Tak niefajnie wyszło, że Młody został na miesiąc bez ubezpieczenia. Bestia dorosła i nie da się go namówić żeby zrobił tak jak matka każe. Dostał odgórnie zakaz siedzenia w swoim pokoju, wyłażenia wyłącznie do tolaety, nie tykania się niczego, nie oddychania, nie ruszania się itp., bo jak sobie coś zrobi to będzie problem. Jednak gadka gadką, a życie życiem.
Poleźliśmy na miasto pozałatwiać kilka spraw. Jako matka panikująca trzymałam Młodego z dala od jezdni (bo a nuż go auto potrąci), od innych ludzi (bo ktoś kichnie i go czymś zarazi), oczami nie mrugaj (bo ci coś wpadnie do oka), patrz pod nogi (bo dziury, krawężniki, nierówne chodniki), w sklepie nie stój przy lodówkach (bo się przeziębisz), nie dotykaj niczego (bo zarazki i się strujesz),a tak w ogóle to przestań oddychać (bo w powietrzu też zarazki latają) itp.
Leziemy przez miasto, Młody nieco sfochowany, co jakiś czas rzuca ironiczne uwagi odnośnie tego co może mu się stać na tym braku ubezpieczenia. No nic, tylko go ubić, ale nie wiem czy w jego obecnej sytuacji ZUS wypłaci zasiłek pogrzebowy, to lepiej poczekać, bo pogrzeby drogie.
Jakoś zakręcona dzisiaj byłam, zaaferowana tym co mamy pozałatwiać i tak jakoś wyszło, że cztery razy prawie wlazłam pod auto. Cofnęłam się z jezdni w ostatniej chwili. Kiedy kilka metrów dalej o mało co nie zapoznałam się bliżej z tramwajem, Młody nie wytrzymał:
- Szalej, matka, szalej. Masz ubezpieczenie, możesz sobie na to pozwolić.