31 grudnia 2013
24 grudnia 2013
22 grudnia 2013
Przedwigilijnie
Święta, święta i po świętach... za kilka dni te słowa staną się rzeczywistością. A póki co... Życie realne zmusiło mnie do opuszczenia swojej ostoi, co też uczyniłam ze sporą niechęcią. Jak mus to mus.
Ledwo opuściłam progi domostwa, zaopatrzona w stos siatek, reklamówek, toreb i wypchany portfel, dostałam w łeb choinką niesioną przez sąsiada. Uświadomiło mi to, że do listy zakupów trzeba dorzucić bombki. Zeszłoroczne nieco się zdeformowały – czyli uległy zniszczeniu.
Zakupy to jedna z rzeczy, których nienawidzę. Nie rozumiem jak można ładować do koszyka sklepowego masę zbędnych artykułów, toczyć wraz z innymi klientami boje o rzeczy z promocji (prawdziwy Grunwald, jak Boga kocham!), by wreszcie z miną zwycięzcy ustawić się w kolejce do kasy i pozwolić zmęczonej pani za ową kasą zabrać swoje finanse.
No nic...
Wyciągnęłam z domu Młodego Grizzli i Gimbusównę – ktoś przecież musi dotaszczyć zakupy na miejsce – po czym podejmując się roli przewodnika po mieście i sklepach, poprowadziłam młodzież za sobą.
Udało się nam dokonać niezbędnych sprawunków w jedno popołudnie. No prawie jedno. Pozostałych trzech nie liczę. Co prawda Młody Grizzli coś tam protestował przeciwko zamordowanemu karpiowi, ale kto by słuchał dziecka. Dzieci i ryby głosu nie mają. Nie chcąc zapewne podzielić losu karpia, przymknął się w chwili, gdy moja żądza mordu zaczęła kierować się w jego stronę.
Mniej dyplomacji wykazała Gimbusówna:
- Mamooooo! A te lampki na choinkę to jedyne co mamy? Czy jakieś jeszcze są? Bo ja chciałam do siebie, do pokoju.
- Jedyne – mruknęła wredna matka.
- Czyli w tym roku na choince ich nie będzie?
Rzut kapciem w stronę gdzie stała, pozbawił ją wątpliwości, gdzie w tym roku zawisną lampki.
Wróciłam do swoich zajęć, gdy rozległ się głos Młodego Grizzli:
- Kto wyżarł paluszki i ciastka?
- Jak to wyżarł? – uszczuplenie zapasów, które zgromadziłam w jednej z szafek nie wpłynęły pozytywnie na mój humor przedświąteczny. – Przecież tydzień temu mówiłam, że sezon pod tytułem: „Zostaw to i nie ruszaj, to na święta!” uważam za otwarty. Które wyżarło? – wrzasnęłam, spiesząc do kuchni by sprawdzić czy w ogóle coś pozostało.
- A to tutaj coś było? – zdziwiła się niewinnie Gimbusówna, przezornie znikając za drzwiami swojego pokoju i gubiąc po drodze szeleszczące papierki po cukierkach.
- Ty pieroński żarłoku! – wyrwało mi się spod serca.
Zawsze to samo. Co roku. Mieszkając z domową młodzieżą, należałoby chyba robić zakupy w Wigilię z rana.
Wysłałam pożeraczy po kolejny zapas słodyczy, a sama zajęłam się porządkami.
Gdy okna już lśniły, białe firanki zwisały dumnie z karnisza, a i reszta mieszkania błyszczała jak dobrze wylizane psie ja... to znaczy – po prostu błyszczała, wpadłam na pomysł świątecznego przystrojenia okien.
Niestety spotkało się to ze zdecydowanym protestem młodzieży. Nie takie bunty już się gasiło, tak więc niedługo potem w oknach pojawiły się choinki, bałwanki i inne bzdury, którymi ludzie czasami obwieszają płoty, okna itp.
Przedświąteczną gonitwę uznałam za skończoną i oddaliłam się w kierunku swojej ostoi, zamierzając powrócić do przyjaznego środowiska netowego, by przy ubijaniu potworów i zdobywaniu expa, przygotować się psychicznie na wigilijne gotowanie.
- A choinka? – przypomniała młodzież.
Zawsze pamiętają to, co niekoniecznie jest w danej chwili ważne.
- Sami się tym zajmijcie – mruknęłam, jedną nogą będąc już w upragnionej ostoi.
Nim przekroczyłam próg drugą, dotarło do mnie, że w wigilijny poranek trzeba będzie wyjść z domu i kolejny raz uzupełnić zapas bombek. A może jednak nie?
- Ja nie stroję!
- Ja też nie!
Te dwa zdania pogrzebały moją nadzieję na powrót do zaprzyjaźnionego środowiska.
- Jak to @#$%^& nie stroicie? – wydarłam się paskudnie, ruszając do pokoju zwanego szumnie salonem.
Niby dlaczego wszystko ma być na mojej głowie? Porządki, lista zakupów, gotowanie... Sama tam mieszkam czy jak?
- Stroicie. I to zaraz – oznajmiłam nieprzyjemnie, wyciągając z szafy pudła z ozdobami.
Poskładałam drzewko wigilijne, podłączyłam lampki i w tym momencie do moich uszu dobiegł dźwięk Słowian. @#$%^& tylko nie to!
- Wyłącz ten cycaty łomot i zapodaj jakieś kolędy – nakazałam Gimbusównie.
- Nieeeee! – odwrzasnęła, pogłaśniając muzykę.
- Wyłącz to! I wrzuć jakieś celtyki – zaprotestował Młody Grizzli. – Albo sam wyłączę.
Ma jednak kochane dziecko gust muzyczny.
Wizja wylatującego za okno laptopa rozbrzmiewającego dźwiękami cycatych Słowianek najwyraźniej nie spodobała się Gimbusównie, bo rytmiczny łupu cupu umilkło.
Odetchnęłam z ulgą, przepędzając spod powiek podskakującą wokalistkę. Przecież to się może człowiekowi przyśnić!
- Dobra, to pomogę, ale za to wrzucę zdjęcia na aska – oznajmiło młodsze dziecię.
- A wrzucaj gdzie chcesz, byle bombki wisiały na gałęziach – zgodziłam się. – I nie zapomnij na fejsie pochwalić się, jak to dzielnie łańcuch kładłaś – dorzuciłam złośliwie. – Zalajkują i dostaniesz + 20 do zajebistości.
Ostatecznie choinka została ubrana, a w moim sercu zagościła nadzieja na powrót do ostoi.
Usiadłam przed ukochanym komputerem, włączyłam grę, gdy nagle rozległ się huk i brzęk.
Nie wiedziałam, że potrafię z taką szybkością pokonać odcinek dzielący mój kącik od salonu.
I taka mała nauczka na przyszłość.
Nie zostawia się bez nadzoru w jednym pokoju psa, młodzieży – nawet tej dorastającej – i choinki.
A po bombki sobie pójdę. I owszem.
Ze świątecznym pozdrowieniem dla Czytelników
Ledwo opuściłam progi domostwa, zaopatrzona w stos siatek, reklamówek, toreb i wypchany portfel, dostałam w łeb choinką niesioną przez sąsiada. Uświadomiło mi to, że do listy zakupów trzeba dorzucić bombki. Zeszłoroczne nieco się zdeformowały – czyli uległy zniszczeniu.
Zakupy to jedna z rzeczy, których nienawidzę. Nie rozumiem jak można ładować do koszyka sklepowego masę zbędnych artykułów, toczyć wraz z innymi klientami boje o rzeczy z promocji (prawdziwy Grunwald, jak Boga kocham!), by wreszcie z miną zwycięzcy ustawić się w kolejce do kasy i pozwolić zmęczonej pani za ową kasą zabrać swoje finanse.
No nic...
Wyciągnęłam z domu Młodego Grizzli i Gimbusównę – ktoś przecież musi dotaszczyć zakupy na miejsce – po czym podejmując się roli przewodnika po mieście i sklepach, poprowadziłam młodzież za sobą.
Udało się nam dokonać niezbędnych sprawunków w jedno popołudnie. No prawie jedno. Pozostałych trzech nie liczę. Co prawda Młody Grizzli coś tam protestował przeciwko zamordowanemu karpiowi, ale kto by słuchał dziecka. Dzieci i ryby głosu nie mają. Nie chcąc zapewne podzielić losu karpia, przymknął się w chwili, gdy moja żądza mordu zaczęła kierować się w jego stronę.
Mniej dyplomacji wykazała Gimbusówna:
- Mamooooo! A te lampki na choinkę to jedyne co mamy? Czy jakieś jeszcze są? Bo ja chciałam do siebie, do pokoju.
- Jedyne – mruknęła wredna matka.
- Czyli w tym roku na choince ich nie będzie?
Rzut kapciem w stronę gdzie stała, pozbawił ją wątpliwości, gdzie w tym roku zawisną lampki.
Wróciłam do swoich zajęć, gdy rozległ się głos Młodego Grizzli:
- Kto wyżarł paluszki i ciastka?
- Jak to wyżarł? – uszczuplenie zapasów, które zgromadziłam w jednej z szafek nie wpłynęły pozytywnie na mój humor przedświąteczny. – Przecież tydzień temu mówiłam, że sezon pod tytułem: „Zostaw to i nie ruszaj, to na święta!” uważam za otwarty. Które wyżarło? – wrzasnęłam, spiesząc do kuchni by sprawdzić czy w ogóle coś pozostało.
- A to tutaj coś było? – zdziwiła się niewinnie Gimbusówna, przezornie znikając za drzwiami swojego pokoju i gubiąc po drodze szeleszczące papierki po cukierkach.
- Ty pieroński żarłoku! – wyrwało mi się spod serca.
Zawsze to samo. Co roku. Mieszkając z domową młodzieżą, należałoby chyba robić zakupy w Wigilię z rana.
Wysłałam pożeraczy po kolejny zapas słodyczy, a sama zajęłam się porządkami.
Gdy okna już lśniły, białe firanki zwisały dumnie z karnisza, a i reszta mieszkania błyszczała jak dobrze wylizane psie ja... to znaczy – po prostu błyszczała, wpadłam na pomysł świątecznego przystrojenia okien.
Niestety spotkało się to ze zdecydowanym protestem młodzieży. Nie takie bunty już się gasiło, tak więc niedługo potem w oknach pojawiły się choinki, bałwanki i inne bzdury, którymi ludzie czasami obwieszają płoty, okna itp.
Przedświąteczną gonitwę uznałam za skończoną i oddaliłam się w kierunku swojej ostoi, zamierzając powrócić do przyjaznego środowiska netowego, by przy ubijaniu potworów i zdobywaniu expa, przygotować się psychicznie na wigilijne gotowanie.
- A choinka? – przypomniała młodzież.
Zawsze pamiętają to, co niekoniecznie jest w danej chwili ważne.
- Sami się tym zajmijcie – mruknęłam, jedną nogą będąc już w upragnionej ostoi.
Nim przekroczyłam próg drugą, dotarło do mnie, że w wigilijny poranek trzeba będzie wyjść z domu i kolejny raz uzupełnić zapas bombek. A może jednak nie?
- Ja nie stroję!
- Ja też nie!
Te dwa zdania pogrzebały moją nadzieję na powrót do zaprzyjaźnionego środowiska.
- Jak to @#$%^& nie stroicie? – wydarłam się paskudnie, ruszając do pokoju zwanego szumnie salonem.
Niby dlaczego wszystko ma być na mojej głowie? Porządki, lista zakupów, gotowanie... Sama tam mieszkam czy jak?
- Stroicie. I to zaraz – oznajmiłam nieprzyjemnie, wyciągając z szafy pudła z ozdobami.
Poskładałam drzewko wigilijne, podłączyłam lampki i w tym momencie do moich uszu dobiegł dźwięk Słowian. @#$%^& tylko nie to!
- Wyłącz ten cycaty łomot i zapodaj jakieś kolędy – nakazałam Gimbusównie.
- Nieeeee! – odwrzasnęła, pogłaśniając muzykę.
- Wyłącz to! I wrzuć jakieś celtyki – zaprotestował Młody Grizzli. – Albo sam wyłączę.
Ma jednak kochane dziecko gust muzyczny.
Wizja wylatującego za okno laptopa rozbrzmiewającego dźwiękami cycatych Słowianek najwyraźniej nie spodobała się Gimbusównie, bo rytmiczny łupu cupu umilkło.
Odetchnęłam z ulgą, przepędzając spod powiek podskakującą wokalistkę. Przecież to się może człowiekowi przyśnić!
- Dobra, to pomogę, ale za to wrzucę zdjęcia na aska – oznajmiło młodsze dziecię.
- A wrzucaj gdzie chcesz, byle bombki wisiały na gałęziach – zgodziłam się. – I nie zapomnij na fejsie pochwalić się, jak to dzielnie łańcuch kładłaś – dorzuciłam złośliwie. – Zalajkują i dostaniesz + 20 do zajebistości.
Ostatecznie choinka została ubrana, a w moim sercu zagościła nadzieja na powrót do ostoi.
Usiadłam przed ukochanym komputerem, włączyłam grę, gdy nagle rozległ się huk i brzęk.
Nie wiedziałam, że potrafię z taką szybkością pokonać odcinek dzielący mój kącik od salonu.
I taka mała nauczka na przyszłość.
Nie zostawia się bez nadzoru w jednym pokoju psa, młodzieży – nawet tej dorastającej – i choinki.
A po bombki sobie pójdę. I owszem.
Ze świątecznym pozdrowieniem dla Czytelników
15 grudnia 2013
Zadatki na Gimbusowego stwora
Uwaga: wulgaryzmy
Mylnie zakładałam, że absurdalne zachowania gimbusów rozpoczynają się w chwili, gdy dzieciny te, rozkwitający kwiat naszego społeczeństwa, przekraczają progi szkoły zwanej Gimnazjum. Z moich ostatnich obserwacji wynika, że proces ogłupienia mózgu zaczyna się o wiele wcześniej. Już w szkole podstawowej!
Nie ma to jak być małym, wrzeszczącym hardkorem w słodkiej różowej kurteczce (kto w ogóle kupuje małym chłopcom różowe kurteczki?!), czapce z pomponikami wiązanej pod szyją i dzierżąc dzielnie w rączce plecak z naszywką Kubusia Puchatka, wieść prym pośród gromadki rówieśników.
Tupta taki malutki hardkor chodnikiem, wymachując dziarsko workiem na kapcie (czyt. obuwie zamienne) i wykrzykuje piszczącym głosikiem hasła w stylu: Jebać policję! Chwdp!
Towarzysząca mu gromadka patrzy na niego pełnym uwielbienia wzrokiem.
Zatkało mnie.
Najnormalniej w świecie zaniemówiłam.
Wryło mnie w chodnik, którym podążałam na wprost grupki maluchów. Tak na oko pierwsza, druga klasa podstawówki. Albo wyrośnięte przedszkole, jednak budynku, z którego mogła grupka wypełznąć w pobliżu nie było. Czyli, że jednak podstawówka. Za grupką, chybocząc się na wysokich obcasikach, drobiły jakieś dwie wymalowane panny w mini, których stałym adresem zameldowania chyba było solarium. Ewentualnie wróciły właśnie z wakacji w upalnym i słonecznym kraju, które to wakacje spędziły leżąc plackiem na plaży.
Tak więc zatrzymałam się na chodniku i spojrzałam z niedowierzaniem na maluchy, co spotkało się z reakcją pełną oburzenia:
- I co się gapis, stala kulwo? – wrzasnął mały hardkor.
Z tych kilku słów mój mózg wyłowił naprędce jedno: stara.
I nieco mi ciśnienie podskoczyło.
Że niby co? Mój nowy krem na zmarszczki nie działa?
Co tu takiemu maluchowi odpowiedzieć? Palnąć w łeb od razu? Przecież to nie moje dziecko, jeszcze mnie ktoś oskarży o znęcanie się.
- Naucz się dziecko „r” wymawiać – rzuciłam na odczepnego, z zamiarem odejścia (celem pilnego zakupu lepszego kremu).
- Pierldrol się! – odwrzasnęło to coś, co było chłopczykiem w słodkiej różowej kurteczce. Ubiór zapewne dla niepoznaki.
Czyli jednak da się „r” powiedzieć, jeśli się usilnie chce.
O dziwo reszta świty towarzyszącej hardkorowi stała spokojnie, w milczeniu kontemplując zaistniałą sytuację. Paniusie drepczące za grupką, zatrzymały się omawiając długość tipsów i najmodniejsze wzory ozdób świątecznych, umieszczonych na owych tipsach.
Sama nie wiem jak to się stało, ale moja ręka zbliżyła się niebezpiecznie blisko małego hardkora. Celem rozpłaszczenia smarkacza na pobliskim murze. Odruch chyba jakiś.
I w tym momencie rozległ się piskliwy krzyk:
- Zostaw moje dziecko!
Najwidoczniej sprawa tipsów nie była jednak priorytetem.
Jedna z pomarańczowych panienek ruszyła w moją stronę, drobiąc szybciutko po ośnieżonym chodniku.
Kobieto, uważaj, bo sobie raciczki połamiesz – tylko tyle przemknęło mi przez myśl, widząc tę desperacką próbę zbliżenia się.
- Ratunku! – wrzasnęła pomarańczowa panienka, wymachując w powietrzu tipsami – Zboczeniec!
Na wszelki wypadek cofnęłam rękę i obejrzałam się za siebie. Przystająca obok niemłoda już kobieta, a tuż za nią mężczyzna, którego wiek wskazywał na to, że jakiekolwiek ekscesy seksualne ma już dawno za sobą, nie wyglądali mi na zboczeńców.
- Jak ty się wyrażasz gówniarzu? – pan postanowił zainterweniować. – Kto cię nauczył takich słów? Za moich czasów...
Panu nie dane było skończyć, co było za jego czasów, bo z ust hardkora wypłynął potok słów.
- Gupi ciulu nie wpieldalaj się! Jebać policję! Chuj ci w dupe! – chłopczyk spojrzał buntowniczo na swój orszak, który powoli zaczynał się rozchodzić. – Gdzie kulwa idziecie? Boicie się tchórze? Co ci taka pizda może zlobić?
„R” dziecinko. Znowu nie wymawiasz „r”.
- Kubusiu! – pomarańczowa panienka uznała za stosowne odezwać się. Już wiem skąd Puchatek na tornistrze. Pewno bez tego, imienia własnego dziecka byś kobieto nie zapamiętała. – Odsuń się w tej chwili! Nie rozmawia się z obcymi!
- To pani dziecko? – zainteresowała się niemłoda już kobieta.
Starszy pan zamilkł, wpatrując się morderczym wzrokiem w różową kurteczkę, która przezornie schowała się za panterkowym mini.
- Kto wie, czy to w ogóle dziecko – wylazła ze mnie wredota. – I czyje...
- Co pani sobie wyobraża! – zapiszczała pomarańczowa panienka – że nie wiem kto jest jego ojcem?
Towarzysząca jej koleżanka milczała taktownie, obserwując swoje tipsy.
Wzruszyłam ramionami i ruszyłam z miejsca, próbując pohamować niedobry odruch przyłożenia komuś w pysk.
- Kubusiu! Idziemy! – zapiszczała ofiara solarium, łapiąc hardkora za rączkę i robiąc kilka niezdarnych kroczków.
Rozległ się pisk.
Zerknęłam przez ramię, akurat w chwili gdy mama foczka upadała w zaspę.
A przewidywałam, że raciczki sobie połamie. Kto normalny biega w takich obcasikach po ośnieżonym chodniku?
Pozostała dwójka potencjalnych zboczeńców ruszyła każde w swoją stronę, nie zważając już na wrzaski i przekleństwa dobywające się z usteczek panienki.
Tylko dziecka szkoda...
Niemniej podstawy pod Gimbusa już ma.
I ta różowa kurteczka... Ech... idealna do słit foci z rąsi.
Z pozdrowieniami dla Matki Roku.
Mylnie zakładałam, że absurdalne zachowania gimbusów rozpoczynają się w chwili, gdy dzieciny te, rozkwitający kwiat naszego społeczeństwa, przekraczają progi szkoły zwanej Gimnazjum. Z moich ostatnich obserwacji wynika, że proces ogłupienia mózgu zaczyna się o wiele wcześniej. Już w szkole podstawowej!
Nie ma to jak być małym, wrzeszczącym hardkorem w słodkiej różowej kurteczce (kto w ogóle kupuje małym chłopcom różowe kurteczki?!), czapce z pomponikami wiązanej pod szyją i dzierżąc dzielnie w rączce plecak z naszywką Kubusia Puchatka, wieść prym pośród gromadki rówieśników.
Tupta taki malutki hardkor chodnikiem, wymachując dziarsko workiem na kapcie (czyt. obuwie zamienne) i wykrzykuje piszczącym głosikiem hasła w stylu: Jebać policję! Chwdp!
Towarzysząca mu gromadka patrzy na niego pełnym uwielbienia wzrokiem.
Zatkało mnie.
Najnormalniej w świecie zaniemówiłam.
Wryło mnie w chodnik, którym podążałam na wprost grupki maluchów. Tak na oko pierwsza, druga klasa podstawówki. Albo wyrośnięte przedszkole, jednak budynku, z którego mogła grupka wypełznąć w pobliżu nie było. Czyli, że jednak podstawówka. Za grupką, chybocząc się na wysokich obcasikach, drobiły jakieś dwie wymalowane panny w mini, których stałym adresem zameldowania chyba było solarium. Ewentualnie wróciły właśnie z wakacji w upalnym i słonecznym kraju, które to wakacje spędziły leżąc plackiem na plaży.
Tak więc zatrzymałam się na chodniku i spojrzałam z niedowierzaniem na maluchy, co spotkało się z reakcją pełną oburzenia:
- I co się gapis, stala kulwo? – wrzasnął mały hardkor.
Z tych kilku słów mój mózg wyłowił naprędce jedno: stara.
I nieco mi ciśnienie podskoczyło.
Że niby co? Mój nowy krem na zmarszczki nie działa?
Co tu takiemu maluchowi odpowiedzieć? Palnąć w łeb od razu? Przecież to nie moje dziecko, jeszcze mnie ktoś oskarży o znęcanie się.
- Naucz się dziecko „r” wymawiać – rzuciłam na odczepnego, z zamiarem odejścia (celem pilnego zakupu lepszego kremu).
- Pierldrol się! – odwrzasnęło to coś, co było chłopczykiem w słodkiej różowej kurteczce. Ubiór zapewne dla niepoznaki.
Czyli jednak da się „r” powiedzieć, jeśli się usilnie chce.
O dziwo reszta świty towarzyszącej hardkorowi stała spokojnie, w milczeniu kontemplując zaistniałą sytuację. Paniusie drepczące za grupką, zatrzymały się omawiając długość tipsów i najmodniejsze wzory ozdób świątecznych, umieszczonych na owych tipsach.
Sama nie wiem jak to się stało, ale moja ręka zbliżyła się niebezpiecznie blisko małego hardkora. Celem rozpłaszczenia smarkacza na pobliskim murze. Odruch chyba jakiś.
I w tym momencie rozległ się piskliwy krzyk:
- Zostaw moje dziecko!
Najwidoczniej sprawa tipsów nie była jednak priorytetem.
Jedna z pomarańczowych panienek ruszyła w moją stronę, drobiąc szybciutko po ośnieżonym chodniku.
Kobieto, uważaj, bo sobie raciczki połamiesz – tylko tyle przemknęło mi przez myśl, widząc tę desperacką próbę zbliżenia się.
- Ratunku! – wrzasnęła pomarańczowa panienka, wymachując w powietrzu tipsami – Zboczeniec!
Na wszelki wypadek cofnęłam rękę i obejrzałam się za siebie. Przystająca obok niemłoda już kobieta, a tuż za nią mężczyzna, którego wiek wskazywał na to, że jakiekolwiek ekscesy seksualne ma już dawno za sobą, nie wyglądali mi na zboczeńców.
- Jak ty się wyrażasz gówniarzu? – pan postanowił zainterweniować. – Kto cię nauczył takich słów? Za moich czasów...
Panu nie dane było skończyć, co było za jego czasów, bo z ust hardkora wypłynął potok słów.
- Gupi ciulu nie wpieldalaj się! Jebać policję! Chuj ci w dupe! – chłopczyk spojrzał buntowniczo na swój orszak, który powoli zaczynał się rozchodzić. – Gdzie kulwa idziecie? Boicie się tchórze? Co ci taka pizda może zlobić?
„R” dziecinko. Znowu nie wymawiasz „r”.
- Kubusiu! – pomarańczowa panienka uznała za stosowne odezwać się. Już wiem skąd Puchatek na tornistrze. Pewno bez tego, imienia własnego dziecka byś kobieto nie zapamiętała. – Odsuń się w tej chwili! Nie rozmawia się z obcymi!
- To pani dziecko? – zainteresowała się niemłoda już kobieta.
Starszy pan zamilkł, wpatrując się morderczym wzrokiem w różową kurteczkę, która przezornie schowała się za panterkowym mini.
- Kto wie, czy to w ogóle dziecko – wylazła ze mnie wredota. – I czyje...
- Co pani sobie wyobraża! – zapiszczała pomarańczowa panienka – że nie wiem kto jest jego ojcem?
Towarzysząca jej koleżanka milczała taktownie, obserwując swoje tipsy.
Wzruszyłam ramionami i ruszyłam z miejsca, próbując pohamować niedobry odruch przyłożenia komuś w pysk.
- Kubusiu! Idziemy! – zapiszczała ofiara solarium, łapiąc hardkora za rączkę i robiąc kilka niezdarnych kroczków.
Rozległ się pisk.
Zerknęłam przez ramię, akurat w chwili gdy mama foczka upadała w zaspę.
A przewidywałam, że raciczki sobie połamie. Kto normalny biega w takich obcasikach po ośnieżonym chodniku?
Pozostała dwójka potencjalnych zboczeńców ruszyła każde w swoją stronę, nie zważając już na wrzaski i przekleństwa dobywające się z usteczek panienki.
Tylko dziecka szkoda...
Niemniej podstawy pod Gimbusa już ma.
I ta różowa kurteczka... Ech... idealna do słit foci z rąsi.
Z pozdrowieniami dla Matki Roku.
02 grudnia 2013
Jak Gimbusówna obchodziła Andrzejki
Już od kilku dni moje oczy i uszy były bombardowane reklamami ostatniego listopadowego wieczoru. Tylko u nas! (tak, akurat). Wieczór andrzejkowy, wróżby i dobra zabawa! Dwie stówy od pary! (a gdzie gwarancja ekscytujących doznań? Za tę kasę, to spodziewam się, że na stole zatańczy półnagi wróżbita). Sprawdź co czeka cię w przyszłym roku! Czy twój wybranek oświadczy się, a ty trafisz szóstkę w totka! (nieprzystojny rechot). Jasnowidz przepowie ci przyszłość! (koszt sms 99,99zł).
Daj porwać się magii tego wyjątkowego wieczoru!
Dałam.
Wzięłam kocyk, kubek z ulubioną herbatą i zaszyłam się w swojej ostoi. Właśnie zaczynałam magicznie odpalać ulubioną grę, kiedy rozległo się cichutkie stukanie do drzwi wejściowych.
Chwilę potem usłyszałam tętent raciczek Gimbusówny pędzącej na złamanie karku w ich stronę. Tu muszę zwrócić uwagę na zadziwiający słuch dziecięcia, które nie słyszy uwag wrednej matki stojącej obok, a z drugiego końca mieszkania słyszy ciche pukanie do drzwi. Jestem pod wrażeniem zmysłu słuchu, potrafiącego tak doskonale rozróżniać właściwe dźwięki.
Drzwi skrzypnęły – wciąż zapominam je naoliwić – i nastąpiła kakofonia wrzasków powitalnych. Widzieliście kiedyś w zoo małpy cieszące się, że ktoś rzucił im ciastko? Tak to mnie więcej wyglądało. Łącznie z naśladownictwem dźwięków.
Za ścianką działową mojej ostoi przebiegło stado rozpędzonych koni, najwyraźniej szykujących się do skomplikowanej szarży na wroga, by z głośnym trzaśnięciem zniknąć za drzwiami pokoju Gimbusówny.
Sama zainteresowana pojawiła się na progu mojego zakątka niedługo potem.
- Mamooooo! – zaczęła, odrywając mnie od logowania w grze – Bo przyszli znajomi... – to stado w przedpokoju to jednak byli ludzie? - ... i dzisiaj są andrzejki, i będziemy sobie wróżyć, i zrobisz nam coś do jedzenia i picia, i dasz świeczki na wosk, i jakie są jeszcze wróżby, i mamy w domu coś słodkiego, i... – chyba zapowietrzyła się, bo umilkła niespodziewanie.
Popatrzyła na mnie, coś tam widać w łebku zaświtało, bo odwróciła się na pięcie i powędrowała do kuchni. Rozległ się odgłos trzaskania garnkami, otwierania szafek i głośne: „no kurde”.
Najwidoczniej przypomniała sobie ostatnią lekcję, której głównym tematem było: „Masz gości, to obsłuż ich sobie sama”.
W myślach zrobiłam przegląd sklepów, gdzie będzie można uzupełnić stłuczoną zastawę.
- A możemy w kuchni sobie powróżyć? – Gimbusówna pojawiła się na progu ostoi niczym duch.
- Możecie – wyraziłam zgodę, tym razem oddając się rozmyślaniom nad skutecznymi środkami czystości do uporządkowania kuchni po wizycie młodzieży.
- Mamooooo! To my sobie weźmiemy ten garnuszek, z którego nalewa się wodę psu! – poinformował mnie wrzask z kuchni.
- Tylko karmy mu z miski nie wyżerajcie! – odkrzyknęłam, ubijając kolejnego potwora w grze.
Rechot śmiechu młodzieży, zagłuszył cienki pisk padającego stwora, a sama młodzież snuła się pomiędzy kuchnią, a pokojem dziecięcia, wydając z siebie dziwne odgłosy.
Spacja i kolejny, spacja i kolejny.
Pociągnęłam nosem.
Coś zaczynało się palić.
- Gimbusówna! – wrzasnęłam, z prędkością światła wyskakując zza biurka i wpadając do kuchni. – Chyba wosk wam się zanadto roztopił! – w ostatniej chwili zdjęłam z palnika poczerniały garnuszek.
Sorry, pies, kupimy nowy.
Młodzież wpadła do kuchni.
- Ale my klucza nie mamy! Ma pani jakiś klucz z dziurką? – posypały się pytania.
O nie, moi drodzy. Tego klucza to wy w swoje łapki nie dostaniecie – przemknęło mi przez głowę. Instynkt samozachowawczy zadziałał.
- Z papieru sobie wytnijcie. Macie bloki, pełno kartek. Wróżba też będzie ważna i... – uśmiechnęłam się lekko – na pewno się spełni – nie odmówiłam sobie małej ironii, wracając do swojej ostoi.
Kolejne potwory padały niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy moich uszu znowu dobiegło wołanie.
- Mamooooo! Chodź zobacz co mi wyszło! – pełen radości głos Gimbusówny sprawił, że podniosłam swoje leniwe cztery litery i powędrowałam w strefę radioaktywną, jaką zwykle stanowi pokój dziecięcia. Z czego też ona może tak się cieszyć?
- No patrz! – wystawiła w moją stronę nieforemny kawałek wosku, gdy tylko wsunęłam głowę przez drzwi.
- Yyyy – nie wiedziałam co powiedzieć. Bryłka niczego mi nie przypominała. No, może poza skamieliną z epoki dinozaurów, albo grudką ziemi. – Ładne? – spytałam, próbując być miłą.
- Mamooooo! Bo mi wyszedł domek z ogródkiem! I kominek! – wywrzeszczało wciąż radośnie dziecię.
- Hm... – zamyśliłam się na krótką chwilę – To chyba już wiem, kto na wiosnę pomoże przekopać ogródek. W komórce stoją szpadle, no wiesz... to ten domek. – oznajmiłam – I w nagrodę może nawet jakieś ognisko będzie można rozpalić. Oczywiście w ramach tego kominka.
- Mamooooo! Ty to wredna jesteś! Idź sobie! – radość Gimbusówny zgasła, a ja przezornie wróciłam do ubijania potworów, ciesząc się, że nikomu wózek dziecięcy się nie ulał.
Spacja i kolejny, spacja i kolejny. W międzyczasie łyk chłodnej już herbaty.
- Mamooooo!
Noż kurde... Zgrzytnęłam zębami.
- Mamooooo! I dasz nam jakieś igły? – Gimbusówna znów stała na progu.
- Skarbie, w andrzejki rytuałów voodoo nie odprawia się – zauważyłam.
- Czego? – dziecię zatrzepotało rzęsami.
- Nic, nic – machnęłam ręką – zobacz przy maszynie – podpowiedziałam jej kierunek poszukiwań.
Najwidoczniej znalazła, bo nie przyszła kolejny raz, a z pokoju wciąż dobiegały odgłosy zabawy.
A to, że jeszcze nic mnie nagle nie zabolało ani zakłuło, świadczyło, że jednak wykorzystała owe igły do czegoś innego. Co za ulga.
Setki ubitych potworów dalej, stado... o przepraszam – znajomi Gimbusówny – zmaterializowali się przy drzwiach wyjściowych. Wrzaski towarzyszące pożegnaniu przypominały teraz te, które wydają małpy w zoo, kiedy ktoś zabierze im rzucone wcześniej ciastko.
Głośny trzask drzwi. Tętent raciczek Gimbusówny zmierzający w stronę jej pokoju. Kolejny trzask drzwi.
I wreszcie nastała upragniona cisza.
Podniosłam się ciężko, postanawiając zrobić kolejną herbatę i powędrowałam do kuchni.
Stojąc na progu, poklepałam psi łeb, który wsunął się odważnie za mną.
- Nie martw się stary – rzuciłam, patrząc na wnętrze jeszcze niedawno czystego pomieszczenia – jutro znajdziemy hurtownię z super, hiper środkami do sprzątania. I może nawet nam powiedzą, czym ściąga się wosk ze ścian.
Daj porwać się magii tego wyjątkowego wieczoru!
Dałam.
Wzięłam kocyk, kubek z ulubioną herbatą i zaszyłam się w swojej ostoi. Właśnie zaczynałam magicznie odpalać ulubioną grę, kiedy rozległo się cichutkie stukanie do drzwi wejściowych.
Chwilę potem usłyszałam tętent raciczek Gimbusówny pędzącej na złamanie karku w ich stronę. Tu muszę zwrócić uwagę na zadziwiający słuch dziecięcia, które nie słyszy uwag wrednej matki stojącej obok, a z drugiego końca mieszkania słyszy ciche pukanie do drzwi. Jestem pod wrażeniem zmysłu słuchu, potrafiącego tak doskonale rozróżniać właściwe dźwięki.
Drzwi skrzypnęły – wciąż zapominam je naoliwić – i nastąpiła kakofonia wrzasków powitalnych. Widzieliście kiedyś w zoo małpy cieszące się, że ktoś rzucił im ciastko? Tak to mnie więcej wyglądało. Łącznie z naśladownictwem dźwięków.
Za ścianką działową mojej ostoi przebiegło stado rozpędzonych koni, najwyraźniej szykujących się do skomplikowanej szarży na wroga, by z głośnym trzaśnięciem zniknąć za drzwiami pokoju Gimbusówny.
Sama zainteresowana pojawiła się na progu mojego zakątka niedługo potem.
- Mamooooo! – zaczęła, odrywając mnie od logowania w grze – Bo przyszli znajomi... – to stado w przedpokoju to jednak byli ludzie? - ... i dzisiaj są andrzejki, i będziemy sobie wróżyć, i zrobisz nam coś do jedzenia i picia, i dasz świeczki na wosk, i jakie są jeszcze wróżby, i mamy w domu coś słodkiego, i... – chyba zapowietrzyła się, bo umilkła niespodziewanie.
Popatrzyła na mnie, coś tam widać w łebku zaświtało, bo odwróciła się na pięcie i powędrowała do kuchni. Rozległ się odgłos trzaskania garnkami, otwierania szafek i głośne: „no kurde”.
Najwidoczniej przypomniała sobie ostatnią lekcję, której głównym tematem było: „Masz gości, to obsłuż ich sobie sama”.
W myślach zrobiłam przegląd sklepów, gdzie będzie można uzupełnić stłuczoną zastawę.
- A możemy w kuchni sobie powróżyć? – Gimbusówna pojawiła się na progu ostoi niczym duch.
- Możecie – wyraziłam zgodę, tym razem oddając się rozmyślaniom nad skutecznymi środkami czystości do uporządkowania kuchni po wizycie młodzieży.
- Mamooooo! To my sobie weźmiemy ten garnuszek, z którego nalewa się wodę psu! – poinformował mnie wrzask z kuchni.
- Tylko karmy mu z miski nie wyżerajcie! – odkrzyknęłam, ubijając kolejnego potwora w grze.
Rechot śmiechu młodzieży, zagłuszył cienki pisk padającego stwora, a sama młodzież snuła się pomiędzy kuchnią, a pokojem dziecięcia, wydając z siebie dziwne odgłosy.
Spacja i kolejny, spacja i kolejny.
Pociągnęłam nosem.
Coś zaczynało się palić.
- Gimbusówna! – wrzasnęłam, z prędkością światła wyskakując zza biurka i wpadając do kuchni. – Chyba wosk wam się zanadto roztopił! – w ostatniej chwili zdjęłam z palnika poczerniały garnuszek.
Sorry, pies, kupimy nowy.
Młodzież wpadła do kuchni.
- Ale my klucza nie mamy! Ma pani jakiś klucz z dziurką? – posypały się pytania.
O nie, moi drodzy. Tego klucza to wy w swoje łapki nie dostaniecie – przemknęło mi przez głowę. Instynkt samozachowawczy zadziałał.
- Z papieru sobie wytnijcie. Macie bloki, pełno kartek. Wróżba też będzie ważna i... – uśmiechnęłam się lekko – na pewno się spełni – nie odmówiłam sobie małej ironii, wracając do swojej ostoi.
Kolejne potwory padały niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy moich uszu znowu dobiegło wołanie.
- Mamooooo! Chodź zobacz co mi wyszło! – pełen radości głos Gimbusówny sprawił, że podniosłam swoje leniwe cztery litery i powędrowałam w strefę radioaktywną, jaką zwykle stanowi pokój dziecięcia. Z czego też ona może tak się cieszyć?
- No patrz! – wystawiła w moją stronę nieforemny kawałek wosku, gdy tylko wsunęłam głowę przez drzwi.
- Yyyy – nie wiedziałam co powiedzieć. Bryłka niczego mi nie przypominała. No, może poza skamieliną z epoki dinozaurów, albo grudką ziemi. – Ładne? – spytałam, próbując być miłą.
- Mamooooo! Bo mi wyszedł domek z ogródkiem! I kominek! – wywrzeszczało wciąż radośnie dziecię.
- Hm... – zamyśliłam się na krótką chwilę – To chyba już wiem, kto na wiosnę pomoże przekopać ogródek. W komórce stoją szpadle, no wiesz... to ten domek. – oznajmiłam – I w nagrodę może nawet jakieś ognisko będzie można rozpalić. Oczywiście w ramach tego kominka.
- Mamooooo! Ty to wredna jesteś! Idź sobie! – radość Gimbusówny zgasła, a ja przezornie wróciłam do ubijania potworów, ciesząc się, że nikomu wózek dziecięcy się nie ulał.
Spacja i kolejny, spacja i kolejny. W międzyczasie łyk chłodnej już herbaty.
- Mamooooo!
Noż kurde... Zgrzytnęłam zębami.
- Mamooooo! I dasz nam jakieś igły? – Gimbusówna znów stała na progu.
- Skarbie, w andrzejki rytuałów voodoo nie odprawia się – zauważyłam.
- Czego? – dziecię zatrzepotało rzęsami.
- Nic, nic – machnęłam ręką – zobacz przy maszynie – podpowiedziałam jej kierunek poszukiwań.
Najwidoczniej znalazła, bo nie przyszła kolejny raz, a z pokoju wciąż dobiegały odgłosy zabawy.
A to, że jeszcze nic mnie nagle nie zabolało ani zakłuło, świadczyło, że jednak wykorzystała owe igły do czegoś innego. Co za ulga.
Setki ubitych potworów dalej, stado... o przepraszam – znajomi Gimbusówny – zmaterializowali się przy drzwiach wyjściowych. Wrzaski towarzyszące pożegnaniu przypominały teraz te, które wydają małpy w zoo, kiedy ktoś zabierze im rzucone wcześniej ciastko.
Głośny trzask drzwi. Tętent raciczek Gimbusówny zmierzający w stronę jej pokoju. Kolejny trzask drzwi.
I wreszcie nastała upragniona cisza.
Podniosłam się ciężko, postanawiając zrobić kolejną herbatę i powędrowałam do kuchni.
Stojąc na progu, poklepałam psi łeb, który wsunął się odważnie za mną.
- Nie martw się stary – rzuciłam, patrząc na wnętrze jeszcze niedawno czystego pomieszczenia – jutro znajdziemy hurtownię z super, hiper środkami do sprzątania. I może nawet nam powiedzą, czym ściąga się wosk ze ścian.
24 listopada 2013
Z życia nolife czyli jak odzyskać dane do konta
Zaczęło się niewinnie.
- Ty, Thori, a może byś tak wróciła do Lorda (jedna z gier)? Miasto rozbudujesz, surki mi wyślesz, zbierze się wojska i zaatakuje jakiegoś cieniasa (na silnych nie porywamy się – nie ma co ryzykować).
- Jasne, stary, jasne – wyszczerzyłam zęby w szerokim uśmiechu. – Zaraz lognę.
I tu mógłby być koniec tej jakże krótkiej, ale treściwej rozmowy.
Komp odpalony, gra też...
Jednak za dobrze byłoby gdyby wszystko poszło gładko.
Dawno nie logowałam się na swoje konto, a po kolejnym z rzędu formacie kompa, który nie wiedzieć dlaczego odmawia posłuszeństwa i komunikacji w momencie, w którym jest potrzebny, jak zwykle utraciłam wszystkie swoje zapisane loginy i hasła.
A trochę tego było, jako, że kobieta zmienną jest.
Cóż pozostało?
Albo wpisywać na chybił trafił – pogratulowałam sobie w duchu, że nie wymyśliłam loginów typu: gujtkiejsidyj gty679435 i haseł: qwerty1, albo przekopać nieprzebrane pokłady pamięci.
Przeleciałam w myślach swoje nicki z gier, poddając się głębokim medytacjom i zmuszeniu mózgu do wysiłku. Co jako blondynce, nieraz przychodzi mi z wyraźnym trudem (w końcu nie powinno się zanadto odbiegać od stereotypu), mniej więcej takim samym jak wtaczanie przez Syzyfa głazu na górę. Już u szczytu, a tu nagle bęc... Zupełnie jak sex z kolesiem szybko kończącym. Jak to mówią – tak dobrze żarło i zdechło.
Niestety obie metody zawiodły. Kto wie czy nawet sobie czegoś tam nie zablokowałam poprzez to namiętne wpisywanie na chybił trafił literek i cyferek.
Byle nie konta bankowego, bo to już nie byłoby wesołe.
Ciśnienie mi znacznie podrosło.
W grze event, istnieje szansa na wbicie wyższego lvl niż mam, a ja tu obijam się, próbując przypomnieć sobie loginy i hasła, zamiast tłuc moby i robić questy.
Zgrzytnęłam zębami, odpaliłam kolejną fajkę, zrobiłam sobie spory kubek melisy, chociaż nie wiem czy w tym przypadku nie lepsze byłoby opakowanie Relanium i usiadłam przed monitorem, wgapiając się w niego bezmyślnie.
Promyczki słońca przebiły się przez warstwę kurzu zalegającą na szybach i połaskotały w nos, zalewając swoim światłem – oślepiającym w chwili, kiedy nawalasz bossa i nie widzisz co robisz, bo skubane świecą po oczach.
To musiała być naprawdę desperacja, bo przez głowę przemknęło mi w tej chwili tylko jedno.
Trzeba umyć te cholerne okna. Spróbowałam sobie przypomnieć kiedy ostatni raz miało to miejsce. Okazało się, że moja pamięć tak daleko nie sięga.
Pamiętała jednak, że na stres najlepszy jest wysiłek fizyczny...
Dobra – umyłam okna.
Szyby też, aby nie było wątpliwości.
Zmachałam się jak norka, ale zalśniły czystością i zapachem świeżo wypranych firanek.
Słońce wydawało się tym wyraźnie ucieszone i w mieszkaniu zrobiło się jakoś jaśniej.
To ważne dla ludzkości wydarzenie przyczyniło się do tego co nastąpiło później.
Rozejrzałam się po mieszkaniu i doszłam do wniosku, że skoro już dokonałam tak heroicznego czynu jak doprowadzenie okien do porządku, to może w ramach tej bohaterskości zajmę się resztą?
Pokoje mojej młodzieży odpuściłam sobie od razu.
Młoda u siebie ma strefę radioaktywną, a drzwi przypominają wejście do tajnego laboratorium pełnego groźnych wirusów i bakterii szalejących na wolności po całych kilku metrach kwadratowych jej pokoju. Podobno zaprzyjaźnione wyłącznie z Młodą, resztę traktują wrogo.
Nie zamierzałam ryzykować aż tak.
Młody z kolei ma u siebie coś w rodzaju jaskini, zawierającej w środku groźnego, rozdrażnionego niedźwiedzia grizzli. Niedźwiedź ten czasami wydaje podejrzane odgłosy takie jak: „Uważaj, bomba!” „Za tobą!” czy też całą serię zupełnie niezrozumiałych dla obserwatora krzyków.
Czasami wydaje mi się, że ów rozdrażniony grizzli i Młody to jedna i ta sama osoba.
Młody Grizzli dobrowolnie wychyla się z jaskini wyłącznie w celu zaspokojenia podstawowych potrzeb potrzebnych do przetrwania, czyli pozostawienia resztek niestrawionego żarcia w toalecie ( w końcu to nie kot, żeby mu kuwetę w pokoju wstawiać) oraz zdobycia nowych porcji żarcia w lodówce.
Wszelkie inne wyjścia – jak na przykład wygonienie do szkoły, zapędzenie do sprzątania, pomocy w domu itp. – wymagają odpowiedniego kuszenia, wabienia, obłaskawiania, najlepiej dużą porcją spaghetti.
Tak więc, skoro odpuściłam sobie pokoje młodzieży, pozostało mi ogarnięcie reszty mieszkania.
Tu już poszło łatwo i szybko.
Napięcie i stres związane z próbami dostania się na swoje konto zostały znacznie załagodzone, po dokonaniu rytualnego oczyszczenia mieszkania, umycia podłóg, wygonienia ze zlewu kolonii zarazków, próbujących wynaleźć koło, nawet pokusiłam się o wstawienie obiadu, a raczej bardzo późnej kolacji, bo trochę mi na tym sprzątaniu zeszło.
I wtedy mój wzrok padł na jedną z półek z książkami – a te gromadzę namiętnie.
Wychylający się spomiędzy zaczytanych fantasy, obyczajówek, kryminałów i książeczek z humorami, kawałek czegoś różowego, zastanowił mnie.
Sięgnęłam po niego bez wahania.
Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech zadowolenia, radości, błogości i wszystkiego tego, co może świadczyć o nadmiernym upojeniu szczęściem.
Jakbym trafiła szóstkę w totka i to kilkanaście razy pod rząd.
Niepozorny różowy zeszycik był odpowiedzią na moje wszystkie pytania dotyczące loginów i haseł.
Pozostawało pytanie, skąd wziął się w tym miejscu, miast leżeć grzecznie koło kompa, ale pewnie chciałam go schować przed moją młodzieżą.
A już tak mam, że jak coś schowam, to rzadko kiedy się odnajduje.
Moja młodzież domowa już o tym wie i dlatego często z ich ust padają takie słowa:
„Matka, tylko tego broń boże nie chowaj! „ czy też: „Zostaw! Nie ruszaj! To nie może zaginąć!”
Z oczami pełnymi łez wzruszenia przekartkowałam na szybko zeszycik.
Były!
Wszystkie moje passy tam były!
Popatrzyłam ze smutkiem na próbę przygotowania późnej kolacji dla naszej trójki, porwałam kawałek chałwy z lodówki ( w końcu młodzież domowa ma ręce, to coś sobie sama zrobi jak zgłodnieje) i pędem puściłam się w stronę kompa, celem powrotu do środowiska zaprzyjaźnionego, czyli gier, for i netu.
I jak zwykle wsiąkłam.
- Ty, Thori, a może byś tak wróciła do Lorda (jedna z gier)? Miasto rozbudujesz, surki mi wyślesz, zbierze się wojska i zaatakuje jakiegoś cieniasa (na silnych nie porywamy się – nie ma co ryzykować).
- Jasne, stary, jasne – wyszczerzyłam zęby w szerokim uśmiechu. – Zaraz lognę.
I tu mógłby być koniec tej jakże krótkiej, ale treściwej rozmowy.
Komp odpalony, gra też...
Jednak za dobrze byłoby gdyby wszystko poszło gładko.
Dawno nie logowałam się na swoje konto, a po kolejnym z rzędu formacie kompa, który nie wiedzieć dlaczego odmawia posłuszeństwa i komunikacji w momencie, w którym jest potrzebny, jak zwykle utraciłam wszystkie swoje zapisane loginy i hasła.
A trochę tego było, jako, że kobieta zmienną jest.
Cóż pozostało?
Albo wpisywać na chybił trafił – pogratulowałam sobie w duchu, że nie wymyśliłam loginów typu: gujtkiejsidyj gty679435 i haseł: qwerty1, albo przekopać nieprzebrane pokłady pamięci.
Przeleciałam w myślach swoje nicki z gier, poddając się głębokim medytacjom i zmuszeniu mózgu do wysiłku. Co jako blondynce, nieraz przychodzi mi z wyraźnym trudem (w końcu nie powinno się zanadto odbiegać od stereotypu), mniej więcej takim samym jak wtaczanie przez Syzyfa głazu na górę. Już u szczytu, a tu nagle bęc... Zupełnie jak sex z kolesiem szybko kończącym. Jak to mówią – tak dobrze żarło i zdechło.
Niestety obie metody zawiodły. Kto wie czy nawet sobie czegoś tam nie zablokowałam poprzez to namiętne wpisywanie na chybił trafił literek i cyferek.
Byle nie konta bankowego, bo to już nie byłoby wesołe.
Ciśnienie mi znacznie podrosło.
W grze event, istnieje szansa na wbicie wyższego lvl niż mam, a ja tu obijam się, próbując przypomnieć sobie loginy i hasła, zamiast tłuc moby i robić questy.
Zgrzytnęłam zębami, odpaliłam kolejną fajkę, zrobiłam sobie spory kubek melisy, chociaż nie wiem czy w tym przypadku nie lepsze byłoby opakowanie Relanium i usiadłam przed monitorem, wgapiając się w niego bezmyślnie.
Promyczki słońca przebiły się przez warstwę kurzu zalegającą na szybach i połaskotały w nos, zalewając swoim światłem – oślepiającym w chwili, kiedy nawalasz bossa i nie widzisz co robisz, bo skubane świecą po oczach.
To musiała być naprawdę desperacja, bo przez głowę przemknęło mi w tej chwili tylko jedno.
Trzeba umyć te cholerne okna. Spróbowałam sobie przypomnieć kiedy ostatni raz miało to miejsce. Okazało się, że moja pamięć tak daleko nie sięga.
Pamiętała jednak, że na stres najlepszy jest wysiłek fizyczny...
Dobra – umyłam okna.
Szyby też, aby nie było wątpliwości.
Zmachałam się jak norka, ale zalśniły czystością i zapachem świeżo wypranych firanek.
Słońce wydawało się tym wyraźnie ucieszone i w mieszkaniu zrobiło się jakoś jaśniej.
To ważne dla ludzkości wydarzenie przyczyniło się do tego co nastąpiło później.
Rozejrzałam się po mieszkaniu i doszłam do wniosku, że skoro już dokonałam tak heroicznego czynu jak doprowadzenie okien do porządku, to może w ramach tej bohaterskości zajmę się resztą?
Pokoje mojej młodzieży odpuściłam sobie od razu.
Młoda u siebie ma strefę radioaktywną, a drzwi przypominają wejście do tajnego laboratorium pełnego groźnych wirusów i bakterii szalejących na wolności po całych kilku metrach kwadratowych jej pokoju. Podobno zaprzyjaźnione wyłącznie z Młodą, resztę traktują wrogo.
Nie zamierzałam ryzykować aż tak.
Młody z kolei ma u siebie coś w rodzaju jaskini, zawierającej w środku groźnego, rozdrażnionego niedźwiedzia grizzli. Niedźwiedź ten czasami wydaje podejrzane odgłosy takie jak: „Uważaj, bomba!” „Za tobą!” czy też całą serię zupełnie niezrozumiałych dla obserwatora krzyków.
Czasami wydaje mi się, że ów rozdrażniony grizzli i Młody to jedna i ta sama osoba.
Młody Grizzli dobrowolnie wychyla się z jaskini wyłącznie w celu zaspokojenia podstawowych potrzeb potrzebnych do przetrwania, czyli pozostawienia resztek niestrawionego żarcia w toalecie ( w końcu to nie kot, żeby mu kuwetę w pokoju wstawiać) oraz zdobycia nowych porcji żarcia w lodówce.
Wszelkie inne wyjścia – jak na przykład wygonienie do szkoły, zapędzenie do sprzątania, pomocy w domu itp. – wymagają odpowiedniego kuszenia, wabienia, obłaskawiania, najlepiej dużą porcją spaghetti.
Tak więc, skoro odpuściłam sobie pokoje młodzieży, pozostało mi ogarnięcie reszty mieszkania.
Tu już poszło łatwo i szybko.
Napięcie i stres związane z próbami dostania się na swoje konto zostały znacznie załagodzone, po dokonaniu rytualnego oczyszczenia mieszkania, umycia podłóg, wygonienia ze zlewu kolonii zarazków, próbujących wynaleźć koło, nawet pokusiłam się o wstawienie obiadu, a raczej bardzo późnej kolacji, bo trochę mi na tym sprzątaniu zeszło.
I wtedy mój wzrok padł na jedną z półek z książkami – a te gromadzę namiętnie.
Wychylający się spomiędzy zaczytanych fantasy, obyczajówek, kryminałów i książeczek z humorami, kawałek czegoś różowego, zastanowił mnie.
Sięgnęłam po niego bez wahania.
Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech zadowolenia, radości, błogości i wszystkiego tego, co może świadczyć o nadmiernym upojeniu szczęściem.
Jakbym trafiła szóstkę w totka i to kilkanaście razy pod rząd.
Niepozorny różowy zeszycik był odpowiedzią na moje wszystkie pytania dotyczące loginów i haseł.
Pozostawało pytanie, skąd wziął się w tym miejscu, miast leżeć grzecznie koło kompa, ale pewnie chciałam go schować przed moją młodzieżą.
A już tak mam, że jak coś schowam, to rzadko kiedy się odnajduje.
Moja młodzież domowa już o tym wie i dlatego często z ich ust padają takie słowa:
„Matka, tylko tego broń boże nie chowaj! „ czy też: „Zostaw! Nie ruszaj! To nie może zaginąć!”
Z oczami pełnymi łez wzruszenia przekartkowałam na szybko zeszycik.
Były!
Wszystkie moje passy tam były!
Popatrzyłam ze smutkiem na próbę przygotowania późnej kolacji dla naszej trójki, porwałam kawałek chałwy z lodówki ( w końcu młodzież domowa ma ręce, to coś sobie sama zrobi jak zgłodnieje) i pędem puściłam się w stronę kompa, celem powrotu do środowiska zaprzyjaźnionego, czyli gier, for i netu.
I jak zwykle wsiąkłam.
10 listopada 2013
Domowe SPA
Jesienno – zimowa pora nie zawsze nastraja optymistycznie. Chłodne i szare poranki, brak tej wielkiej kuli ogrzewającej ziemię, zwanej popularnie słońcem, sprawiają, że człowiek otwiera rano oczy, w sumie to jedno oko z najwyższym trudem, zastanawiając się czy cokolwiek w życiu ma sens.
A jeśli do tego jeszcze pół nocy wbijało się level w grze, czy czytało ciekawą książkę, to jedynym marzeniem o poranku jest wyrwanie dzwonka i wskazówek natrętnemu budzikowi.
Marzenie zrealizowałam, zapadając na powrót w kojące objęcia Morfeusza.
O tym, że niektóre z nich powinny pozostać nieosiągalnymi uświadomiło mnie drażniące pikanie komórki. Kolejny budzik. Wygrzebałam rękę spod ciepłej kołdry i macając na oślep namierzyłam źródło nieznośnego dźwięku. Wyłączone. Chyba przy okazji pacnęłam w łeb śpiącego psa, na co zareagował niezadowolonym warknięciem.
Jeszcze tego brakowało, aby zwierzę na mnie warczało.
W zupełności wystarczy mi budzik, telefon i domowa młodzież.
Niechętnie zwlokłam się z łóżka, uderzając dużym palcem stopy o nogę stołu, co znacznie przyczyniło się do szerszego otworzenia oczu i wydania z siebie głośnego – jasna cholera!
Za oknem tak jakoś ponuro, a sądząc po szarej masie czegoś, co jeszcze kilka godzin temu było bielutkim śniegiem zalegającym ulice, zapewne zimno.
Wzdrygnęłam się odruchowo.
Na pewno każdy z was wie jak wygląda taki dzień, w którym wstajemy i już wiemy, że szału nie będzie. Mało tego. Jeśli cokolwiek nastąpi to raczej trzęsienie ziemi, huragan, brak humoru, a drażnić będzie nawet oddech przechodnia za oknem. W porównaniu z tym, Ksawery to zaledwie zefirek.
I to był jeden z takich dni.
Z przeciwnościami losu należy walczyć. Z ponurym nastrojem, również.
W końcu nie chcemy wieczorem zliczać liczby dokonanych morderstw, o ile nie jesteśmy zawodowcami czy psychopatami.
A jak poprawić sobie humor?
Postanowiłam wypróbować sposób na domowe SPA.
Dla niezorientowanych w temacie. Spa to popularne określenie zabiegów upiększających, relaksujących, leczniczych itp. W pierwszym i trzecim przypadku nic by już mi nie pomogło, ale drugi wciąż przynosił nadzieję, że zły humor minie.
Zaopatrzyłam się w zestaw kadzidełek, świeczek, wonnych soli, płynów i żeli. Ponoć aromaterapia to doskonały wynalazek.
Początkowy plan zakładał, że wleję płyn do kąpieli do wanny wypełnionej gorącą wodą, zanurzę się w owej pienistej cieczy, zapalę kadzidełka i z książką w dłoni będę się relaksować, wdychając uspokajający zapach lawendy, czy czegoś tam fioletowego, co widniało na opakowaniu kadzidełek. Początkowy plan zakładał również, że łazienka będzie wolna.
Niestety plany mają to do siebie, że czasami lubią się walić.
Mój zaczynał upadać w chwili kiedy usłyszałam dobiegający zza drzwi łazienki okrzyk Gimbusówny:
- Łałłłł! Ale to fajne!
Tu nastąpił hałas świadczący o rozrywaniu opakowań. Zapewne kadzidełek, bo one były zapakowane w coś szeleszczącego.
- I jaki fajny płyn! I świeczki! I żel sobie nowy kupiłaś? A mi to już nic nie kupisz!
- Co mama kupiła? – Młody Grizzli wychylił się ze swojej jaskini i ciężko poczłapał w stronę łazienki. – Eeee, to dla bab – oznajmił, przekonawszy się osobiście, że to nic jadalnego, po czym wrócił na z góry upatrzone pozycje – czytaj: nawalać kolejnego potwora w grze.
- Łazienka zajęta! – rozbrzmiał głosik Gimbusówny, zanim zdążyłam zaprotestować.
Wszystko wskazywało na to, że plan domowego Spa poszedł się... kochać.
Kiedy jednak dziecina opuściła zaparowane pomieszczenie, a do mojego nosa dotarł zapach wonnych soli, obudziła się nadzieja, że nie wszystko jeszcze stracone.
Pognałam do łazienki i zabarykadowałam się w środku.
Ha! Tu was mam! Zdawało się zakrzyczeć ego wrednej matki. Łazienka jest moja!.
Niedługo potem zanurzałam się już w wannie pełnej pachnącej piany. Zamknęłam oczy, odpływając w świat marzeń i wdychałam kojącą woń lawendy.
- Mamooooo! – łomotanie w drzwi wytrąciło mnie z miłego stanu. – No, bo ja muszę do łazienki!
- Wylazłaś stąd niedawno – warknęło ego wrednej matki – Spadaj.
- No, mamooooo! Ale ja muszę po... ręcznik, krem, grzebień, bluzkę z suszarki, tusz do rzęs, dezodorant (wpisać sobie odpowiednią rzecz).
- Spadaj! – ego podniosło głos.
- Mamo! Długo tam jeszcze będziesz? Bo ja muszę, no wiesz... – pod drzwi dotarł Młody Grizzli.
- Pampersy pozakładać! – warknęło ego.
- Mamooooo! – rozbrzmiał błagalny chór głosów.
- @#$%^&
Nie pozostawało nic innego jak zrezygnować z poprawiania humoru za pomocą domowego Spa.
Powarkując niczym rozwścieczony buldog i plując śliną wokoło, wylazłam z łazienki. Łypnęłam groźnie na pociechy, które nie zwróciły najmniejszej uwagi na owo łypnięcie, zbyt zajęte przepychaniem się w drzwiach, walcząc o pierwszeństwo.
Tak... drzwi potem Młody Grizzli wstawił na miejsce i nawet podał Gimbusównie lód, aby przyłożyła do pobitego oka.
Usiadłam przed kompem i zastanowiłam się, czy na drugi raz nie wprowadzić w życie planu B.
Plan ten zakładał zakupienie niezbędnych do relaksowania się rzeczy, zakopanie ich w metalowym sejfie dwa podwórka dalej i przyniesienie do domu dopiero w chwili, kiedy już zaserwuję młodzieży w kolacji porządną porcję środków nasennych, wyłączających ich z aktywności życiowej na kilka godzin.
A wtedy i łazienka wolna i relaks zapewniony.
Może trzeba będzie z niego skorzystać kolejnym razem.
27 października 2013
Jak Gimbusówna przygotowywała się do Halloween
Jesienne wieczory wprawiają człowieka w melancholię. Spływające po szybie krople deszczu kończyły swoją wędrówkę stukotem w czerwony, metalowy parapet. Jedyny żywy i barwny akcent tego szarego dnia. Zasłuchałam się w ów stukot. Miarowy niczym rytm wybijany pałeczkami na werblu.
I całkiem dobrze tak mi się siedziało, popijając pachnącą imbirem herbatę i przeglądając internet. Myśli krążyły swobodnie, zadowolone z niczym nieskrępowanej wolności.
Młody Grizzli tkwił niestrudzenie w swojej jaskini i tylko z rzadka dobiegały stamtąd wrzaski w stylu: Bij go! Bij potwora! Znaczy, że młodzież wybrała się pokonywać bossy i zdobywać lepszy ekwipunek.
Gimbusówna wyszła ze znajomymi. Najpewniej znowu będą po kryjomu podpalać fajki, a może i piw kosztować. Mocniejsze trunki już chyba im się znudziły. Nie chciało mi się już wygłaszać kolejnych kazań na ten temat. Powinnam spisać je wszystkie, albo założyć kartotekę i w odpowiedniej chwili mówić tylko – Dzisiaj kazanie numer 132. Przeczytaj sobie sama.
Odpuściłam.
Czasami dopada człowieka lenistwo.
I tak sobie siedząc rozleniwiona, pijąc herbatę, oddawałam się marzeniom.
Dopiero dobiegające z przedpokoju głośne – Jestem! – wyrwało mnie z błogiego stanu nic nierobienia.
Odruchowo zerknęłam na zegarek.
Gimbusówna rzadko wraca przed ustaloną godziną. Śmiem twierdzić, że wydarzenie takie jest cudem i należałoby je odnotować na kartach historii.
A skoro wróciła...
Westchnęłam ciężko.
To mogło oznaczać wyłącznie jedno. Nadciągają kłopoty w postaci dziecięcia, które będzie czegoś chciało. I na pewno nie będzie to chęć pogłębienia wiedzy zawartej w podręcznikach dla gimbazy czy rzetelnego odrobienia lekcji.
- Jestem już! – wrzasnęło owo dziecię.
Łup! Łup! Odgłos walnięcia w ścianę.
Aha. Dzisiaj nawet buty zdjęte zostały bez przypominania...
Czyli, że kłopoty zaczynały nadciągać coraz ciemniejszą chmurą.
A gdy jeszcze z przedpokoju dobiegło szuranie, świadczące o tym, że Gimbusówna ustawia buty na półce, zrozumiałam, że tego wieczoru mam przechlapane. I diabli wzięli spokojny, melancholijny wieczór.
- Wyprowadzić psa? – głosik dziecięcia wprawił mnie w osłupienie.
Nie to, żebym go nie słyszała wcześniej.
Nietypowe było same pytanie.
W myślach zaczęłam przeliczać ile kasy mam w portfelu. Chęć do wyprowadzenia psa mogła oznaczać, że na dziesięciu złotych się nie skończy.
- Gimbusówna, te fajki palone w krzakach ci zaszkodziły? – zainteresowałam się.
- I ty myślisz, że ja tam palę? No fajne masz zdanie o mnie. – Gimbusówna stanęła na progu mojej samotni i wlepiła we mnie wymalowane ślepia.
Nie dziecino... nie sądzę, że tam palisz... Ja to po prostu wiem...
- Dobra, o co chodzi?
- Bo idziemy zbierać cukierki. I muszę mieć przebranie. I idziemy na domki, bo tam dają. I koleżanki były w zeszłym roku. I uzbierały dużo. Całe dwie reklamówki – wyrzuciło z siebie nieskładnie dziecię.
O dziwo w miarę spokojnym tonem. Chmura nadciągających kłopotów pociemniała, strasząc błyskami piorunów.
- Jakie przebranie i na kiedy?
- No bo Halloween będzie. No co ty tego nie wiesz? I chodzi się i zbiera cukierki. Cukierek albo psikus – zaczęło mi wyjaśniać dziecię.
Tja... Wiem, że będzie... Nie znoszę tego dnia.
I jeśli jakiekolwiek dziecko zastuka mi do drzwi z tekstem „cukierek albo psikus” to w najłagodniejszym przypadku potraktuję je prądem, w najgorszym pokażę się bez makijażu i uczesania. Chcą wieczoru zombie, wiedźm, czarownic, potworów, to będą go miały.
- Jaki to ma być strój? – Zlustrowałam Gimbusównę, zastanawiając się czy w jej przypadku będzie ów strój w ogóle potrzebny.
Nie to, aby była brzydka. Absolutnie. Po prostu sama się oszpeca. A to makijażem rodem z piekła, a to kolczykami w wardze, a to fryzurą, jakby na dworze nieustannie szalała wichura.
- I ja będę czarownicą – oznajmiła radośnie dziecina.
- A to chyba nie musisz się przebierać – wyrwało mi się mało grzecznie.
Gimbusówna zmierzyła mnie lodowatym spojrzeniem. Tak mroźnym, że poczułam jak ciarki zaczynają przebiegać mi po kręgosłupie. W duchu zaklęłam, ganiąc się za nadmierną szczerość.
- Bo ty to wredna jesteś! – Urażona Gimbusówna trzasnęła drzwiami mojej ostoi i pomknęła do swojego pokoju.
Gradowa, czarna chmura, błyskająca piorunami wisiała już nad moją głową, a jeden z nich właśnie zygzakował wprost we mnie.
Nie zdążyłam wstać i otworzyć drzwi, kiedy te otworzyły się z impetem i wpadło przez nie rozwścieczone nieopatrznie dziecię.
- To puść mnie do kina! – z gardziołka Gimbusówny wydobyły się znajome tony, świadczące o tym, że przystąpiła do ataku. – Bo oni idą, to ja też! I jest cała noc filmów za pięćdziesiąt złotych! I jak ktoś przyjdzie w przebraniu, to płaci tylko dwadzieścia pięć! I ja idę! I daj mi! Bo promocja jest, to zapłacisz mniej! – W oczkach dzieciny mignęła chęć mordu.
- Oni idą... Sprecyzuj słowo „oni” – poprosiłam grzecznie, starając się uniknąć lecącego piorunu.
Gimbusówna popatrzyła jakby pierwszy raz mnie widziała. No tak, użyłam wyrazu, którego mogła nie zrozumieć.
- Kto idzie do tego kina? – spytałam w bardziej przystępny sposób.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy dziecię zrozumiało o co pytam i zaczęło wyliczać osoby pragnące wziąć udział w promocji filmowej. Ku rozpaczy Gimbusówny osoby owe zajmują wysokie miejsca na mojej prywatnej czarnej liście.
- Dobra, młoda... – Zastanowiłam się – To już może lepiej idźcie te cukierki zbierać – zaproponowałam, wybierając mniejsze zło. – Przebranie wypożyczymy, albo zdążę coś uszyć – Zaliczą mi to w niebie jako dobry uczynek?
- I ja nie chcę iść po te cukierki! Chcę iść z nimi do kina! Bo wszyscy idą! I tylko ja nie pójdę! I muszę mieć strój! I daj mi te dwadzieścia pięć złotych! Co to jest dla ciebie! Znowu mi żałujesz! – dziecię zaatakowało wrzaskliwym głosem, a piorun zamigotał mi przed oczami.
Nie zdążyłam wymyślić odpowiedzi, kiedy drzwi mojego pokoju, zamknęły się z hukiem, kalendarz wiszący na ścianie spadł, a dziecina oddaliła się w swoją strefę radioaktywną.
Westchnęłam ciężko i zapaliłam papierosa.
Znając życie zapewne za chwilę przycwałuje z kolejnym pomysłem. Wiele się nie pomyliłam.
Wypaliłam papierosa, powiesiłam z powrotem kalendarz, przy okazji zerkając z przyjemnością na ciało październikowego modela, gdy drzwi otworzyły się, pchnięte łapką dzieciny.
- A znasz jakiś horror? – spytało spokojnie, jakby puszczając w niepamięć niedawne starcie. – Tylko straszny – podkreśliło.
- Znam. Ciebie – Przezornie zachowałam tę myśl dla siebie.
Pokręciłam przecząco głową.
Temat Halloween pozostał nierozstrzygnięty.
20 października 2013
Jak Gimbusówna szukała legitymacji
Spokojne, leniwe popołudnie. Promienie jesiennego słoneczka zaglądały leniwie przez okno, kładąc się jasną smugą na panelach. Wirujące w ich poświacie drobinki kurzu przypominały, że wypadałoby wreszcie włączyć odkurzacz i zrobić porządek. Parująca na biurku kawa, włączony komputer i potwory w grze, które należało ubić, aby zdobyć kolejny level, kusiły obietnicą porządnego dropu. O wiele ciekawszego niż to, co mogło wypaść z odkurzacza po porządkach. Decyzję mogłam podjąć jedną.
Gramy, sprzątanie poczeka.
Gimbusówna poszła ze znajomymi, Młody Grizzli zaszył się w swojej jaskini, czyli że nikt nie będzie mi przeszkadzał – pomyślałam z satysfakcją wciskając spację, aby załatwić kolejnego potwora.
Gdyby w życiu realnym była taka możliwość... Wciśnięcie spacji i potwora nie ma. Chyba większa część ludzkości musiałaby kupować co miesiąc nowe klawiatury. Bądź wymieniać ów podłużny przycisk. Chociaż czterysta sześćdziesiąt kliknięć nie powinno wyrządzić wielkich szkód. Na fejsie więcej lajków leci.
I popołudnie pozostałoby miłym, spokojnym i leniwym, gdyby drzwi wejściowe nie otworzyły się z wielkim hukiem i do środka nie wpadło dziecię nastoletnie.
- Jedziemy do kina! – oznajmiło, wpadając do swojego pokoju.
Zapewne celem przebrania się, jak miało to zwyczaj czynić kilka, a czasami kilkanaście razy dziennie. Oczami wyobraźni widziałam już kolejną stertę prania piętrzącą się w łazience, wypełzającą z kosza na brudną bieliznę, zwieńczoną stojącymi skarpetkami Młodego Grizzli.
- Jedźcie – zgodziłam się, upatrując w niespodziewanym wypadzie do kina, możliwości na spędzenie reszty popołudnia w naprawdę miłym nastroju.
- Kasę mi daj! – wrzasnęło dziecię, przekopując się przez nagromadzone na tapczanie złoża ubrań.
- I legitymację zabierz – mruknęłam, szukając wzrokiem portfela.
Wprost niesamowite, że za trzydzieści złotych można kupić kilka godzin spokoju.
Dźwięki szurania, przesuwania, zrzucania czegoś na podłogę świadczyły o tym, że Gimbusówna obleka swoje ciało w czyste ciuchy. I szuka legitymacji. Słowa, nie pasujące do obrazu grzecznej nastolatki (którą dziecię i tak nie było), a które zaczęły coraz głośniej dobiegać z pokoju, wywołały leciutki, złośliwy uśmiech na twarzy wrednej matki.
Ubiłam kolejnego potwora w grze, zastanawiając się kiedy poszukiwania legitymacji zakończą się głośnym wrzaskiem.
Długo nie musiałam czekać.
- Nie mam! – do moich uszu dotarł paniczny głos Gimbusówny.
- Cóż malutka, no to masz problem – mruknęłam znad klawiatury. – Poszukaj dokładnie! – odkrzyknęłam, chowając trzydzieści złotych z powrotem do portfela.
Spokojne, leniwe popołudnie i randka z potworami zaczynała odpływać w przeszłość.
Problem legitymacji przerabiałyśmy już kilkadziesiąt razy. Za każdym razem kosztowało mnie to opłatę za zdjęcia i wyrobienie nowej.
Jak to jest, że inne dzieci nie gubią tego małego, sztywnego kartoniku w kolorze brudnego różu, bądź wyblakłego różu, a moje dziecię czyni to z godnym podziwu zaparciem?
Gdyby owo zaparcie towarzyszyło zdobywaniu wiedzy nie miałabym nic przeciwko.
- No i wygląda na to, że nie jedziesz – mruknęła wredna matka, wyłączając grę.
- Pojadę bez! – oznajmiła Gimbusówna wychylając się ze swojego pokoju.
- Jeśli tylko podasz mi naprawdę konkretny powód dla którego mam zapłacić za ciebie, jak za osobę dorosłą, czyli jakieś dwa razy więcej, wliczając w to bilety autobusowe.
- Bo chcę!
Bo ty chcesz... Gdybyś tylko wiedziała czego ja chcę... A nie, pewne rzeczy lepiej aby pozostały dla ciebie tajemnicą. Jeszcze mogłabyś się nabawić jakiejś fobii. Z mojego umysłu zniknęła wizja związanej, zakneblowanej Gimbusówny, zamkniętej na głucho w piwnicy.
- Użyj innego - zaproponowałam wspaniałomyślnie.
- No co ty matka, ja muszę pojechać, wszyscy znajomi jadą, nowy film wszedł, chcemy go obejrzeć, gdzie jest mój lakier, bo muszę jeszcze grzywkę poprawić, kupimy sobie popcorn i colę, widziałaś puder bo pryszcz mi wyskoczył, dawno w kinie nie byłam, wrócę przed dziesiątą wieczorem, pożycz mi tusz do rzęs – przebiegła przez przedpokój, dopadając łazienki.
- Wciąż nie jestem przekonana – mruknęłam.
Wzmianka o kosmetykach sprawiła, że moje myśli skierowały się mimowolnie w stronę zamkniętej kosmetyczki zawierającej te drogocenne skarby, ukrytej głęboko przed chciwymi łapskami Gimbusówny. Zadrżałam z niepokoju, że dziecię mogło przypadkowo odkryć skrytkę. Eee nie – zganiłam się w myślach – zabetonowałaś na podwórku koło trzepaka. Nie znajdzie.
- Daj mi kasę! – Gimbusówna zmaterializowała się obok mnie, wyciągając rękę.
- Legitymacja – wyciągnęłam swoją.
- No matka! Nie mam!
- Sorry, Winnetou – użyłam powiedzonka z lat młodości. – Nie jedziesz. Tyle razy tłumaczyłam, że legitymacja jest twoim dokumentem tożsamości, prawda? – skoro z ust dziecięcia może padać słowotok to i ja sobie na niego pozwolę – Takim samym jak dowód osobisty, prawo jazdy, paszport. Zawiera twoje dane, których ktoś może użyć podszywając się pod ciebie. I co wtedy? Wystarczy, że znajdzie się osoba podobna do ciebie z twarzy, użyje twojej legitymacji i na przykład przy włamaniu do kiosku, dajmy na to w Krakowie, poda się za ciebie. A potem my, bo jako twój prawny opiekun, rodzic, będę musiała jechać z tobą, będziemy zmuszone tłuc się pociągami na przesłuchania, rozprawy i nie wiadomo co jeszcze. A jak chcesz jechać pociągiem nie mając legitymacji? Do tego owa legitymacja upoważnia cię do zniżkowych przejazdów, biletów w kinie. Bez niej płacisz jak dorosły. Domagasz się ode mnie pieniędzy, ale sama nie pomyślisz o tym, aby je zaoszczędzić.
Dziecię patrzyło na mnie z miną kota srającego na puszczy. Trybiki w mózgu pewnie usiłowały coś pojąć z mojego wywodu, jednak sprawiało to najwyraźniej ból.
- Bo zapomniałam jej! – poinformowało dziecię
- Gdzie zapomniałaś?
- No w szkole! W szafce!
- To idź po nią. W szkole są jeszcze panie woźne, kluczyk do szafki masz – podsunęłam rozwiązanie problemu.
- Ale w szafce Izy!
- To idź do Izy po kluczyk, a potem do szkoły.
- Ale Iza jest w Krakowie!
Coś za często ten Kraków zaczyna mi się pojawiać. Jak nic, nabawię się urazu.
- To poczekaj aż wróci – rzuciłam, czując, że zaczyna mnie ogarniać zniecierpliwienie.
- Ale ona wraca w poniedziałek!
- Posłuchaj Gimbusówna – spojrzałam na nią nieprzyjemnie. Kawa zdążyła wystygnąć, zresztą i tak nie była już potrzebna. – W poniedziałek skontaktujesz się z Izą, otworzy ci szafkę i weźmiesz swoją legitymację. – wyjaśniłam najprościej jak mogłam
- Ale kino jest dzisiaj!
- Kino stoi dzisiaj, będzie stało jutro i pojutrze i myślę, że o ile ktoś nie podłoży bomby i wysadzi go w powietrze, to postoi jeszcze kilka lat.
- Bo ty mi na nic nie pozwalasz! Żałujesz mi paru groszy! Co cię zbawi jak dasz mi więcej pieniędzy! – Gimbusówna zaczęła się rozkręcać.
Westchnęłam ciężko.
Wstałam, podeszłam do szafy, wyjęłam leżący w niej segregator, a z niego wypchaną kopertę A-4 pełną sztywnych kartoników bladoróżowych bądź brudnoróżowych, uzbieranych na przestrzeni ośmiu lat edukacji Gimbusówny. Nie wiem po co wciąż je trzymałam. Może dla chwil takich jak ta.
Odnajdywały się po czasie pod szafami, pod dywanem, wciśnięte na dnie kosza do prania. Niektóre wyciągałam z pralki po uprzednim odwirowaniu. Innymi pies się dożywiał. Te potłuszczone wędrowały z Gimbusówną w pojemnikach na śniadanie, taplając się radośnie w roztopionym maśle i kremie czekoladowym. Niektóre były zupełnie czyste. Te podróżowały w torbach, plecakach jej koleżanek i kolegów ze szkoły, kiedy Gimbusówna prosiła o ich przechowanie.
Wrednie otworzyłam kopertę i wysypałam legitymacje na stół.
- Wybierz sobie – rzuciłam jadowicie.
- Ale te są stare! Nieaktualne! – wrzasnęło dziecię.
- To sobie zaktualizujesz kolejną w szkole – pozbierałam sztywne kartoniki – Zdjęcie i pieniądze na załatwienie sprawy, dam ci rano.
- Czyli nie jadę! – Gimbusówna wlepiła we mnie niebieskie ślepia.
- Nie jedziesz – odparłam spokojnie.
- Wredna jesteś!
Dziecię wybiegło z pokoju, trzaskając drzwiami.
- Ano jestem – przyznałam cicho, włączając na powrót komputer.
Gramy, sprzątanie poczeka.
Gimbusówna poszła ze znajomymi, Młody Grizzli zaszył się w swojej jaskini, czyli że nikt nie będzie mi przeszkadzał – pomyślałam z satysfakcją wciskając spację, aby załatwić kolejnego potwora.
Gdyby w życiu realnym była taka możliwość... Wciśnięcie spacji i potwora nie ma. Chyba większa część ludzkości musiałaby kupować co miesiąc nowe klawiatury. Bądź wymieniać ów podłużny przycisk. Chociaż czterysta sześćdziesiąt kliknięć nie powinno wyrządzić wielkich szkód. Na fejsie więcej lajków leci.
I popołudnie pozostałoby miłym, spokojnym i leniwym, gdyby drzwi wejściowe nie otworzyły się z wielkim hukiem i do środka nie wpadło dziecię nastoletnie.
- Jedziemy do kina! – oznajmiło, wpadając do swojego pokoju.
Zapewne celem przebrania się, jak miało to zwyczaj czynić kilka, a czasami kilkanaście razy dziennie. Oczami wyobraźni widziałam już kolejną stertę prania piętrzącą się w łazience, wypełzającą z kosza na brudną bieliznę, zwieńczoną stojącymi skarpetkami Młodego Grizzli.
- Jedźcie – zgodziłam się, upatrując w niespodziewanym wypadzie do kina, możliwości na spędzenie reszty popołudnia w naprawdę miłym nastroju.
- Kasę mi daj! – wrzasnęło dziecię, przekopując się przez nagromadzone na tapczanie złoża ubrań.
- I legitymację zabierz – mruknęłam, szukając wzrokiem portfela.
Wprost niesamowite, że za trzydzieści złotych można kupić kilka godzin spokoju.
Dźwięki szurania, przesuwania, zrzucania czegoś na podłogę świadczyły o tym, że Gimbusówna obleka swoje ciało w czyste ciuchy. I szuka legitymacji. Słowa, nie pasujące do obrazu grzecznej nastolatki (którą dziecię i tak nie było), a które zaczęły coraz głośniej dobiegać z pokoju, wywołały leciutki, złośliwy uśmiech na twarzy wrednej matki.
Ubiłam kolejnego potwora w grze, zastanawiając się kiedy poszukiwania legitymacji zakończą się głośnym wrzaskiem.
Długo nie musiałam czekać.
- Nie mam! – do moich uszu dotarł paniczny głos Gimbusówny.
- Cóż malutka, no to masz problem – mruknęłam znad klawiatury. – Poszukaj dokładnie! – odkrzyknęłam, chowając trzydzieści złotych z powrotem do portfela.
Spokojne, leniwe popołudnie i randka z potworami zaczynała odpływać w przeszłość.
Problem legitymacji przerabiałyśmy już kilkadziesiąt razy. Za każdym razem kosztowało mnie to opłatę za zdjęcia i wyrobienie nowej.
Jak to jest, że inne dzieci nie gubią tego małego, sztywnego kartoniku w kolorze brudnego różu, bądź wyblakłego różu, a moje dziecię czyni to z godnym podziwu zaparciem?
Gdyby owo zaparcie towarzyszyło zdobywaniu wiedzy nie miałabym nic przeciwko.
- No i wygląda na to, że nie jedziesz – mruknęła wredna matka, wyłączając grę.
- Pojadę bez! – oznajmiła Gimbusówna wychylając się ze swojego pokoju.
- Jeśli tylko podasz mi naprawdę konkretny powód dla którego mam zapłacić za ciebie, jak za osobę dorosłą, czyli jakieś dwa razy więcej, wliczając w to bilety autobusowe.
- Bo chcę!
Bo ty chcesz... Gdybyś tylko wiedziała czego ja chcę... A nie, pewne rzeczy lepiej aby pozostały dla ciebie tajemnicą. Jeszcze mogłabyś się nabawić jakiejś fobii. Z mojego umysłu zniknęła wizja związanej, zakneblowanej Gimbusówny, zamkniętej na głucho w piwnicy.
- Użyj innego - zaproponowałam wspaniałomyślnie.
- No co ty matka, ja muszę pojechać, wszyscy znajomi jadą, nowy film wszedł, chcemy go obejrzeć, gdzie jest mój lakier, bo muszę jeszcze grzywkę poprawić, kupimy sobie popcorn i colę, widziałaś puder bo pryszcz mi wyskoczył, dawno w kinie nie byłam, wrócę przed dziesiątą wieczorem, pożycz mi tusz do rzęs – przebiegła przez przedpokój, dopadając łazienki.
- Wciąż nie jestem przekonana – mruknęłam.
Wzmianka o kosmetykach sprawiła, że moje myśli skierowały się mimowolnie w stronę zamkniętej kosmetyczki zawierającej te drogocenne skarby, ukrytej głęboko przed chciwymi łapskami Gimbusówny. Zadrżałam z niepokoju, że dziecię mogło przypadkowo odkryć skrytkę. Eee nie – zganiłam się w myślach – zabetonowałaś na podwórku koło trzepaka. Nie znajdzie.
- Daj mi kasę! – Gimbusówna zmaterializowała się obok mnie, wyciągając rękę.
- Legitymacja – wyciągnęłam swoją.
- No matka! Nie mam!
- Sorry, Winnetou – użyłam powiedzonka z lat młodości. – Nie jedziesz. Tyle razy tłumaczyłam, że legitymacja jest twoim dokumentem tożsamości, prawda? – skoro z ust dziecięcia może padać słowotok to i ja sobie na niego pozwolę – Takim samym jak dowód osobisty, prawo jazdy, paszport. Zawiera twoje dane, których ktoś może użyć podszywając się pod ciebie. I co wtedy? Wystarczy, że znajdzie się osoba podobna do ciebie z twarzy, użyje twojej legitymacji i na przykład przy włamaniu do kiosku, dajmy na to w Krakowie, poda się za ciebie. A potem my, bo jako twój prawny opiekun, rodzic, będę musiała jechać z tobą, będziemy zmuszone tłuc się pociągami na przesłuchania, rozprawy i nie wiadomo co jeszcze. A jak chcesz jechać pociągiem nie mając legitymacji? Do tego owa legitymacja upoważnia cię do zniżkowych przejazdów, biletów w kinie. Bez niej płacisz jak dorosły. Domagasz się ode mnie pieniędzy, ale sama nie pomyślisz o tym, aby je zaoszczędzić.
Dziecię patrzyło na mnie z miną kota srającego na puszczy. Trybiki w mózgu pewnie usiłowały coś pojąć z mojego wywodu, jednak sprawiało to najwyraźniej ból.
- Bo zapomniałam jej! – poinformowało dziecię
- Gdzie zapomniałaś?
- No w szkole! W szafce!
- To idź po nią. W szkole są jeszcze panie woźne, kluczyk do szafki masz – podsunęłam rozwiązanie problemu.
- Ale w szafce Izy!
- To idź do Izy po kluczyk, a potem do szkoły.
- Ale Iza jest w Krakowie!
Coś za często ten Kraków zaczyna mi się pojawiać. Jak nic, nabawię się urazu.
- To poczekaj aż wróci – rzuciłam, czując, że zaczyna mnie ogarniać zniecierpliwienie.
- Ale ona wraca w poniedziałek!
- Posłuchaj Gimbusówna – spojrzałam na nią nieprzyjemnie. Kawa zdążyła wystygnąć, zresztą i tak nie była już potrzebna. – W poniedziałek skontaktujesz się z Izą, otworzy ci szafkę i weźmiesz swoją legitymację. – wyjaśniłam najprościej jak mogłam
- Ale kino jest dzisiaj!
- Kino stoi dzisiaj, będzie stało jutro i pojutrze i myślę, że o ile ktoś nie podłoży bomby i wysadzi go w powietrze, to postoi jeszcze kilka lat.
- Bo ty mi na nic nie pozwalasz! Żałujesz mi paru groszy! Co cię zbawi jak dasz mi więcej pieniędzy! – Gimbusówna zaczęła się rozkręcać.
Westchnęłam ciężko.
Wstałam, podeszłam do szafy, wyjęłam leżący w niej segregator, a z niego wypchaną kopertę A-4 pełną sztywnych kartoników bladoróżowych bądź brudnoróżowych, uzbieranych na przestrzeni ośmiu lat edukacji Gimbusówny. Nie wiem po co wciąż je trzymałam. Może dla chwil takich jak ta.
Odnajdywały się po czasie pod szafami, pod dywanem, wciśnięte na dnie kosza do prania. Niektóre wyciągałam z pralki po uprzednim odwirowaniu. Innymi pies się dożywiał. Te potłuszczone wędrowały z Gimbusówną w pojemnikach na śniadanie, taplając się radośnie w roztopionym maśle i kremie czekoladowym. Niektóre były zupełnie czyste. Te podróżowały w torbach, plecakach jej koleżanek i kolegów ze szkoły, kiedy Gimbusówna prosiła o ich przechowanie.
Wrednie otworzyłam kopertę i wysypałam legitymacje na stół.
- Wybierz sobie – rzuciłam jadowicie.
- Ale te są stare! Nieaktualne! – wrzasnęło dziecię.
- To sobie zaktualizujesz kolejną w szkole – pozbierałam sztywne kartoniki – Zdjęcie i pieniądze na załatwienie sprawy, dam ci rano.
- Czyli nie jadę! – Gimbusówna wlepiła we mnie niebieskie ślepia.
- Nie jedziesz – odparłam spokojnie.
- Wredna jesteś!
Dziecię wybiegło z pokoju, trzaskając drzwiami.
- Ano jestem – przyznałam cicho, włączając na powrót komputer.
13 października 2013
Jak Gimbusówna uczyła się grać na keyboardzie
Pisałam już, że lubię spokój. I ciszę. A nade wszystko ciszę i spokój. Jednak uzyskanie tych dwóch rzeczy w przypadku, kiedy mieszka się z Gimbusówną jest trudno osiągalne. Bardzo trudno. Oczywiście wyjściem byłoby związanie, zakneblowanie Gimbusówny, wrzucenie w czarną otchłań piwnicy, a na dodatek zamurowanie wejścia do owych współczesnych lochów. Jednak nie wiem co na to Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami. Sąsiadom też mogą się nie spodobać nieplanowane przeróbki remontowe.
A zaczęło się zupełnie niewinnie.
- Mamooooo! – wysoki ton głosu dziecięcia świadczył o tym, że będzie czegoś chciało.
- Nie mam kasy – rzuciłam odruchowo znad klawiatury, nawet już nie zaprzątając sobie głowy tym, czego dziecina może chcieć. I tak zawsze chce kasę. Na co? Nie wiem, nie daję jej przecież. A przynajmniej nie daję dobrowolnie.
- Mamoooooo! – piskliwe, wysokie tony zbliżały się do mojej jedynej ostoi w mieszkaniu, czyli mojego pokoiku.
- Nie mam! – odkrzyknęłam, pragnąc w duchu zatkać czymś otwór gębowy Gimbusówny, z którego wydobywały się świdrujące przestrzeń, dźwięki.
- Mamoooooo! – zawyło mi nad uchem, zmuszając mnie do przeniesienia wzroku znad klawiatury na latorośl. – A te klawisze na szafie to twoje?
- Nooo – mruknęłam mało grzecznie.
- To ja je sobie pożyczę – oznajmiło dziecię, wprawiając mnie tymi słowy w zdumienie.
Naprawdę nie wzięło samo bez pozwolenia?
Zaraz, zaraz!
To moje klawisze. MOJE. I dlaczego niby mam je oddawać w chciwe łapki Gimbusówny? Jak zabierze je do siebie do pokoju, to zginą. Przepadną w otchłani bałaganu. Mimo swojej wielkości. Całe cztery gamy. A może pięć? Nie pamiętam. Lata już leżą schowane.
- Nie ma zasilacza – przypomniało mi się, dlaczego już dawno na nich nie grałam – Przepadł, spalił się, ufo go porwało.
- Ja mam zasilacz! – wypaliła radośnie Gimbusówna.
Popatrzyłam na nią z niedowierzaniem.
- Dobra. Bierz i spadaj – zgodziłam się, wracając do swoich tekstów.
Dziecię z gracją pijanej łani z plączącymi się nogami, pognało do siebie, targając ze sobą pudło z keyboardem.
Będzie chwila spokoju. Zasilacz, który Gimbusówna skądś wytrzasnęła na pewno nie będzie działał. No bo niby dlaczego miałoby działać coś, co kiedyś było ładowarką? Zacznie szukać po fejsie, allegro, tablicy czy innych portalach, podobnego. Na pewno nie znajdzie, ale będzie miała zajęcie na jakiś czas. A ja spokój. I ciszę.
Nie doceniłam inteligencji producentów.
O tym, że dało się do klawiszy podłączyć starą ładowarkę telefoniczną, a może to był stary zasilacz modemu, przekonał mnie piskliwy dźwięk dobywający się z pokoju dziecięcia. Tym razem nie ono piszczało, a klawisze, kiedy sprawdzana była różnorodność wydawanych przez nie dźwięków.
Na usta cisnęło mi się w tej chwili to, co zwykle w komiksach zastąpione jest znaczkami: !@#$%^&.
Spokój i cisza odeszły w zapomnienie.
A ja stanęłam w obliczu wizji stukających do drzwi policjantów, których wezwali sąsiedzi oburzeni zakłócaniem ciszy nocnej. Bo do diaska dawno już było po dwudziestej drugiej! Gmbusówna! Ty już powinnaś spać! A przynajmniej udawać, że śpisz, abym miała spokój.
I upragnioną ciszę.
Musiałam ruszyć swoje leniwe cztery literki i wejść w strefę radioaktywną, jaką zwykle stanowi pokój Gimbusówny.
Przywitałam się w drzwiach z zastępem bakterii (czyt. poślizgnęłam się na pięciodniowej kanapce, która wypełzała spod tapczanu), wyjaśniłam cel swojej wizyty (przekrzykując hałas udało mi się oznajmić, że jest zdecydowanie za głośno) i przedarłam się przez ostre ciernie porastających podłogę chaszczy (udało mi się nie poślizgnąć na batoniku, opakowaniach po chrupkach, a nawet pięknym slalomem ominęłam stertę ręczników, bluzek i czegoś, co kiedyś było skarpetkami).
Dotarłam do keyboardu.
Volume. Na minimum. Od razu. Szybkim, zdecydowanym ruchem.
- Gimbusówna – pokazałam jej ów suwak – To jest jeden z najważniejszych przycisków na tym sprzęcie – zaczęłam wyjaśniać. – Zaraz po Off – pokazałam palcem – wskazane, abyś korzystała z nich jak najczęściej.
Pokazałam jak to zrobić, w efekcie czego zapadła upragniona cisza.
- Mamoooo! – znowu wycie. Będzie czegoś chciała. – A nauczysz mnie grać?
Tym pytaniem wprawiła mnie w osłupienie. Przysiadłam z wrażenia na tapczanie. To znaczy zamierzałam przysiąść, ale w ostatniej chwili uświadomiłam sobie, że mogłabym już nie odkleić się od niego. A pozostanie na dłużej w strefie radioaktywnej, bez specjalnego kombinezonu i maski, stanowiło czynność wielce heroiczną. Skłonności do nieuzasadnionego bohaterstwa nie miałam nigdy.
- Yyyy.... Eeeee – wyartykułowałam z trudem.
- Bo ty kiedyś grałaś, to umiesz! I widziałam, że śpiewniki masz! I sama kiedyś mówiłaś, że umiesz! I że mi pokażesz!
Całkiem możliwe, że kiedyś takie słowa padły z moich ust. Tyle, że to było jeszcze wtedy, kiedy wierzyłam, że Gimbus to zagubiony nastolatek, a nie stan umysłu.
- To ja ci dam książeczkę z nutami, podręcznik do nauki gry itp. – zamierzałam się ewakuować.
- I ja to mam przeczytać? – zdziwiło się dziecię.
Nie skarbie. Możesz tam pooglądać wyłącznie obrazki.
- Wygląda na to, że tak – odparłam, wprawiając Gimbusównę w przyspieszoną depresję.
- I może jeszcze nauczyć się tych nut? – spytała, ze strachem malującym się na twarzyczce.
Ależ nie... skarbie... Nuty same się zagrają. A jeśli nie będziesz rozróżniała „Do” od „Sol” to naprawdę nie sprawi to nikomu wielkiej różnicy. Zresztą, skoro w szkole od tylu lat nie sprawiało to twojej pani od muzyki...
- A jak inaczej chcesz cokolwiek zagrać?
- No nie wiem – mruknęło dziecię.
Przytargałam podręczniki, pokazałam co i jak, prosząc o ściszenie dźwięku, a najlepiej założenie słuchawek. Niestety producent słuchawek nie był tak inteligentny jak ten od ładowarko-zasilacza i wejście nie pasowało.
Gimbusówna miała zajęcie.
A ja zyskałam pewność, że siedząc w domu nie rozrabia na podwórku, czy imprezie.
I nawet skłonna byłam złożyć na ołtarzu ulubiony spokój i ciszę, by trwało to jak najdłużej.
Czyli w przypadku dziecięca – może z jakieś dwie godziny.
Dziecię szybko się nudzi.
Nie przewidziałam jednego.
Gimbusównie nauka gry spodobała się.
Do tego stopnia, że po kilku dniach katowania moich uszu melodyjkami znalezionymi w necie, ja sama, osobiście miałam ochotę wywalić keyboard przez okno.
Pozostawało nałożyć słuchawki, włączyć ulubioną muzykę i spróbować skupić się na pisaniu, co też uczyniłam.
Tyle, że nawet muzyka w słuchawkach nie zagłuszała wrzasków z pokoju Gimbusówny.
- Mamooooo! A gdzie jest nuta „Si”?
- Mamooooo! A mi to nie wychodzi!
- Mamooooo! A znasz ten kawałek?
- Mamooooo! A dlaczego tu jest inaczej niż w necie?
- Mamooooo! Mamooooo! Mamooooo!
Popatrzyłam smętnie na monitor.
Spokój i cisza. Tylko tyle. Spokój i cisza.
- Gimbusówna, może wyjdziesz na podwórko spotkać się ze znajomymi? – zaproponowałam.
- Gram! – odparło dziecię, kolejny raz męcząc niemiłosiernie soundtrack Harry Pottera.
Cóż jednym palcem, to sobie można w nosie podłubać, a nie skakać po klawiszach.
Skoro przeżyłam odgłosy pewnej klockowej gry, to pewnie i to przeżyję.
Tyle, że moja psychika po tygodniu miała zupełnie inne zdanie. I zaprotestowała. Ostro.
- !@#$%^& ! Wyłącz to wreszcie! Przestań grać! – wrzasnęłam ze swojego pokoju, słysząc po raz tysięczny, a może milionowy, początek Harryego P.
- Ale ja film włączyłam. Z płytki. Sama mi ją kupiłaś – wyjaśniła Gimbusówna.
Nigdy już nie obejrzę tego filmu, mimo sympatii do Severusa Snape'a.
Nieszczęsny kawałek
A zaczęło się zupełnie niewinnie.
- Mamooooo! – wysoki ton głosu dziecięcia świadczył o tym, że będzie czegoś chciało.
- Nie mam kasy – rzuciłam odruchowo znad klawiatury, nawet już nie zaprzątając sobie głowy tym, czego dziecina może chcieć. I tak zawsze chce kasę. Na co? Nie wiem, nie daję jej przecież. A przynajmniej nie daję dobrowolnie.
- Mamoooooo! – piskliwe, wysokie tony zbliżały się do mojej jedynej ostoi w mieszkaniu, czyli mojego pokoiku.
- Nie mam! – odkrzyknęłam, pragnąc w duchu zatkać czymś otwór gębowy Gimbusówny, z którego wydobywały się świdrujące przestrzeń, dźwięki.
- Mamoooooo! – zawyło mi nad uchem, zmuszając mnie do przeniesienia wzroku znad klawiatury na latorośl. – A te klawisze na szafie to twoje?
- Nooo – mruknęłam mało grzecznie.
- To ja je sobie pożyczę – oznajmiło dziecię, wprawiając mnie tymi słowy w zdumienie.
Naprawdę nie wzięło samo bez pozwolenia?
Zaraz, zaraz!
To moje klawisze. MOJE. I dlaczego niby mam je oddawać w chciwe łapki Gimbusówny? Jak zabierze je do siebie do pokoju, to zginą. Przepadną w otchłani bałaganu. Mimo swojej wielkości. Całe cztery gamy. A może pięć? Nie pamiętam. Lata już leżą schowane.
- Nie ma zasilacza – przypomniało mi się, dlaczego już dawno na nich nie grałam – Przepadł, spalił się, ufo go porwało.
- Ja mam zasilacz! – wypaliła radośnie Gimbusówna.
Popatrzyłam na nią z niedowierzaniem.
- Dobra. Bierz i spadaj – zgodziłam się, wracając do swoich tekstów.
Dziecię z gracją pijanej łani z plączącymi się nogami, pognało do siebie, targając ze sobą pudło z keyboardem.
Będzie chwila spokoju. Zasilacz, który Gimbusówna skądś wytrzasnęła na pewno nie będzie działał. No bo niby dlaczego miałoby działać coś, co kiedyś było ładowarką? Zacznie szukać po fejsie, allegro, tablicy czy innych portalach, podobnego. Na pewno nie znajdzie, ale będzie miała zajęcie na jakiś czas. A ja spokój. I ciszę.
Nie doceniłam inteligencji producentów.
O tym, że dało się do klawiszy podłączyć starą ładowarkę telefoniczną, a może to był stary zasilacz modemu, przekonał mnie piskliwy dźwięk dobywający się z pokoju dziecięcia. Tym razem nie ono piszczało, a klawisze, kiedy sprawdzana była różnorodność wydawanych przez nie dźwięków.
Na usta cisnęło mi się w tej chwili to, co zwykle w komiksach zastąpione jest znaczkami: !@#$%^&.
Spokój i cisza odeszły w zapomnienie.
A ja stanęłam w obliczu wizji stukających do drzwi policjantów, których wezwali sąsiedzi oburzeni zakłócaniem ciszy nocnej. Bo do diaska dawno już było po dwudziestej drugiej! Gmbusówna! Ty już powinnaś spać! A przynajmniej udawać, że śpisz, abym miała spokój.
I upragnioną ciszę.
Musiałam ruszyć swoje leniwe cztery literki i wejść w strefę radioaktywną, jaką zwykle stanowi pokój Gimbusówny.
Przywitałam się w drzwiach z zastępem bakterii (czyt. poślizgnęłam się na pięciodniowej kanapce, która wypełzała spod tapczanu), wyjaśniłam cel swojej wizyty (przekrzykując hałas udało mi się oznajmić, że jest zdecydowanie za głośno) i przedarłam się przez ostre ciernie porastających podłogę chaszczy (udało mi się nie poślizgnąć na batoniku, opakowaniach po chrupkach, a nawet pięknym slalomem ominęłam stertę ręczników, bluzek i czegoś, co kiedyś było skarpetkami).
Dotarłam do keyboardu.
Volume. Na minimum. Od razu. Szybkim, zdecydowanym ruchem.
- Gimbusówna – pokazałam jej ów suwak – To jest jeden z najważniejszych przycisków na tym sprzęcie – zaczęłam wyjaśniać. – Zaraz po Off – pokazałam palcem – wskazane, abyś korzystała z nich jak najczęściej.
Pokazałam jak to zrobić, w efekcie czego zapadła upragniona cisza.
- Mamoooo! – znowu wycie. Będzie czegoś chciała. – A nauczysz mnie grać?
Tym pytaniem wprawiła mnie w osłupienie. Przysiadłam z wrażenia na tapczanie. To znaczy zamierzałam przysiąść, ale w ostatniej chwili uświadomiłam sobie, że mogłabym już nie odkleić się od niego. A pozostanie na dłużej w strefie radioaktywnej, bez specjalnego kombinezonu i maski, stanowiło czynność wielce heroiczną. Skłonności do nieuzasadnionego bohaterstwa nie miałam nigdy.
- Yyyy.... Eeeee – wyartykułowałam z trudem.
- Bo ty kiedyś grałaś, to umiesz! I widziałam, że śpiewniki masz! I sama kiedyś mówiłaś, że umiesz! I że mi pokażesz!
Całkiem możliwe, że kiedyś takie słowa padły z moich ust. Tyle, że to było jeszcze wtedy, kiedy wierzyłam, że Gimbus to zagubiony nastolatek, a nie stan umysłu.
- To ja ci dam książeczkę z nutami, podręcznik do nauki gry itp. – zamierzałam się ewakuować.
- I ja to mam przeczytać? – zdziwiło się dziecię.
Nie skarbie. Możesz tam pooglądać wyłącznie obrazki.
- Wygląda na to, że tak – odparłam, wprawiając Gimbusównę w przyspieszoną depresję.
- I może jeszcze nauczyć się tych nut? – spytała, ze strachem malującym się na twarzyczce.
Ależ nie... skarbie... Nuty same się zagrają. A jeśli nie będziesz rozróżniała „Do” od „Sol” to naprawdę nie sprawi to nikomu wielkiej różnicy. Zresztą, skoro w szkole od tylu lat nie sprawiało to twojej pani od muzyki...
- A jak inaczej chcesz cokolwiek zagrać?
- No nie wiem – mruknęło dziecię.
Przytargałam podręczniki, pokazałam co i jak, prosząc o ściszenie dźwięku, a najlepiej założenie słuchawek. Niestety producent słuchawek nie był tak inteligentny jak ten od ładowarko-zasilacza i wejście nie pasowało.
Gimbusówna miała zajęcie.
A ja zyskałam pewność, że siedząc w domu nie rozrabia na podwórku, czy imprezie.
I nawet skłonna byłam złożyć na ołtarzu ulubiony spokój i ciszę, by trwało to jak najdłużej.
Czyli w przypadku dziecięca – może z jakieś dwie godziny.
Dziecię szybko się nudzi.
Nie przewidziałam jednego.
Gimbusównie nauka gry spodobała się.
Do tego stopnia, że po kilku dniach katowania moich uszu melodyjkami znalezionymi w necie, ja sama, osobiście miałam ochotę wywalić keyboard przez okno.
Pozostawało nałożyć słuchawki, włączyć ulubioną muzykę i spróbować skupić się na pisaniu, co też uczyniłam.
Tyle, że nawet muzyka w słuchawkach nie zagłuszała wrzasków z pokoju Gimbusówny.
- Mamooooo! A gdzie jest nuta „Si”?
- Mamooooo! A mi to nie wychodzi!
- Mamooooo! A znasz ten kawałek?
- Mamooooo! A dlaczego tu jest inaczej niż w necie?
- Mamooooo! Mamooooo! Mamooooo!
Popatrzyłam smętnie na monitor.
Spokój i cisza. Tylko tyle. Spokój i cisza.
- Gimbusówna, może wyjdziesz na podwórko spotkać się ze znajomymi? – zaproponowałam.
- Gram! – odparło dziecię, kolejny raz męcząc niemiłosiernie soundtrack Harry Pottera.
Cóż jednym palcem, to sobie można w nosie podłubać, a nie skakać po klawiszach.
Skoro przeżyłam odgłosy pewnej klockowej gry, to pewnie i to przeżyję.
Tyle, że moja psychika po tygodniu miała zupełnie inne zdanie. I zaprotestowała. Ostro.
- !@#$%^& ! Wyłącz to wreszcie! Przestań grać! – wrzasnęłam ze swojego pokoju, słysząc po raz tysięczny, a może milionowy, początek Harryego P.
- Ale ja film włączyłam. Z płytki. Sama mi ją kupiłaś – wyjaśniła Gimbusówna.
Nigdy już nie obejrzę tego filmu, mimo sympatii do Severusa Snape'a.
Nieszczęsny kawałek
01 października 2013
Jak Gimbusównie spełniały się marzenia
Poranek zapowiadał się spokojnie.
Po wieczornym zajściu ze zwolnieniem z religii, Gimbusówna trwała w swojej obrazie i nie odzywała się do matki.
Nic jednak nie może długo trwać.
Święty spokój również. Równowaga w przyrodzie musi zostać zachowana.
Zrobiłam sobie herbatę, odpaliłam kompa – trzeba dopracować teksty.
Jednym uchem słuchając dzieciarni z podstawówki wrzeszczącej pod oknami (zawsze człowiek nauczy się kilku nowych zwrotów uznanych powszechnie za obraźliwe czy wulgarne), drugim łowiłam ciężkie kroki Gimbusówny.
Zbliżały się. Krążyły po mieszkaniu.
Dało się słyszeć trzaski otwieranych szaf.
Jednym słowem nadchodził finał porannej rewii mody, gdzie główną modelką była jak zwykle Gimbusówna.
- Nie mam kurtki! – wrzask rozlegający się o poranku w zaciszu mieszkania sprawił, że zastanowiłam się nad tym, czy nie zacząć Gimbusówny reklamować jako skutecznego środka na pobudzenie, zamiast kawy.
- Masz w szafie – wskazałam dziecięciu kierunek poszukiwań.
- Nie mam! – wrzask nasilił się – Nie mam się w co ubrać! Sobie to kupujesz skórzane kurtki, a ja nie mam co na siebie włożyć!
Cóż, najwidoczniej mój nabytek pozostanie na długo bolesnym tematem dla Gimbusówny. Wyłącznie z tego powodu, że nie zamierzam go jej pożyczyć. A wszelkie dyskusje ucinam, że to moja kurtka i już. I łapy precz od niej. Niestety najwidoczniej do Gimbusówny wciąż nie może dotrzeć pojęcie własności. Mojej własności.
- Gimbusówna – trzeba było zareagować, w końcu inni może chcieli jeszcze pospać – Otwórz szafę, weź swoją kurtkę i nie marudź – zasugerowałam spokojnie.
- Nie mam! – wiedzieliście, że rano tak niesie echo? – Nic nie mam! Żadnych ubrań!
Dla świętego spokoju poszłam do jej pokoju, otworzyłam szafy i pokazałam sterty rzeczy.
- W tym nie wyjdę! I to już niemodne! I to nie pasuje do butów! I sama mi kupiłaś skejty! (bo się ich domagałaś, twierdząc, że tylko takie założysz, a po trzech godzinach łażenia po sklepach pragnęłam tylko, abyś się zamknęła. Nie uwierzysz, ale gotowa byłam zatkać ci wrzeszczący otwór gębowy tymi skejtami, bez których nie chciałaś wyjść ze sklepu) I nie mam nawet butów! (a te cztery pary adiasów różnej maści to pewnie są golfami). I mówiłam ci, żebyś mi kupiła glany! (promocja tylko pięćset za parę naprawdę koszmarnych buciorów) Albo te na tym obcasie wysokim! (wybacz, na urazówce mają deficyt gipsu do unieruchamiania twoich połamanych kończyn. Wiesz, limity NFZ). I nie mam ubrań! (zdecyduj się wreszcie czy ubrań czy butów).
- Dobra Gimbusówna, ubieraj się i leć do szkoły, bo spóźnisz się – ponagliłam ją delikatnie, zastanawiając się jednocześnie jakim cudem ona zdołała upchnąć tyle odzieży w szafach.
Wyjściu do szkoły towarzyszyły jeszcze marudzące wrzaski niewiele różniące się od wcześniejszych. Wreszcie wkładając na siebie strój sugerujący o tym, że na dworze panują upały i okrzykiem: Jak się przeziębię, to przez ciebie! – dziecię raczyło opuścić mieszkanie.
Z ulgą zamknęłam za owym dziecięciem drzwi. Można było wrócić do pisania.
Usiadłam, zapaliłam i wgapiłam bezmyślnie w okno.
Gimbusówna nie ma ubrań? Raczej szafy się skończyły, skoro połowa rzeczy leży na podłodze.
Zresztą i tak pora zrobić porządek w jej pokoju, usunąć odpady radioaktywne.
Odszukałam kombinezon, przywdziałam specjalną maskę i z miotłą w dłoni, środkami do dezynfekcji wkroczyłam na niebezpieczny teren.
Efekt?
Po przejrzeniu uważnym tego co Gimbusówna zgromadziła w swoim pokoju, doszłam do wniosku, że nadmiar czegokolwiek źle wpływa na wzrok. A do ślepoty mojego dziecięcia dopuścić nie mogę.
Na pierwszy ogień poszły ubrania. Połowa z nich wylądowała schowana tak, że nie znajdzie ich długo. Zostawiłam tylko to co odpowiednie na tę porę roku i to w dość okrojonej ilości. Ładnie poukładane. I miejsce w szafach się nagle zrobiło. Dziecię nie będzie już musiało rzucać niczego na podłogę, z braku miejsca w wyżej wymienionych. Dobrze, że schowek był tak pojemny, bo pewnie musiałabym te łachy do sąsiadów wynieść.
Potem zlikwidowałam kolonię pleśni przy biurku, kosmate kłaki kurzu zwisające ze ścian. Widząc to, grupa bakterii i śmieci spod łóżka zaczęła toczyć się w stronę drzwi. Najwidoczniej zdążyły już wynaleźć koło, bo dość sprawnie im to szło.
To co leżało na podłodze beztrosko zgarnęłam do kosza. Jeśli coś leży na podłodze najwidoczniej nie jest nikomu potrzebne. Nie wiem tylko dlaczego Gimbusówna uznała, że kleje, przybory geometryczne są również taką rzeczą. Być może w gimnazjum matmy już nie mają. Teraz wszystko tak prędko się zmienia, że mogłam przegapić którąś świetlaną reformę edukacyjną.
Odkaziłam podłogę i mogłam w spokoju zasiąść na powrót do pisania, oczekując na zakończenie lekcji.
Po południu zaczęło się.
- Gdzie są moje ubrania? – wrzask dochodzący z czystego pokoju dziecięcia rozbawił wredną matkę. Tupot stóp zbliżających się gwałtownie do mojego zacisza przypominał odgłos stada pędzących słoni.
- Nie mam ubrań! – wrzasnęło dziecię, hamując z wdziękiem na progu.
- No wiem, mówiłaś rano – odparłam znudzonym tonem.
- Co zrobiłaś z moimi ubraniami!– zadziwiające, że niektórzy pytając nie używają formy pytającej. – Tam były rzeczy pożyczone od znajomych! – dobry zwyczaj nie pożyczaj, może czas zapoznać się z przysłowiami?
- Ja? – spojrzałam spokojnie na dziecko.
- Ty! – Gimbusówna wrzała gniewem, złością, gotowała się niczym grzesznicy w kotle.
- Gimbusówna – zaczęłam spokojnie – Sama mówiłaś, że nie masz ubrań. – przypomniałam jej – Trzeba uważać na to co się mówi. Niekiedy marzenia się spełniają – napiłam się herbaty.
Kolejne krzyki rozbrzmiały kakofonią.
- To ja zabiorę ci twoją kurtkę! – powinnam chyba w tym momencie zadrżeć ze strachu, popędzić do schowka i przepraszając dziecię, oddać mu to czego ponoć nie ma. Tyle, że przewidująco kurtkę też schowałam. Po tylu latach znam Gimbusównę i wiem z której strony uderzy.
- Dobra, idź zajmij się lekcjami – zaproponowałam – Lekturę masz do przeczytania.
- Nie pójdę! – dziecię zaparło się plecami w futrynę – Będę tu stała!
- A stój sobie – zgodziłam się
- I nie napiszesz nic! Będę ci przeszkadzać! – oznajmiło buntowniczo dziecię.
- Przeszkadzaj – wyraziłam zgodę – Tylko potem nie żądaj posiłków w domu. Sama rozumiesz. Nie ma kasy, nie ma żarcia – uśmiechnęłam się uprzejmie.
- Ty jesteś jakaś nienormalna! Ty nie jesteś jak inne matki! Po co ty mnie urodziłaś! – zasypała mnie słowotokiem.
Mało macierzyńsko było przyznawać się, że czasami też zastanawiam się nad tym ostatnim.
Wreszcie wywrzeszczawszy się, zabrała cztery literki z progu i pognała do swojego pokoju. Usłyszałam jeszcze tylko jak odpala lapka.
No to można wrócić do pisania.
Żalenie się na fejsie trochę potrwa.
16 września 2013
Jak Gimbusówna rezygnowała z lekcji religii
Zaczęło się podejrzanie.
Gimbusówna odrobiła lekcje, nie wrzeszczała, nie żądała niczego, nawet się uczyła. Przynajmniej tak twierdziła. A kiedy jeszcze przyszła i zapytała o lekturę szkolną, w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka alarmowa, a jej wycie znacznie przekraczało dopuszczalną ilość decybeli. Tych normowanych przez Unię.
Gimbusówna spokojna = kłopoty.
Gimbusówna spokojna i robiąca to, co powinna = wielkie kłopoty.
Przez głowę przemknęły mi możliwe scenariusze: pobiła się z kimś, załapała kolejne pały w budzie, doprowadziła do zawału któregoś z nauczycieli, zaczęła zarządzać gangiem młodocianych idiotów i wspólnie wyłudzają haracz od ludzi, a może po prostu podpalając papierosy pomyliły im się tytonie? I naćpali się czymś?
Lampka w mojej głowie migotała szaleńczym światłem, a wycie alarmu wdzierało się brutalnie w moje uszy.
No i zaczęło się.
Najpierw niewinnie. Jak lokomotywa, ruszająca ze stacji. „Najpierw powoli jak żółw ociężale, ruszyła maszyna po szynach ospale.”
- Mamooooo! Bo ja nie mam telefonu, nie działa mi, popsuł się... – zaczęła prowokującym tonem.
Tak drogie dziecko. Popsuł. Klawisze zdematerializowały, wyświetlacz postanowił odżeglować w siną dal. A ty wyłącznie z tego powodu znowu używasz tego zaczepnego tonu, którego nie lubię. I sądzisz, że coś tym załatwisz?
- No i ? – rzuciłam bez zainteresowania.
Awarie telefonu zdarzają się Gimbusównie co najmniej kilkanaście razy z rzędu codziennie i mają na celu wymuszenie zakupu najnowszego modelu tabletu.
- No i musisz mi kupić nowy! – zgrzytnęło głośno zębami dziecię.
- Odpada – oznajmiłam setny raz.
- To ja zadzwonię do dziadka! On mnie kocha i mi kupi! – wrzasnęła Gimbusówna.
- Zadzwonisz z tego zepsutego telefonu? – zdziwiłam się niewinnie.
Odpowiedzi nie doczekałam się. Miast tego dobiegł mnie huk zatrzaskiwanych drzwi mojego pokoiku. Dziecię odeszło. Pewnie zażądać telefonu od Młodego Grizzli. Tyle, że owy sprzęt leżał grzecznie u mnie w biurku, a Grizzli nie wykazywał chęci na jakiekolwiek kontakty z wrzeszczącym osobnikiem, wpadającym mu do pokoju. Spacyfikował w dwóch słowach i wywalił za drzwi.
Z pokoju Gimbusówny dobiegła seria dźwięków, świadcząca o tym, że dzieli się swoim problemem skąpej matki i bezczelnego Grizzli z połową fejsbuka. Po dłuższym czasie problem został chyba omówiony, bo zapadła chwila ciszy. Potem usłyszałam ciężkie kroki.
Psychopaty skradającego się do swojej ofiary.
Lokomotywa zaczęła się rozpędzać. Było już ją słychać za drzwiami mojej samotni. Te otworzyły się na całą szerokość i do środka wpadło dziecię z kolejnymi żądaniami.
- Napisz mi! – wrzasnęło.
Podniosłam oczy znad opowiadania i zlustrowałam spokojnie dziecię. Nic nie wskazywało na to, aby ręce czy palce mu zanikły. Machało nimi, tak więc złapanie długopisu nie powinno stanowić problemu.
- Napisz mi oświadczenie, że nie będę chodzić na religię do końca roku! – zażądało.
- A dlaczego nie chcesz? – spytałam, zupełnie niepotrzebnie, bo temat wałkujemy od początku roku szkolnego.
- Bo nie wierzę w Boga, wierzę w szatana! – dziecię popatrzyło na mnie prowokująco.
Oj Gimbusówna.
Jakby szatan o tym się dowiedział, to zarządziłby natychmiastową ewakuację z piekła.
- Dziecko – zaczęłam spokojnie, próbując kolejny raz jej wyjaśnić, że może wierzyć sobie w szatana, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby chodziła na lekcje religii i porozmawiała również o Bogu. W końcu to jedna i ta sama religia. Opowiada o nich obu.
- Napisz mi! – nie dała mi dokończyć. – Teraz! Gdzie masz kartkę i długopis!?!
- Nie mam – w mojej łepetynie zaświtał iście niegodziwy plan.
Lokomotywa rozpędzała się, a maszynista z szelmowskim uśmieszkiem liczył na to, że rozjedzie stojącego na torach samotnego dyspozytora ruchu. Oki, mała, zabawimy się w twoją grę i przełożymy zwrotnicę. Pędź sobie innym torem.
- Napiszę ci przez net. W końcu zapłaciłam za Librusa, to niech na coś się przyda – oznajmiłam, wyrażając swoją chęć do napisania oświadczenia. W oczach Gimbusówny dostrzegłam błysk zwątpienia.
Odpaliłam programik, odnalazłam nazwisko księdza i zaczęłam pisać.
Gimbusówna dzielnie mi wtórowała, podsuwając coraz to nowe pomysły. Niektóre z nich wykorzystałam. Latającego Potwora Spaghetti pominęłam. Ostatecznie tekst brzmiał następująco: „Córka w ramach buntu nastolatki nie chce uczęszczać na religię do końca roku, twierdząc, że jest niewierząca. Wygaduje też masę innych bzdur. W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak wyrazić zgodę na jej prośbę i liczyć na to, że zmieni z czasem zdanie. Mam nadzieję, że zrobi to szybciej niż ja osiwieję przy jej dorastaniu. Ksiądz się nie przejmuje. Z czasem jej rozum wróci.”
Gimbusówna rżała śmiechem, ucieszona, zachwycona. Do czasu, aż kursor myszki zjechał na napis: Wyślij.
- No, napisz mi to! – potwierdziła swoje wcześniejsze żądania – Tylko nie to, a jakoś normalnie to napisz, bo mi w szkole spokoju nie dadzą!
Mój palec obsunął się, w oczkach zamigotały iście szatańskie iskierki i nastąpiło ciche : klik.
Oczy dziecięcia zaczęły rozszerzać się, niczym spodki. Wlepiła je z niedowierzaniem w monitor, na którym pojawił się napis: Wiadomość została wysłana. Dziecię zamrugało zaskoczone. Otworzyło usta.
- Jeszcze jakieś zwolnienie ci potrzebne? – spytałam grzecznie, wyrażając swoją nieodpartą chęć do napisania następnego.
Dziecię nie odpowiedziało.
Wypadło z pokoju śmiertelnie obrażone.
Gimbusówna odrobiła lekcje, nie wrzeszczała, nie żądała niczego, nawet się uczyła. Przynajmniej tak twierdziła. A kiedy jeszcze przyszła i zapytała o lekturę szkolną, w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka alarmowa, a jej wycie znacznie przekraczało dopuszczalną ilość decybeli. Tych normowanych przez Unię.
Gimbusówna spokojna = kłopoty.
Gimbusówna spokojna i robiąca to, co powinna = wielkie kłopoty.
Przez głowę przemknęły mi możliwe scenariusze: pobiła się z kimś, załapała kolejne pały w budzie, doprowadziła do zawału któregoś z nauczycieli, zaczęła zarządzać gangiem młodocianych idiotów i wspólnie wyłudzają haracz od ludzi, a może po prostu podpalając papierosy pomyliły im się tytonie? I naćpali się czymś?
Lampka w mojej głowie migotała szaleńczym światłem, a wycie alarmu wdzierało się brutalnie w moje uszy.
No i zaczęło się.
Najpierw niewinnie. Jak lokomotywa, ruszająca ze stacji. „Najpierw powoli jak żółw ociężale, ruszyła maszyna po szynach ospale.”
- Mamooooo! Bo ja nie mam telefonu, nie działa mi, popsuł się... – zaczęła prowokującym tonem.
Tak drogie dziecko. Popsuł. Klawisze zdematerializowały, wyświetlacz postanowił odżeglować w siną dal. A ty wyłącznie z tego powodu znowu używasz tego zaczepnego tonu, którego nie lubię. I sądzisz, że coś tym załatwisz?
- No i ? – rzuciłam bez zainteresowania.
Awarie telefonu zdarzają się Gimbusównie co najmniej kilkanaście razy z rzędu codziennie i mają na celu wymuszenie zakupu najnowszego modelu tabletu.
- No i musisz mi kupić nowy! – zgrzytnęło głośno zębami dziecię.
- Odpada – oznajmiłam setny raz.
- To ja zadzwonię do dziadka! On mnie kocha i mi kupi! – wrzasnęła Gimbusówna.
- Zadzwonisz z tego zepsutego telefonu? – zdziwiłam się niewinnie.
Odpowiedzi nie doczekałam się. Miast tego dobiegł mnie huk zatrzaskiwanych drzwi mojego pokoiku. Dziecię odeszło. Pewnie zażądać telefonu od Młodego Grizzli. Tyle, że owy sprzęt leżał grzecznie u mnie w biurku, a Grizzli nie wykazywał chęci na jakiekolwiek kontakty z wrzeszczącym osobnikiem, wpadającym mu do pokoju. Spacyfikował w dwóch słowach i wywalił za drzwi.
Z pokoju Gimbusówny dobiegła seria dźwięków, świadcząca o tym, że dzieli się swoim problemem skąpej matki i bezczelnego Grizzli z połową fejsbuka. Po dłuższym czasie problem został chyba omówiony, bo zapadła chwila ciszy. Potem usłyszałam ciężkie kroki.
Psychopaty skradającego się do swojej ofiary.
Lokomotywa zaczęła się rozpędzać. Było już ją słychać za drzwiami mojej samotni. Te otworzyły się na całą szerokość i do środka wpadło dziecię z kolejnymi żądaniami.
- Napisz mi! – wrzasnęło.
Podniosłam oczy znad opowiadania i zlustrowałam spokojnie dziecię. Nic nie wskazywało na to, aby ręce czy palce mu zanikły. Machało nimi, tak więc złapanie długopisu nie powinno stanowić problemu.
- Napisz mi oświadczenie, że nie będę chodzić na religię do końca roku! – zażądało.
- A dlaczego nie chcesz? – spytałam, zupełnie niepotrzebnie, bo temat wałkujemy od początku roku szkolnego.
- Bo nie wierzę w Boga, wierzę w szatana! – dziecię popatrzyło na mnie prowokująco.
Oj Gimbusówna.
Jakby szatan o tym się dowiedział, to zarządziłby natychmiastową ewakuację z piekła.
- Dziecko – zaczęłam spokojnie, próbując kolejny raz jej wyjaśnić, że może wierzyć sobie w szatana, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby chodziła na lekcje religii i porozmawiała również o Bogu. W końcu to jedna i ta sama religia. Opowiada o nich obu.
- Napisz mi! – nie dała mi dokończyć. – Teraz! Gdzie masz kartkę i długopis!?!
- Nie mam – w mojej łepetynie zaświtał iście niegodziwy plan.
Lokomotywa rozpędzała się, a maszynista z szelmowskim uśmieszkiem liczył na to, że rozjedzie stojącego na torach samotnego dyspozytora ruchu. Oki, mała, zabawimy się w twoją grę i przełożymy zwrotnicę. Pędź sobie innym torem.
- Napiszę ci przez net. W końcu zapłaciłam za Librusa, to niech na coś się przyda – oznajmiłam, wyrażając swoją chęć do napisania oświadczenia. W oczach Gimbusówny dostrzegłam błysk zwątpienia.
Odpaliłam programik, odnalazłam nazwisko księdza i zaczęłam pisać.
Gimbusówna dzielnie mi wtórowała, podsuwając coraz to nowe pomysły. Niektóre z nich wykorzystałam. Latającego Potwora Spaghetti pominęłam. Ostatecznie tekst brzmiał następująco: „Córka w ramach buntu nastolatki nie chce uczęszczać na religię do końca roku, twierdząc, że jest niewierząca. Wygaduje też masę innych bzdur. W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak wyrazić zgodę na jej prośbę i liczyć na to, że zmieni z czasem zdanie. Mam nadzieję, że zrobi to szybciej niż ja osiwieję przy jej dorastaniu. Ksiądz się nie przejmuje. Z czasem jej rozum wróci.”
Gimbusówna rżała śmiechem, ucieszona, zachwycona. Do czasu, aż kursor myszki zjechał na napis: Wyślij.
- No, napisz mi to! – potwierdziła swoje wcześniejsze żądania – Tylko nie to, a jakoś normalnie to napisz, bo mi w szkole spokoju nie dadzą!
Mój palec obsunął się, w oczkach zamigotały iście szatańskie iskierki i nastąpiło ciche : klik.
Oczy dziecięcia zaczęły rozszerzać się, niczym spodki. Wlepiła je z niedowierzaniem w monitor, na którym pojawił się napis: Wiadomość została wysłana. Dziecię zamrugało zaskoczone. Otworzyło usta.
- Jeszcze jakieś zwolnienie ci potrzebne? – spytałam grzecznie, wyrażając swoją nieodpartą chęć do napisania następnego.
Dziecię nie odpowiedziało.
Wypadło z pokoju śmiertelnie obrażone.
08 września 2013
Jak Gimbusówna nie została gwiazdą telewizyjną
Siedziałam sobie spokojnie i przelewałam na klawisze kolejny pomysł weny literackiej, kiedy do mojego pokoju wpadło jedno z domowej młodzieży. Gimbusówna. Oznaczało to ni mniej ni więcej, kłopoty.
- Mamo, chcesz trzysta złotych? – zapytało od progu, szczerząc radośnie zęby.
Gimbusówna rzadko pyta. Rzadko mówi spokojnie. Kiedy jednak dochodzi do tego wiekopomnego wydarzenia i dziecię przypomina sobie o tonacji, wiedz, że coś się dzieje. (jakby ujął to pewien ksiądz).
- Jasne – odparłam niezbyt przytomnie, zanim dotarło do mnie o co pyta – Dawaj i spadaj. Piszę. (Młodzież wie, że jak oznajmiam im, że piszę, to choćby się waliło i paliło, przez określony czas mnie nie ma. Chyba, że naprawdę sytuacja będzie wymagała ewakuacji).
- Ale naprawdę załatwiłam ci trzysta złotych – odparło dumnie dziecię, nie przestając się szczerzyć.
Tu już moja uwaga zaczęła z wolna podążać w jej stronę. Jak Gimbusówna coś załatwia, lepiej mieć się na baczności.
- Bo wiesz załatwiłam, że zarobisz sześćset złotych i podzielimy się po połowie – zaczęło wyłuszczać swój plan dziecię. Wciąż jeszcze spokojnie.
Uwaga zaczęła przyspieszać, by wreszcie wpaść w hiper prędkość, a pewien ksiądz walił rozpaczliwie pięścią w ambonę.
- Yyy – odezwałam się mało inteligentnie, odrywając od pisania.
Czyżby moje dziecię nieoczekiwanie zostało szefem firmy oferującej zatrudnienie? I do tego płacę? Samo zatrudnienie znaleźć można, gorzej z płacą adekwatną do zatrudnienia.
- Nawijaj – rozkazałam, sadowiąc się wygodniej na krześle i próbując zapanować nad dziwnym niepokojem, który nagle mnie ogarnął.
- Bo tak. Znalazłam w necie – oho, będzie wesoło. Ostatnio znalazła w necie ogłoszenie pana szukającego młodych modelek. Ku jej głębokiej rozpaczy pan odmówił współpracy, kiedy dotarło do niego, że pedofil nie jest zbyt wysoko na mojej liście osób lubianych. A dotarło bardzo szybko. Podobno wtedy też zniszczyłam nieodwołalnie Gimbusównie oszałamiającą karierę fotomodelki. Cóż, jak ma się wredną matkę, to tak bywa. – takie ogłoszenie o kieszonkowym. I zadzwoniłam tam, zgłosiłam nas. I rozmawiała taka miła pani. I wszystko mi wyjaśniła. I wypytała o wszystko. I wcale nie będziesz na wizji, na żywo. I zarobimy sześćset złotych. I podzielimy się tym po połowie. I kupię sobie glany. No i ten lakier, bo już mi się skończył – wyrzuciła z siebie, prawdopodobnie na bezdechu. Sapnęła, nabrała prędko powietrza i zaczęła mówić dalej – Bo tak. Wiesz, ta pani pytała o to jak sobie radzimy, czy nie chcemy zarobić, na co wydamy te pieniądze, no to ja jej powiedziałam, że ty nie pracujesz, nie mamy pieniędzy, nie masz mi za co kupić tych glanów, co ci je pokazywałam – moje trybiki w mózgu zaczęły zaskakiwać, przywołując obraz jakichś naprawdę ohydnych buciorów za ponad pięćset złotych. – no wiesz, już których?
Pokiwałam głową.
- No i słuchaj, no i oprócz tych glanów, to przecież jeszcze muszę kupić lakier do włosów, bo przecież nie pokażę się z taką nie ułożoną grzywką. A na nią to trzeba dużo lakieru. – Tak, wiem ile potrzeba, bo tym miesiącu, a jest dopiero początek, poszły już dwa spore opakowania. W całym mieszkaniu śmierdzi potem tak, jakbym gorzelnię tam prowadziła. Czego oni tam dodają do tych lakierów? Może to spirytus w sprayu? – no i wiesz, to te glany i ten lakier no i jeszcze przecież muszę mieć drobne jak gdzieś idziemy z paczką. – A psinco. Nie zamierzam fundować składek na fajki i piwo. I tak, wiem o tym, bo jak ostatni idioci wrzucacie potem fotki i filmiki na Facebooka z zakupami i ich spożywaniem. – No i ta pani o wszystko mnie wypytała i powiedziała, że idealnie pasujemy do jej programu i że jutro z rana do ciebie zadzwoni – Powodzenia w dzwonieniu. Mój telefon ma podstawową wadę. Nie działają w nim dźwięki. Internet też nie, co przy tym modelu nikogo nie dziwi. A co przy mojej awersji do komórek bynajmniej mi nie przeszkadza. – No to jak mamo zgodzisz się? Będziemy w TVN w „Rozmowach w Toku” – zakończyła swój słowotok i wlepiła we mnie swoje niebieskie oczęta, trzepocząc długimi rzęsami. Ewidentnie znowu podebrała mi moje kosmetyki. Sejf kupię i tam zacznę je zamykać.
Moja uwaga była już cała skoncentrowana na Gimbusównie, a mózg przyzwyczajony do słowotoku młodej, wyłapał z niego to co ważne. Pewien ksiądz właśnie upadał. Gimbusówna jeszcze nigdy nie wygłosiła tylu słów pod rząd w miarę spokojnym tonem. Co też wizja kariery na szklanym ekranie potrafi zrobić z przeciętnego osobnika w wieku gimnazjalnym. Niesamowite. Powinni za to opłaty brać.
Gimbusówna nudząc się, zamiast uczyć, zgłosiła nas do jakiegoś tv show, abyśmy zarobiły oszałamiającą kwotę sześciu stówek za... – no właśnie za co?
- A o co chodzi z tym kieszonkowym? – mój mózg błyskawicznie odszukał początkową informację.
- No bo to ma być odcinek o kieszonkowym.
- Gimbusówna, ale przecież ty nie dostajesz kieszonkowego – odparłam jeszcze spokojnie, ale moja wewnętrzna wredota już zaczynała chichotać. - Jakbym ci dziecino odpalała jeszcze kieszonkowe, to poszłabym z torbami już dawno. I tak codziennie ode mnie kasę wyciągasz. A jak znam życie i ciebie, to nawet po dostaniu kieszonkowego i tak byś przyleciała po forsę.
- No przecież jestem dzieckiem i mi się należy! – wreszcie znajome tony. Tak, już. Należy. Akurat. Dlaczego po tylu latach wciąż do ciebie nie dociera, że ta wielka kolorowa tablica z prawami dziecka wisząca w szkole, zawierała również obowiązki? - I ta pani powiedziała, że to niesprawiedliwe i tak nie powinno być! Każde dziecko powinno dostawać kieszonkowe! I rodzice powinni tak ułożyć ten ee... – zawahała się, pewnie za trudne słowo - budżet domowy, żeby dziecko dostało! Bo dzieci są ważne i też mają swoje potrzeby! I jak tam pójdziemy, to ta pani ci powie jak masz sobie pieniądze wydawać, żebym ja dostała kieszonkowe! I powiedziała, że porozmawiamy sobie dlaczego ty mi ich nie dajesz, a dlaczego powinnaś i wyjaśnimy sobie dlaczego tak jest! – Gimbusówna wciąż szczerzyła radośnie ząbki. – I do Krakowa się przejedziemy!
Moja wewnętrzna wredota nie wytrzymała. Najpierw podniosło mi ciśnienie na obcą babę, która ingeruje w moją rodzinę, dochody i bezczelnie manipuluje dzieckiem. Potem jednak uświadomiwszy sobie absurd całej tej sytuacji wybuchnęłam głośnym śmiechem.
Gimbusówna zawtórowała mi radośnie. Nie wiem dlaczego. Chyba uznała to za objaw zgody. Przyszła więc pora, aby wyprowadzić ją z błędu, jednym, krótkim słówkiem.
- Nie – spoważniałam, przygotowując się duchowo na dłuższą rozmowę.
- Dlaczego nie! Nie chcesz zarobić! Nie chcesz mi kupić butów, ani lakieru! – podniosła głos. Jak zwykle w sytuacji, kiedy przymierzała się do ataku.
- Gimbusówna – zaczęłam spokojnie – Po pierwsze to nie mam parcia na szkło, a po drugie, co cię podkusiło aby tam się zgłosić?
- Bo ty mi nie chcesz dawać pieniędzy! I w telewizji bym była! – znowu podniesiony ton, a tyle już razy poruszałyśmy temat tonu i rozmów.
- Gimbusówna, po pierwsze nie tym tonem, a po drugie przecież dostajesz drobne, poza tym kupuję ci to co potrzebne. A o występowaniu w telewizji zapomnij.
- Bo ty to jesteś wredna! Nie rozmawiam z tobą!
Gimbusówna prychnęła oburzona, trzasnęła drzwiami mojego pokoju i wyszła.
A o trzaskaniu drzwiami też mówiłam kilkaset razy.
Wrednie przemknęło mi przez głowę, że pewnie teraz zgłosi się do „Trudnych spraw” albo „Dlaczego ja”.
I tylko nie pojmuję jednego.
Dlaczego okres dojrzewania gimbusów ma tak dramatyczny przebieg? Przynajmniej w niektórych przypadkach? Chyba lepiej bym na tym wyszła, gdybym naście lat temu założyła hodowlę norek, czy coś...
- Mamo, chcesz trzysta złotych? – zapytało od progu, szczerząc radośnie zęby.
Gimbusówna rzadko pyta. Rzadko mówi spokojnie. Kiedy jednak dochodzi do tego wiekopomnego wydarzenia i dziecię przypomina sobie o tonacji, wiedz, że coś się dzieje. (jakby ujął to pewien ksiądz).
- Jasne – odparłam niezbyt przytomnie, zanim dotarło do mnie o co pyta – Dawaj i spadaj. Piszę. (Młodzież wie, że jak oznajmiam im, że piszę, to choćby się waliło i paliło, przez określony czas mnie nie ma. Chyba, że naprawdę sytuacja będzie wymagała ewakuacji).
- Ale naprawdę załatwiłam ci trzysta złotych – odparło dumnie dziecię, nie przestając się szczerzyć.
Tu już moja uwaga zaczęła z wolna podążać w jej stronę. Jak Gimbusówna coś załatwia, lepiej mieć się na baczności.
- Bo wiesz załatwiłam, że zarobisz sześćset złotych i podzielimy się po połowie – zaczęło wyłuszczać swój plan dziecię. Wciąż jeszcze spokojnie.
Uwaga zaczęła przyspieszać, by wreszcie wpaść w hiper prędkość, a pewien ksiądz walił rozpaczliwie pięścią w ambonę.
- Yyy – odezwałam się mało inteligentnie, odrywając od pisania.
Czyżby moje dziecię nieoczekiwanie zostało szefem firmy oferującej zatrudnienie? I do tego płacę? Samo zatrudnienie znaleźć można, gorzej z płacą adekwatną do zatrudnienia.
- Nawijaj – rozkazałam, sadowiąc się wygodniej na krześle i próbując zapanować nad dziwnym niepokojem, który nagle mnie ogarnął.
- Bo tak. Znalazłam w necie – oho, będzie wesoło. Ostatnio znalazła w necie ogłoszenie pana szukającego młodych modelek. Ku jej głębokiej rozpaczy pan odmówił współpracy, kiedy dotarło do niego, że pedofil nie jest zbyt wysoko na mojej liście osób lubianych. A dotarło bardzo szybko. Podobno wtedy też zniszczyłam nieodwołalnie Gimbusównie oszałamiającą karierę fotomodelki. Cóż, jak ma się wredną matkę, to tak bywa. – takie ogłoszenie o kieszonkowym. I zadzwoniłam tam, zgłosiłam nas. I rozmawiała taka miła pani. I wszystko mi wyjaśniła. I wypytała o wszystko. I wcale nie będziesz na wizji, na żywo. I zarobimy sześćset złotych. I podzielimy się tym po połowie. I kupię sobie glany. No i ten lakier, bo już mi się skończył – wyrzuciła z siebie, prawdopodobnie na bezdechu. Sapnęła, nabrała prędko powietrza i zaczęła mówić dalej – Bo tak. Wiesz, ta pani pytała o to jak sobie radzimy, czy nie chcemy zarobić, na co wydamy te pieniądze, no to ja jej powiedziałam, że ty nie pracujesz, nie mamy pieniędzy, nie masz mi za co kupić tych glanów, co ci je pokazywałam – moje trybiki w mózgu zaczęły zaskakiwać, przywołując obraz jakichś naprawdę ohydnych buciorów za ponad pięćset złotych. – no wiesz, już których?
Pokiwałam głową.
- No i słuchaj, no i oprócz tych glanów, to przecież jeszcze muszę kupić lakier do włosów, bo przecież nie pokażę się z taką nie ułożoną grzywką. A na nią to trzeba dużo lakieru. – Tak, wiem ile potrzeba, bo tym miesiącu, a jest dopiero początek, poszły już dwa spore opakowania. W całym mieszkaniu śmierdzi potem tak, jakbym gorzelnię tam prowadziła. Czego oni tam dodają do tych lakierów? Może to spirytus w sprayu? – no i wiesz, to te glany i ten lakier no i jeszcze przecież muszę mieć drobne jak gdzieś idziemy z paczką. – A psinco. Nie zamierzam fundować składek na fajki i piwo. I tak, wiem o tym, bo jak ostatni idioci wrzucacie potem fotki i filmiki na Facebooka z zakupami i ich spożywaniem. – No i ta pani o wszystko mnie wypytała i powiedziała, że idealnie pasujemy do jej programu i że jutro z rana do ciebie zadzwoni – Powodzenia w dzwonieniu. Mój telefon ma podstawową wadę. Nie działają w nim dźwięki. Internet też nie, co przy tym modelu nikogo nie dziwi. A co przy mojej awersji do komórek bynajmniej mi nie przeszkadza. – No to jak mamo zgodzisz się? Będziemy w TVN w „Rozmowach w Toku” – zakończyła swój słowotok i wlepiła we mnie swoje niebieskie oczęta, trzepocząc długimi rzęsami. Ewidentnie znowu podebrała mi moje kosmetyki. Sejf kupię i tam zacznę je zamykać.
Moja uwaga była już cała skoncentrowana na Gimbusównie, a mózg przyzwyczajony do słowotoku młodej, wyłapał z niego to co ważne. Pewien ksiądz właśnie upadał. Gimbusówna jeszcze nigdy nie wygłosiła tylu słów pod rząd w miarę spokojnym tonem. Co też wizja kariery na szklanym ekranie potrafi zrobić z przeciętnego osobnika w wieku gimnazjalnym. Niesamowite. Powinni za to opłaty brać.
Gimbusówna nudząc się, zamiast uczyć, zgłosiła nas do jakiegoś tv show, abyśmy zarobiły oszałamiającą kwotę sześciu stówek za... – no właśnie za co?
- A o co chodzi z tym kieszonkowym? – mój mózg błyskawicznie odszukał początkową informację.
- No bo to ma być odcinek o kieszonkowym.
- Gimbusówna, ale przecież ty nie dostajesz kieszonkowego – odparłam jeszcze spokojnie, ale moja wewnętrzna wredota już zaczynała chichotać. - Jakbym ci dziecino odpalała jeszcze kieszonkowe, to poszłabym z torbami już dawno. I tak codziennie ode mnie kasę wyciągasz. A jak znam życie i ciebie, to nawet po dostaniu kieszonkowego i tak byś przyleciała po forsę.
- No przecież jestem dzieckiem i mi się należy! – wreszcie znajome tony. Tak, już. Należy. Akurat. Dlaczego po tylu latach wciąż do ciebie nie dociera, że ta wielka kolorowa tablica z prawami dziecka wisząca w szkole, zawierała również obowiązki? - I ta pani powiedziała, że to niesprawiedliwe i tak nie powinno być! Każde dziecko powinno dostawać kieszonkowe! I rodzice powinni tak ułożyć ten ee... – zawahała się, pewnie za trudne słowo - budżet domowy, żeby dziecko dostało! Bo dzieci są ważne i też mają swoje potrzeby! I jak tam pójdziemy, to ta pani ci powie jak masz sobie pieniądze wydawać, żebym ja dostała kieszonkowe! I powiedziała, że porozmawiamy sobie dlaczego ty mi ich nie dajesz, a dlaczego powinnaś i wyjaśnimy sobie dlaczego tak jest! – Gimbusówna wciąż szczerzyła radośnie ząbki. – I do Krakowa się przejedziemy!
Moja wewnętrzna wredota nie wytrzymała. Najpierw podniosło mi ciśnienie na obcą babę, która ingeruje w moją rodzinę, dochody i bezczelnie manipuluje dzieckiem. Potem jednak uświadomiwszy sobie absurd całej tej sytuacji wybuchnęłam głośnym śmiechem.
Gimbusówna zawtórowała mi radośnie. Nie wiem dlaczego. Chyba uznała to za objaw zgody. Przyszła więc pora, aby wyprowadzić ją z błędu, jednym, krótkim słówkiem.
- Nie – spoważniałam, przygotowując się duchowo na dłuższą rozmowę.
- Dlaczego nie! Nie chcesz zarobić! Nie chcesz mi kupić butów, ani lakieru! – podniosła głos. Jak zwykle w sytuacji, kiedy przymierzała się do ataku.
- Gimbusówna – zaczęłam spokojnie – Po pierwsze to nie mam parcia na szkło, a po drugie, co cię podkusiło aby tam się zgłosić?
- Bo ty mi nie chcesz dawać pieniędzy! I w telewizji bym była! – znowu podniesiony ton, a tyle już razy poruszałyśmy temat tonu i rozmów.
- Gimbusówna, po pierwsze nie tym tonem, a po drugie przecież dostajesz drobne, poza tym kupuję ci to co potrzebne. A o występowaniu w telewizji zapomnij.
- Bo ty to jesteś wredna! Nie rozmawiam z tobą!
Gimbusówna prychnęła oburzona, trzasnęła drzwiami mojego pokoju i wyszła.
A o trzaskaniu drzwiami też mówiłam kilkaset razy.
Wrednie przemknęło mi przez głowę, że pewnie teraz zgłosi się do „Trudnych spraw” albo „Dlaczego ja”.
I tylko nie pojmuję jednego.
Dlaczego okres dojrzewania gimbusów ma tak dramatyczny przebieg? Przynajmniej w niektórych przypadkach? Chyba lepiej bym na tym wyszła, gdybym naście lat temu założyła hodowlę norek, czy coś...
01 września 2013
Jak zostałam wredną matką
Mam ci ja dzieciny.
Jedno, płci rzekomo pięknej, w wieku gimnazjalnym, o wdzięcznym mianie Gimbusówna. Miano zmienię, jak na to zasłuży, a przynajmniej udowodni, że gimbus to człowiek, a nie stan umysłu.
Drugie, płci brzydkiej, w wieku prawie dorosłym. A przynajmniej tym, uprawniającym do zakupu alkoholu bez pokazywania dowodu. Technikus Lenikus, zwany potocznie Młodym Grizzli.
Niestety wiek ten jest również okresem dojrzewania, szukania samego siebie (chociaż niektórzy nie odnajdują się nawet na emeryturze), buntu, który przyprawia o furię wściekłości najspokojniejszych i kochających rodziców.
Na nieszczęście mojej domowej młodzieży, nigdy nie należałam do spokojnych i miłych kobiet.
Na moje nieszczęście, Gimbusówna też nie należy. W końcu coś po matce odziedziczyła.
Jak wiadomo wszystko z czasem ewoluuje.
Malutkie, słodkie niemowlaki również.
Proces ewolucji wygląda mniej więcej tak:
Niemowlę – 0-1 – je, wydala, śpi.
1-3 – je, wydala, śpi, zaczyna mówić i chodzić
4-6 – je, wydala, śpi, mówi, chodzi, zaczyna zadawać pytania.
7-12 – je, wydala, śpi, mówi, chodzi, pyta, zaczyna pyskować.
13-16 – je, wydala, śpi, mówi, chodzi, pyta, pyskuje. I mniej więcej w tym okresie zaczyna się faza poszukiwania samego siebie, problemy z tożsamością, podważanie autorytetów – tzw. bunt nastolatka. Rodzic może mieć wrażenie, że ewolucja dziecka utknęła w miejscu, doprowadzając jednocześnie do zagłady jego mózgu.
(To pewnie zmasowany atak wygłodniałych zombie).
17 – i więcej – je, wydala, śpi, nie zawsze mówi gdzie chodzi, miast pyskówek jest szansa na rozmowę, faza buntu dobiega końca, a mózg zdaje się na powrót funkcjonować (najwidoczniej zombie zrzygało się i do teraz mu się odbija).
Jako, że nigdy nie byłam matką kwoką – wszak doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny, a jak samemu wychowuje się potomstwo, pracuje, zajmuje domem, to też kiedyś spać trzeba – udomowiona młodzież zmuszona była szybko dorosnąć i przejąć na siebie część obowiązków.
I to byłoby na plus.
A jak jest plus to jest też i minus.
Nikt dotąd jeszcze nie opracował możliwości sklonowania się tak, aby móc być w kilku miejscach naraz. Tak więc niemożliwym jest być w pracy i jednocześnie w domu, by dopilnować, czy młodzież zajmuje się tym czym powinna. A o tym, że nie zawsze postępuje zgodnie z sugestiami matki, zwłaszcza w okresie dojrzewania i buntu można bardzo szybko przekonać się, otrzymując informacje ze szkoły. Informacje te nie zawsze są miłe.
Można znieść spokojnie jedną informację. Dwie, trzy... ale kiedy liczba zaczyna zbliżać się do trzycyfrowej, człowiek zaczyna mieć dość.
I tylko dlatego powstała seria opowiadań o Gimbusównie, czy Rozmówki z Młodym..
Swoisty wentyl bezpieczeństwa.
I to nie dlatego, że nie kocham własnych dzieci, jak mi to owe dzieci zarzuciły.
Jedno, płci rzekomo pięknej, w wieku gimnazjalnym, o wdzięcznym mianie Gimbusówna. Miano zmienię, jak na to zasłuży, a przynajmniej udowodni, że gimbus to człowiek, a nie stan umysłu.
Drugie, płci brzydkiej, w wieku prawie dorosłym. A przynajmniej tym, uprawniającym do zakupu alkoholu bez pokazywania dowodu. Technikus Lenikus, zwany potocznie Młodym Grizzli.
Niestety wiek ten jest również okresem dojrzewania, szukania samego siebie (chociaż niektórzy nie odnajdują się nawet na emeryturze), buntu, który przyprawia o furię wściekłości najspokojniejszych i kochających rodziców.
Na nieszczęście mojej domowej młodzieży, nigdy nie należałam do spokojnych i miłych kobiet.
Na moje nieszczęście, Gimbusówna też nie należy. W końcu coś po matce odziedziczyła.
Jak wiadomo wszystko z czasem ewoluuje.
Malutkie, słodkie niemowlaki również.
Proces ewolucji wygląda mniej więcej tak:
Niemowlę – 0-1 – je, wydala, śpi.
1-3 – je, wydala, śpi, zaczyna mówić i chodzić
4-6 – je, wydala, śpi, mówi, chodzi, zaczyna zadawać pytania.
7-12 – je, wydala, śpi, mówi, chodzi, pyta, zaczyna pyskować.
13-16 – je, wydala, śpi, mówi, chodzi, pyta, pyskuje. I mniej więcej w tym okresie zaczyna się faza poszukiwania samego siebie, problemy z tożsamością, podważanie autorytetów – tzw. bunt nastolatka. Rodzic może mieć wrażenie, że ewolucja dziecka utknęła w miejscu, doprowadzając jednocześnie do zagłady jego mózgu.
(To pewnie zmasowany atak wygłodniałych zombie).
17 – i więcej – je, wydala, śpi, nie zawsze mówi gdzie chodzi, miast pyskówek jest szansa na rozmowę, faza buntu dobiega końca, a mózg zdaje się na powrót funkcjonować (najwidoczniej zombie zrzygało się i do teraz mu się odbija).
Jako, że nigdy nie byłam matką kwoką – wszak doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny, a jak samemu wychowuje się potomstwo, pracuje, zajmuje domem, to też kiedyś spać trzeba – udomowiona młodzież zmuszona była szybko dorosnąć i przejąć na siebie część obowiązków.
I to byłoby na plus.
A jak jest plus to jest też i minus.
Nikt dotąd jeszcze nie opracował możliwości sklonowania się tak, aby móc być w kilku miejscach naraz. Tak więc niemożliwym jest być w pracy i jednocześnie w domu, by dopilnować, czy młodzież zajmuje się tym czym powinna. A o tym, że nie zawsze postępuje zgodnie z sugestiami matki, zwłaszcza w okresie dojrzewania i buntu można bardzo szybko przekonać się, otrzymując informacje ze szkoły. Informacje te nie zawsze są miłe.
Można znieść spokojnie jedną informację. Dwie, trzy... ale kiedy liczba zaczyna zbliżać się do trzycyfrowej, człowiek zaczyna mieć dość.
I tylko dlatego powstała seria opowiadań o Gimbusównie, czy Rozmówki z Młodym..
Swoisty wentyl bezpieczeństwa.
I to nie dlatego, że nie kocham własnych dzieci, jak mi to owe dzieci zarzuciły.
A tak poza tym... niech się cieszą, że w czasach kiedy się rodziły, nie sprzedawano śliskich kocyków, a ja nie miałam daru widzenia przyszłości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

