Jesienno – zimowa pora nie zawsze nastraja optymistycznie. Chłodne i szare poranki, brak tej wielkiej kuli ogrzewającej ziemię, zwanej popularnie słońcem, sprawiają, że człowiek otwiera rano oczy, w sumie to jedno oko z najwyższym trudem, zastanawiając się czy cokolwiek w życiu ma sens.
A jeśli do tego jeszcze pół nocy wbijało się level w grze, czy czytało ciekawą książkę, to jedynym marzeniem o poranku jest wyrwanie dzwonka i wskazówek natrętnemu budzikowi.
Marzenie zrealizowałam, zapadając na powrót w kojące objęcia Morfeusza.
O tym, że niektóre z nich powinny pozostać nieosiągalnymi uświadomiło mnie drażniące pikanie komórki. Kolejny budzik. Wygrzebałam rękę spod ciepłej kołdry i macając na oślep namierzyłam źródło nieznośnego dźwięku. Wyłączone. Chyba przy okazji pacnęłam w łeb śpiącego psa, na co zareagował niezadowolonym warknięciem.
Jeszcze tego brakowało, aby zwierzę na mnie warczało.
W zupełności wystarczy mi budzik, telefon i domowa młodzież.
Niechętnie zwlokłam się z łóżka, uderzając dużym palcem stopy o nogę stołu, co znacznie przyczyniło się do szerszego otworzenia oczu i wydania z siebie głośnego – jasna cholera!
Za oknem tak jakoś ponuro, a sądząc po szarej masie czegoś, co jeszcze kilka godzin temu było bielutkim śniegiem zalegającym ulice, zapewne zimno.
Wzdrygnęłam się odruchowo.
Na pewno każdy z was wie jak wygląda taki dzień, w którym wstajemy i już wiemy, że szału nie będzie. Mało tego. Jeśli cokolwiek nastąpi to raczej trzęsienie ziemi, huragan, brak humoru, a drażnić będzie nawet oddech przechodnia za oknem. W porównaniu z tym, Ksawery to zaledwie zefirek.
I to był jeden z takich dni.
Z przeciwnościami losu należy walczyć. Z ponurym nastrojem, również.
W końcu nie chcemy wieczorem zliczać liczby dokonanych morderstw, o ile nie jesteśmy zawodowcami czy psychopatami.
A jak poprawić sobie humor?
Postanowiłam wypróbować sposób na domowe SPA.
Dla niezorientowanych w temacie. Spa to popularne określenie zabiegów upiększających, relaksujących, leczniczych itp. W pierwszym i trzecim przypadku nic by już mi nie pomogło, ale drugi wciąż przynosił nadzieję, że zły humor minie.
Zaopatrzyłam się w zestaw kadzidełek, świeczek, wonnych soli, płynów i żeli. Ponoć aromaterapia to doskonały wynalazek.
Początkowy plan zakładał, że wleję płyn do kąpieli do wanny wypełnionej gorącą wodą, zanurzę się w owej pienistej cieczy, zapalę kadzidełka i z książką w dłoni będę się relaksować, wdychając uspokajający zapach lawendy, czy czegoś tam fioletowego, co widniało na opakowaniu kadzidełek. Początkowy plan zakładał również, że łazienka będzie wolna.
Niestety plany mają to do siebie, że czasami lubią się walić.
Mój zaczynał upadać w chwili kiedy usłyszałam dobiegający zza drzwi łazienki okrzyk Gimbusówny:
- Łałłłł! Ale to fajne!
Tu nastąpił hałas świadczący o rozrywaniu opakowań. Zapewne kadzidełek, bo one były zapakowane w coś szeleszczącego.
- I jaki fajny płyn! I świeczki! I żel sobie nowy kupiłaś? A mi to już nic nie kupisz!
- Co mama kupiła? – Młody Grizzli wychylił się ze swojej jaskini i ciężko poczłapał w stronę łazienki. – Eeee, to dla bab – oznajmił, przekonawszy się osobiście, że to nic jadalnego, po czym wrócił na z góry upatrzone pozycje – czytaj: nawalać kolejnego potwora w grze.
- Łazienka zajęta! – rozbrzmiał głosik Gimbusówny, zanim zdążyłam zaprotestować.
Wszystko wskazywało na to, że plan domowego Spa poszedł się... kochać.
Kiedy jednak dziecina opuściła zaparowane pomieszczenie, a do mojego nosa dotarł zapach wonnych soli, obudziła się nadzieja, że nie wszystko jeszcze stracone.
Pognałam do łazienki i zabarykadowałam się w środku.
Ha! Tu was mam! Zdawało się zakrzyczeć ego wrednej matki. Łazienka jest moja!.
Niedługo potem zanurzałam się już w wannie pełnej pachnącej piany. Zamknęłam oczy, odpływając w świat marzeń i wdychałam kojącą woń lawendy.
- Mamooooo! – łomotanie w drzwi wytrąciło mnie z miłego stanu. – No, bo ja muszę do łazienki!
- Wylazłaś stąd niedawno – warknęło ego wrednej matki – Spadaj.
- No, mamooooo! Ale ja muszę po... ręcznik, krem, grzebień, bluzkę z suszarki, tusz do rzęs, dezodorant (wpisać sobie odpowiednią rzecz).
- Spadaj! – ego podniosło głos.
- Mamo! Długo tam jeszcze będziesz? Bo ja muszę, no wiesz... – pod drzwi dotarł Młody Grizzli.
- Pampersy pozakładać! – warknęło ego.
- Mamooooo! – rozbrzmiał błagalny chór głosów.
- @#$%^&
Nie pozostawało nic innego jak zrezygnować z poprawiania humoru za pomocą domowego Spa.
Powarkując niczym rozwścieczony buldog i plując śliną wokoło, wylazłam z łazienki. Łypnęłam groźnie na pociechy, które nie zwróciły najmniejszej uwagi na owo łypnięcie, zbyt zajęte przepychaniem się w drzwiach, walcząc o pierwszeństwo.
Tak... drzwi potem Młody Grizzli wstawił na miejsce i nawet podał Gimbusównie lód, aby przyłożyła do pobitego oka.
Usiadłam przed kompem i zastanowiłam się, czy na drugi raz nie wprowadzić w życie planu B.
Plan ten zakładał zakupienie niezbędnych do relaksowania się rzeczy, zakopanie ich w metalowym sejfie dwa podwórka dalej i przyniesienie do domu dopiero w chwili, kiedy już zaserwuję młodzieży w kolacji porządną porcję środków nasennych, wyłączających ich z aktywności życiowej na kilka godzin.
A wtedy i łazienka wolna i relaks zapewniony.
Może trzeba będzie z niego skorzystać kolejnym razem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz