał mi przed oczami.
Nie zdążyłam wymyślić odpowiedzi, kiedy drzwi mojego pokoju, zamknęły się z hukiem, kalendarz wiszący na ścianie spadł, a dziecina oddaliła się w swoją strefę radioaktywną.
Westchnęłam ciężko i zapaliłam papierosa.
Znając życie zapewne za chwilę przycwałuje z kolejnym pomysłem. Wiele się nie pomyliłam.
Wypaliłam papierosa, powiesiłam z powrotem kalendarz, przy okazji zerkając z przyjemnością na ciało październikowego modela, gdy drzwi otworzyły się, pchnięte łapką dzieciny.
- A znasz jakiś horror? – spytało spokojnie, jakby puszczając w niepamięć niedawne starcie. – Tylko straszny – podkreśliło.
- Znam. Ciebie – Przezornie zachowałam tę myśl dla siebie.
Pokręciłam przecząco głową.
Temat Halloween pozostał nierozstrzygnięty.

20 października 2013

Jak Gimbusówna szukała legitymacji

Spokojne, leniwe popołudnie. Promienie jesiennego słoneczka zaglądały leniwie przez okno, kładąc się jasną smugą na panelach. Wirujące w ich poświacie drobinki kurzu przypominały, że wypadałoby wreszcie włączyć odkurzacz i zrobić porządek. Parująca na biurku kawa, włączony komputer i potwory w grze, które należało ubić, aby zdobyć kolejny level, kusiły obietnicą porządnego dropu. O wiele ciekawszego niż to, co mogło wypaść z odkurzacza po porządkach. Decyzję mogłam podjąć jedną.
Gramy, sprzątanie poczeka.
Gimbusówna poszła ze znajomymi, Młody Grizzli zaszył się w swojej jaskini, czyli że nikt nie będzie mi przeszkadzał – pomyślałam z satysfakcją wciskając spację, aby załatwić kolejnego potwora.
Gdyby w życiu realnym była taka możliwość... Wciśnięcie spacji i potwora nie ma. Chyba większa część ludzkości musiałaby kupować co miesiąc nowe klawiatury. Bądź wymieniać ów podłużny przycisk. Chociaż czterysta sześćdziesiąt kliknięć nie powinno wyrządzić wielkich szkód. Na fejsie więcej lajków leci.
I popołudnie pozostałoby miłym, spokojnym i leniwym, gdyby drzwi wejściowe nie otworzyły się z wielkim hukiem i do środka nie wpadło dziecię nastoletnie.
- Jedziemy do kina! – oznajmiło, wpadając do swojego pokoju.
Zapewne celem przebrania się, jak miało to zwyczaj czynić kilka, a czasami kilkanaście razy dziennie. Oczami wyobraźni widziałam już kolejną stertę prania piętrzącą się w łazience, wypełzającą z kosza na brudną bieliznę, zwieńczoną stojącymi skarpetkami Młodego Grizzli.
- Jedźcie – zgodziłam się, upatrując w niespodziewanym wypadzie do kina, możliwości na spędzenie reszty popołudnia w naprawdę miłym nastroju.
- Kasę mi daj! – wrzasnęło dziecię, przekopując się przez nagromadzone na tapczanie złoża ubrań.
- I legitymację zabierz – mruknęłam, szukając wzrokiem portfela.
Wprost niesamowite, że za trzydzieści złotych można kupić kilka godzin spokoju.
Dźwięki szurania, przesuwania, zrzucania czegoś na podłogę świadczyły o tym, że Gimbusówna obleka swoje ciało w czyste ciuchy. I szuka legitymacji. Słowa, nie pasujące do obrazu grzecznej nastolatki (którą dziecię i tak nie było), a które zaczęły coraz głośniej dobiegać z pokoju, wywołały leciutki, złośliwy uśmiech na twarzy wrednej matki.
Ubiłam kolejnego potwora w grze, zastanawiając się kiedy poszukiwania legitymacji zakończą się głośnym wrzaskiem.
Długo nie musiałam czekać.
- Nie mam! – do moich uszu dotarł paniczny głos Gimbusówny.
- Cóż malutka, no to masz problem – mruknęłam znad klawiatury. – Poszukaj dokładnie! – odkrzyknęłam, chowając trzydzieści złotych z powrotem do portfela.
Spokojne, leniwe popołudnie i randka z potworami zaczynała odpływać w przeszłość.
Problem legitymacji przerabiałyśmy już kilkadziesiąt razy. Za każdym razem kosztowało mnie to opłatę za zdjęcia i wyrobienie nowej.
Jak to jest, że inne dzieci nie gubią tego małego, sztywnego kartoniku w kolorze brudnego różu, bądź wyblakłego różu, a moje dziecię czyni to z godnym podziwu zaparciem?
Gdyby owo zaparcie towarzyszyło zdobywaniu wiedzy nie miałabym nic przeciwko.
- No i wygląda na to, że nie jedziesz – mruknęła wredna matka, wyłączając grę.
- Pojadę bez! – oznajmiła Gimbusówna wychylając się ze swojego pokoju.
- Jeśli tylko podasz mi naprawdę konkretny powód dla którego mam zapłacić za ciebie, jak za osobę dorosłą, czyli jakieś dwa razy więcej, wliczając w to bilety autobusowe.
- Bo chcę!
Bo ty chcesz... Gdybyś tylko wiedziała czego ja chcę... A nie, pewne rzeczy lepiej aby pozostały dla ciebie tajemnicą. Jeszcze mogłabyś się nabawić jakiejś fobii. Z mojego umysłu zniknęła wizja związanej, zakneblowanej Gimbusówny, zamkniętej na głucho w piwnicy.
- Użyj innego - zaproponowałam wspaniałomyślnie.
- No co ty matka, ja muszę pojechać, wszyscy znajomi jadą, nowy film wszedł, chcemy go obejrzeć, gdzie jest mój lakier, bo muszę jeszcze grzywkę poprawić, kupimy sobie popcorn i colę, widziałaś puder bo pryszcz mi wyskoczył, dawno w kinie nie byłam, wrócę przed dziesiątą wieczorem, pożycz mi tusz do rzęs – przebiegła przez przedpokój, dopadając łazienki.
- Wciąż nie jestem przekonana – mruknęłam.
Wzmianka o kosmetykach sprawiła, że moje myśli skierowały się mimowolnie w stronę zamkniętej kosmetyczki zawierającej te drogocenne skarby, ukrytej głęboko przed chciwymi łapskami Gimbusówny. Zadrżałam z niepokoju, że dziecię mogło przypadkowo odkryć skrytkę. Eee nie – zganiłam się w myślach – zabetonowałaś na podwórku koło trzepaka. Nie znajdzie.
- Daj mi kasę! – Gimbusówna zmaterializowała się obok mnie, wyciągając rękę.
- Legitymacja – wyciągnęłam swoją.
- No matka! Nie mam!
- Sorry, Winnetou – użyłam powiedzonka z lat młodości. – Nie jedziesz. Tyle razy tłumaczyłam, że legitymacja jest twoim dokumentem tożsamości, prawda? – skoro z ust dziecięcia może padać słowotok to i ja sobie na niego pozwolę – Takim samym jak dowód osobisty, prawo jazdy, paszport. Zawiera twoje dane, których ktoś może użyć podszywając się pod ciebie. I co wtedy? Wystarczy, że znajdzie się osoba podobna do ciebie z twarzy, użyje twojej legitymacji i na przykład przy włamaniu do kiosku, dajmy na to w Krakowie, poda się za ciebie. A potem my, bo jako twój prawny opiekun, rodzic, będę musiała jechać z tobą, będziemy zmuszone tłuc się pociągami na przesłuchania, rozprawy i nie wiadomo co jeszcze. A jak chcesz jechać pociągiem nie mając legitymacji? Do tego owa legitymacja upoważnia cię do zniżkowych przejazdów, biletów w kinie. Bez niej płacisz jak dorosły. Domagasz się ode mnie pieniędzy, ale sama nie pomyślisz o tym, aby je zaoszczędzić.
Dziecię patrzyło na mnie z miną kota srającego na puszczy. Trybiki w mózgu pewnie usiłowały coś pojąć z mojego wywodu, jednak sprawiało to najwyraźniej ból.
- Bo zapomniałam jej! – poinformowało dziecię
- Gdzie zapomniałaś?
- No w szkole! W szafce!
- To idź po nią. W szkole są jeszcze panie woźne, kluczyk do szafki masz – podsunęłam rozwiązanie problemu.
- Ale w szafce Izy!
- To idź do Izy po kluczyk, a potem do szkoły.
- Ale Iza jest w Krakowie!
Coś za często ten Kraków zaczyna mi się pojawiać. Jak nic, nabawię się urazu.
- To poczekaj aż wróci – rzuciłam, czując, że zaczyna mnie ogarniać zniecierpliwienie.
- Ale ona wraca w poniedziałek!
- Posłuchaj Gimbusówna – spojrzałam na nią nieprzyjemnie. Kawa zdążyła wystygnąć, zresztą i tak nie była już potrzebna. – W poniedziałek skontaktujesz się z Izą, otworzy ci szafkę i weźmiesz swoją legitymację. – wyjaśniłam najprościej jak mogłam
- Ale kino jest dzisiaj!
- Kino stoi dzisiaj, będzie stało jutro i pojutrze i myślę, że o ile ktoś nie podłoży bomby i wysadzi go w powietrze, to postoi jeszcze kilka lat.
- Bo ty mi na nic nie pozwalasz! Żałujesz mi paru groszy! Co cię zbawi jak dasz mi więcej pieniędzy! – Gimbusówna zaczęła się rozkręcać.
Westchnęłam ciężko.
Wstałam, podeszłam do szafy, wyjęłam leżący w niej segregator, a z niego wypchaną kopertę A-4 pełną sztywnych kartoników bladoróżowych bądź brudnoróżowych, uzbieranych na przestrzeni ośmiu lat edukacji Gimbusówny. Nie wiem po co wciąż je trzymałam. Może dla chwil takich jak ta.
Odnajdywały się po czasie pod szafami, pod dywanem, wciśnięte na dnie kosza do prania. Niektóre wyciągałam z pralki po uprzednim odwirowaniu. Innymi pies się dożywiał. Te potłuszczone wędrowały z Gimbusówną w pojemnikach na śniadanie, taplając się radośnie w roztopionym maśle i kremie czekoladowym. Niektóre były zupełnie czyste. Te podróżowały w torbach, plecakach jej koleżanek i kolegów ze szkoły, kiedy Gimbusówna prosiła o ich przechowanie.
Wrednie otworzyłam kopertę i wysypałam legitymacje na stół.
- Wybierz sobie – rzuciłam jadowicie.
- Ale te są stare! Nieaktualne! – wrzasnęło dziecię.
- To sobie zaktualizujesz kolejną w szkole – pozbierałam sztywne kartoniki – Zdjęcie i pieniądze na załatwienie sprawy, dam ci rano.
- Czyli nie jadę! – Gimbusówna wlepiła we mnie niebieskie ślepia.
- Nie jedziesz – odparłam spokojnie.
- Wredna jesteś!
Dziecię wybiegło z pokoju, trzaskając drzwiami.
- Ano jestem – przyznałam cicho, włączając na powrót komputer.

13 października 2013

Jak Gimbusówna uczyła się grać na keyboardzie

Pisałam już, że lubię spokój. I ciszę. A nade wszystko ciszę i spokój. Jednak uzyskanie tych dwóch rzeczy w przypadku, kiedy mieszka się z Gimbusówną jest trudno osiągalne. Bardzo trudno. Oczywiście wyjściem byłoby związanie, zakneblowanie Gimbusówny, wrzucenie w czarną otchłań piwnicy, a na dodatek zamurowanie wejścia do owych współczesnych lochów. Jednak nie wiem co na to Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami. Sąsiadom też mogą się nie spodobać nieplanowane przeróbki remontowe.
A zaczęło się zupełnie niewinnie.
- Mamooooo! – wysoki ton głosu dziecięcia świadczył o tym, że będzie czegoś chciało.
- Nie mam kasy – rzuciłam odruchowo znad klawiatury, nawet już nie zaprzątając sobie głowy tym, czego dziecina może chcieć. I tak zawsze chce kasę. Na co? Nie wiem, nie daję jej przecież. A przynajmniej nie daję dobrowolnie.
- Mamoooooo! – piskliwe, wysokie tony zbliżały się do mojej jedynej ostoi w mieszkaniu, czyli mojego pokoiku.
- Nie mam! – odkrzyknęłam, pragnąc w duchu zatkać czymś otwór gębowy Gimbusówny, z którego wydobywały się świdrujące przestrzeń, dźwięki.
- Mamoooooo! – zawyło mi nad uchem, zmuszając mnie do przeniesienia wzroku znad klawiatury na latorośl. – A te klawisze na szafie to twoje?
- Nooo – mruknęłam mało grzecznie.
- To ja je sobie pożyczę – oznajmiło dziecię, wprawiając mnie tymi słowy w zdumienie.
Naprawdę nie wzięło samo bez pozwolenia?
Zaraz, zaraz!
To moje klawisze. MOJE. I dlaczego niby mam je oddawać w chciwe łapki Gimbusówny? Jak zabierze je do siebie do pokoju, to zginą. Przepadną w otchłani bałaganu. Mimo swojej wielkości. Całe cztery gamy. A może pięć? Nie pamiętam. Lata już leżą schowane.
- Nie ma zasilacza – przypomniało mi się, dlaczego już dawno na nich nie grałam – Przepadł, spalił się, ufo go porwało.
- Ja mam zasilacz! – wypaliła radośnie Gimbusówna.
Popatrzyłam na nią z niedowierzaniem.
- Dobra. Bierz i spadaj – zgodziłam się, wracając do swoich tekstów.
Dziecię z gracją pijanej łani z plączącymi się nogami, pognało do siebie, targając ze sobą pudło z keyboardem.
Będzie chwila spokoju. Zasilacz, który Gimbusówna skądś wytrzasnęła na pewno nie będzie działał. No bo niby dlaczego miałoby działać coś, co kiedyś było ładowarką? Zacznie szukać po fejsie, allegro, tablicy czy innych portalach, podobnego. Na pewno nie znajdzie, ale będzie miała zajęcie na jakiś czas. A ja spokój. I ciszę.
Nie doceniłam inteligencji producentów.
O tym, że dało się do klawiszy podłączyć starą ładowarkę telefoniczną, a może to był stary zasilacz modemu, przekonał mnie piskliwy dźwięk dobywający się z pokoju dziecięcia. Tym razem nie ono piszczało, a klawisze, kiedy sprawdzana była różnorodność wydawanych przez nie dźwięków.
Na usta cisnęło mi się w tej chwili to, co zwykle w komiksach zastąpione jest znaczkami: !@#$%^&.
Spokój i cisza odeszły w zapomnienie.
A ja stanęłam w obliczu wizji stukających do drzwi policjantów, których wezwali sąsiedzi oburzeni zakłócaniem ciszy nocnej. Bo do diaska dawno już było po dwudziestej drugiej! Gmbusówna! Ty już powinnaś spać! A przynajmniej udawać, że śpisz, abym miała spokój.
I upragnioną ciszę.
Musiałam ruszyć swoje leniwe cztery literki i wejść w strefę radioaktywną, jaką zwykle stanowi pokój Gimbusówny.
Przywitałam się w drzwiach z zastępem bakterii (czyt. poślizgnęłam się na pięciodniowej kanapce, która wypełzała spod tapczanu), wyjaśniłam cel swojej wizyty (przekrzykując hałas udało mi się oznajmić, że jest zdecydowanie za głośno) i przedarłam się przez ostre ciernie porastających podłogę chaszczy (udało mi się nie poślizgnąć na batoniku, opakowaniach po chrupkach, a nawet pięknym slalomem ominęłam stertę ręczników, bluzek i czegoś, co kiedyś było skarpetkami).
Dotarłam do keyboardu.
Volume. Na minimum. Od razu. Szybkim, zdecydowanym ruchem.
- Gimbusówna – pokazałam jej ów suwak – To jest jeden z najważniejszych przycisków na tym sprzęcie – zaczęłam wyjaśniać. – Zaraz po Off – pokazałam palcem – wskazane, abyś korzystała z nich jak najczęściej.
Pokazałam jak to zrobić, w efekcie czego zapadła upragniona cisza.
- Mamoooo! – znowu wycie. Będzie czegoś chciała. – A nauczysz mnie grać?
Tym pytaniem wprawiła mnie w osłupienie. Przysiadłam z wrażenia na tapczanie. To znaczy zamierzałam przysiąść, ale w ostatniej chwili uświadomiłam sobie, że mogłabym już nie odkleić się od niego. A pozostanie na dłużej w strefie radioaktywnej, bez specjalnego kombinezonu i maski, stanowiło czynność wielce heroiczną. Skłonności do nieuzasadnionego bohaterstwa nie miałam nigdy.
- Yyyy.... Eeeee – wyartykułowałam z trudem.
- Bo ty kiedyś grałaś, to umiesz! I widziałam, że śpiewniki masz! I sama kiedyś mówiłaś, że umiesz! I że mi pokażesz!
Całkiem możliwe, że kiedyś takie słowa padły z moich ust. Tyle, że to było jeszcze wtedy, kiedy wierzyłam, że Gimbus to zagubiony nastolatek, a nie stan umysłu.
- To ja ci dam książeczkę z nutami, podręcznik do nauki gry itp. – zamierzałam się ewakuować.
- I ja to mam przeczytać? – zdziwiło się dziecię.
Nie skarbie. Możesz tam pooglądać wyłącznie obrazki.
- Wygląda na to, że tak – odparłam, wprawiając Gimbusównę w przyspieszoną depresję.
- I może jeszcze nauczyć się tych nut? – spytała, ze strachem malującym się na twarzyczce.
Ależ nie... skarbie... Nuty same się zagrają. A jeśli nie będziesz rozróżniała „Do” od „Sol” to naprawdę nie sprawi to nikomu wielkiej różnicy. Zresztą, skoro w szkole od tylu lat nie sprawiało to twojej pani od muzyki...
- A jak inaczej chcesz cokolwiek zagrać?
- No nie wiem – mruknęło dziecię.
Przytargałam podręczniki, pokazałam co i jak, prosząc o ściszenie dźwięku, a najlepiej założenie słuchawek. Niestety producent słuchawek nie był tak inteligentny jak ten od ładowarko-zasilacza i wejście nie pasowało.
Gimbusówna miała zajęcie.
A ja zyskałam pewność, że siedząc w domu nie rozrabia na podwórku, czy imprezie.
I nawet skłonna byłam złożyć na ołtarzu ulubiony spokój i ciszę, by trwało to jak najdłużej.
Czyli w przypadku dziecięca – może z jakieś dwie godziny.
Dziecię szybko się nudzi.
Nie przewidziałam jednego.
Gimbusównie nauka gry spodobała się.
Do tego stopnia, że po kilku dniach katowania moich uszu melodyjkami znalezionymi w necie, ja sama, osobiście miałam ochotę wywalić keyboard przez okno.
Pozostawało nałożyć słuchawki, włączyć ulubioną muzykę i spróbować skupić się na pisaniu, co też uczyniłam.
Tyle, że nawet muzyka w słuchawkach nie zagłuszała wrzasków z pokoju Gimbusówny.
- Mamooooo! A gdzie jest nuta „Si”?
- Mamooooo! A mi to nie wychodzi!
- Mamooooo! A znasz ten kawałek?
- Mamooooo! A dlaczego tu jest inaczej niż w necie?
- Mamooooo! Mamooooo! Mamooooo!
Popatrzyłam smętnie na monitor.
Spokój i cisza. Tylko tyle. Spokój i cisza.
- Gimbusówna, może wyjdziesz na podwórko spotkać się ze znajomymi? – zaproponowałam.
- Gram! – odparło dziecię, kolejny raz męcząc niemiłosiernie soundtrack Harry Pottera.
Cóż jednym palcem, to sobie można w nosie podłubać, a nie skakać po klawiszach.
Skoro przeżyłam odgłosy pewnej klockowej gry, to pewnie i to przeżyję.
Tyle, że moja psychika po tygodniu miała zupełnie inne zdanie. I zaprotestowała. Ostro.
- !@#$%^& ! Wyłącz to wreszcie! Przestań grać! – wrzasnęłam ze swojego pokoju, słysząc po raz tysięczny, a może milionowy, początek Harryego P.
- Ale ja film włączyłam. Z płytki. Sama mi ją kupiłaś – wyjaśniła Gimbusówna.
Nigdy już nie obejrzę tego filmu, mimo sympatii do Severusa Snape'a.

Nieszczęsny kawałek

01 października 2013

Jak Gimbusównie spełniały się marzenia

Poranek zapowiadał się spokojnie.
Po wieczornym zajściu ze zwolnieniem z religii, Gimbusówna trwała w swojej obrazie i nie odzywała się do matki.
Nic jednak nie może długo trwać.
Święty spokój również. Równowaga w przyrodzie musi zostać zachowana.
Zrobiłam sobie herbatę, odpaliłam kompa – trzeba dopracować teksty.
Jednym uchem słuchając dzieciarni z podstawówki wrzeszczącej pod oknami (zawsze człowiek nauczy się kilku nowych zwrotów uznanych powszechnie za obraźliwe czy wulgarne), drugim łowiłam ciężkie kroki Gimbusówny.
Zbliżały się. Krążyły po mieszkaniu. 
Dało się słyszeć trzaski otwieranych szaf.
Jednym słowem nadchodził finał porannej rewii mody, gdzie główną modelką była jak zwykle Gimbusówna.
- Nie mam kurtki! – wrzask rozlegający się o poranku w zaciszu mieszkania sprawił, że zastanowiłam się nad tym, czy nie zacząć Gimbusówny reklamować jako skutecznego środka na pobudzenie, zamiast kawy.
- Masz w szafie – wskazałam dziecięciu kierunek poszukiwań.
- Nie mam! – wrzask nasilił się – Nie mam się w co ubrać! Sobie to kupujesz skórzane kurtki, a ja nie mam co na siebie włożyć!
Cóż, najwidoczniej mój nabytek pozostanie na długo bolesnym tematem dla Gimbusówny. Wyłącznie z tego powodu, że nie zamierzam go jej pożyczyć. A wszelkie dyskusje ucinam, że to moja kurtka i już. I łapy precz od niej. Niestety najwidoczniej do Gimbusówny wciąż nie może dotrzeć pojęcie własności. Mojej własności.
- Gimbusówna – trzeba było zareagować, w końcu inni może chcieli jeszcze pospać – Otwórz szafę, weź swoją kurtkę i nie marudź – zasugerowałam spokojnie.
- Nie mam! – wiedzieliście, że rano tak niesie echo? – Nic nie mam! Żadnych ubrań!
Dla świętego spokoju poszłam do jej pokoju, otworzyłam szafy i pokazałam sterty rzeczy.
- W tym nie wyjdę! I to już niemodne! I to nie pasuje do butów! I sama mi kupiłaś skejty! (bo się ich domagałaś, twierdząc, że tylko takie założysz, a po trzech godzinach łażenia po sklepach pragnęłam tylko, abyś się zamknęła. Nie uwierzysz, ale gotowa byłam zatkać ci wrzeszczący otwór gębowy tymi skejtami, bez których nie chciałaś wyjść ze sklepu) I nie mam nawet butów! (a te cztery pary adiasów różnej maści to pewnie są golfami). I mówiłam ci, żebyś mi kupiła glany! (promocja tylko pięćset za parę naprawdę koszmarnych buciorów) Albo te na tym obcasie wysokim! (wybacz, na urazówce mają deficyt gipsu do unieruchamiania twoich połamanych kończyn. Wiesz, limity NFZ). I nie mam ubrań! (zdecyduj się wreszcie czy ubrań czy butów).
- Dobra Gimbusówna, ubieraj się i leć do szkoły, bo spóźnisz się – ponagliłam ją delikatnie, zastanawiając się jednocześnie jakim cudem ona zdołała upchnąć tyle odzieży w szafach.
Wyjściu do szkoły towarzyszyły jeszcze marudzące wrzaski niewiele różniące się od wcześniejszych. Wreszcie wkładając na siebie strój sugerujący o tym, że na dworze panują upały i okrzykiem: Jak się przeziębię, to przez ciebie! – dziecię raczyło opuścić mieszkanie.
Z ulgą zamknęłam za owym dziecięciem drzwi. Można było wrócić do pisania.
Usiadłam, zapaliłam i wgapiłam bezmyślnie w okno.
Gimbusówna nie ma ubrań? Raczej szafy się skończyły, skoro połowa rzeczy leży na podłodze.
Zresztą i tak pora zrobić porządek w jej pokoju, usunąć odpady radioaktywne.
Odszukałam kombinezon, przywdziałam specjalną maskę i z miotłą w dłoni, środkami do dezynfekcji wkroczyłam na niebezpieczny teren.
Efekt?
Po przejrzeniu uważnym tego co Gimbusówna zgromadziła w swoim pokoju, doszłam do wniosku, że nadmiar czegokolwiek źle wpływa na wzrok. A do ślepoty mojego dziecięcia dopuścić nie mogę.
Na pierwszy ogień poszły ubrania. Połowa z nich wylądowała schowana tak, że nie znajdzie ich długo. Zostawiłam tylko to co odpowiednie na tę porę roku i to w dość okrojonej ilości. Ładnie poukładane. I miejsce w szafach się nagle zrobiło. Dziecię nie będzie już musiało rzucać niczego na podłogę, z braku miejsca w wyżej wymienionych. Dobrze, że schowek był tak pojemny, bo pewnie musiałabym te łachy do sąsiadów wynieść.
Potem zlikwidowałam kolonię pleśni przy biurku, kosmate kłaki kurzu zwisające ze ścian. Widząc to, grupa bakterii i śmieci spod łóżka zaczęła toczyć się w stronę drzwi. Najwidoczniej zdążyły już wynaleźć koło, bo dość sprawnie im to szło.
To co leżało na podłodze beztrosko zgarnęłam do kosza. Jeśli coś leży na podłodze najwidoczniej nie jest nikomu potrzebne. Nie wiem tylko dlaczego Gimbusówna uznała, że kleje, przybory geometryczne są również taką rzeczą. Być może w gimnazjum matmy już nie mają. Teraz wszystko tak prędko się zmienia, że mogłam przegapić którąś świetlaną reformę edukacyjną.
Odkaziłam podłogę i mogłam w spokoju zasiąść na powrót do pisania, oczekując na zakończenie lekcji.
Po południu zaczęło się.
- Gdzie są moje ubrania? – wrzask dochodzący z czystego pokoju dziecięcia rozbawił wredną matkę. Tupot stóp zbliżających się gwałtownie do mojego zacisza przypominał odgłos stada pędzących słoni.
- Nie mam ubrań! – wrzasnęło dziecię, hamując z wdziękiem na progu.
- No wiem, mówiłaś rano – odparłam znudzonym tonem.
- Co zrobiłaś z moimi ubraniami!– zadziwiające, że niektórzy pytając nie używają formy pytającej. – Tam były rzeczy pożyczone od znajomych! – dobry zwyczaj nie pożyczaj, może czas zapoznać się z przysłowiami?
- Ja? – spojrzałam spokojnie na dziecko.
- Ty! – Gimbusówna wrzała gniewem, złością, gotowała się niczym grzesznicy w kotle.
- Gimbusówna – zaczęłam spokojnie – Sama mówiłaś, że nie masz ubrań. – przypomniałam jej – Trzeba uważać na to co się mówi. Niekiedy marzenia się spełniają – napiłam się herbaty.
Kolejne krzyki rozbrzmiały kakofonią.
- To ja zabiorę ci twoją kurtkę! – powinnam chyba w tym momencie zadrżeć ze strachu, popędzić do schowka i przepraszając dziecię, oddać mu to czego ponoć nie ma. Tyle, że przewidująco kurtkę też schowałam. Po tylu latach znam Gimbusównę i wiem z której strony uderzy.
- Dobra, idź zajmij się lekcjami – zaproponowałam – Lekturę masz do przeczytania.
- Nie pójdę! – dziecię zaparło się plecami w futrynę – Będę tu stała!
- A stój sobie – zgodziłam się
- I nie napiszesz nic! Będę ci przeszkadzać! – oznajmiło buntowniczo dziecię.
- Przeszkadzaj – wyraziłam zgodę – Tylko potem nie żądaj posiłków w domu. Sama rozumiesz. Nie ma kasy, nie ma żarcia – uśmiechnęłam się uprzejmie.
- Ty jesteś jakaś nienormalna! Ty nie jesteś jak inne matki! Po co ty mnie urodziłaś! – zasypała mnie słowotokiem.
Mało macierzyńsko było przyznawać się, że czasami też zastanawiam się nad tym ostatnim.
Wreszcie wywrzeszczawszy się, zabrała cztery literki z progu i pognała do swojego pokoju. Usłyszałam jeszcze tylko jak odpala lapka.
No to można wrócić do pisania.
Żalenie się na fejsie trochę potrwa.