Uwielbiana przeze mnie cisza i spokój odeszły w zapomnienie, a wizja posiedzenia spokojnie przed kompem z kubkiem herbaty w dłoni rozmyła się z prędkością światła.
Wszystko za sprawą Gimbusówny, dzięki której nieświadomie zostałam sponsorem komunikacji miejskiej. Ciekawe, czy wpłynie to na obniżkę biletów w owej komunikacji, bo sądząc po zachowaniu dziecięcia, jeszcze przez trzy lata (do jej pełnoletności) będę sponsorować wyżej wymienione przedsiębiorstwo.
Technikus polazł ze śmieciami, a wracając przyniósł plik kopert ze skrzynki.
- Matka, poczta przyszła – oznajmił, przyglądając się z zaciekawieniem kopertom.
Widząc tak masowy napływ korespondencji, otworzyłam szerzej oczy. Z reguły moja realna skrzynka pocztowa świeci pustkami, nie licząc ulotek, reklam marketów. Moje zdziwienie sięgnęło zenitu, kiedy na wszystkich kopertach odczytałam dane nadawcy.
Komunikacja miejska? Pamięć mam dobrą. Z takową firmą nie korespondowałam, tym bardziej za pomocą tradycyjnej poczty, która działa jak działa.
W pierwszej chwili przeszło mi przez myśl, że może porozsyłali reklamy zachęcające do korzystania z ich usług. Pasażerów nie mają, czy jak?
No nic, otwieramy.
Jedna z kopert poszła na pierwszy ogień. „Wezwanie do zapłaty.” WTF? Zamrugałam oczkami. Może jeszcze śpię, może kawa nie działa, może moje myśli pomknęły nie w tę stronę, którą trzeba, a wzrok płata figle? Wczytałam się uważniej w treść, z której jasno wynikało, że Gimbusówna wsiadając w tramwaj, bądź autobus zapomniała o tak prozaicznej czynności jak wcześniejszy zakup i następne skasowanie biletu.
Zaraz... zaraz... Przecież zapłaciłam ostatnio podobny mandat, tyle, że pokazany mi przez Gimbusównę na zielonym druczku. I z tego co pamiętam wyłuszczyłam jasno dziecięciu swoje zdanie na temat jazdy na gapę. Łącznie ze szlabanem na przyjemności, dopóki nie odrobi kasy, która uszczupliła moje konto. Przyjrzałam się uważniej pismu. Wynikało z niego, że sprawa nie dotyczy zapłaconych wcześniej pieniędzy w niemałej kwocie ok. 160zł. Sprawa jest sprawą zupełnie nową...
- Technikus, pokaż mi dziecko pozostałe listy...
Pozostałe listy wyglądały podobnie. Różniła je tylko data i numer sprawy. I kwota na nich podana czasami różniła się o kilka groszy, wciąż jednak oscylowała wokoło magicznego 160zł.
Przez głowę przemknęła mi myśl, że Gimbusówna może i jest Gimbusówną, ale chyba nie jest aż tak gimbusowa, aby popełniać ten sam błąd kilka kolejnych razy? Może w komunikacji miejskiej się pomylili?
Trzeba to było wyjaśnić.
Ciśnienie podskoczyło mi w górę, bo kopert było kilka. Kilka razy po 160zł... Może moja dziecina uznała, że matka wygrała w lotto? I z wielką przyjemnością dołoży się do firmy oferującej przewóz pasażerów, a gratisowo dorzuci kilka nowych środków transportu do owego przewozu?
- Gimbusówna! – wydarłam się, czując, że krzyk po części uwalnia mnie od złości, powoli przeradzającej się w furię.
- Nooooo? – dotarło do mnie, leniwie wypowiedziane.
- Nie żadne nooooo, tylko przyjdź tu do mnie – wolałam pozostać w swojej ostoi, gdzie nie mam dostępu do rzeczy ciężkich, ostrych, które mogłyby zostać w tej chwili spożytkowane niezupełnie zgodnie z przeznaczeniem.
- Wyjaśnij mi co to jest – wskazałam ręką leżące pisma, gdy tylko dziecina z naburmuszoną miną dotarła do pokoju.
Trybiki w mózgu zaczynały zgrzytać, a błękitne oczka śledziły literki. Ja zaś zaczynałam odczuwać nieodpartą pokusę wydłubania tych niebieskich oczek. Obojętnie czym.
- Yyyy – Gimbusówna popatrzyła na mnie nieufnie – Nie wiem, to nie moje – od razu zastosowała popularny u gimbazy mechanizm zaprzeczenia.
- Jak nie twoje, jak są tam twoje dane?
- Ale ja nie jechałam!
- Gimbusówna.... – zawiesiłam ostrzegawczo głos. – Masz sobowtóra, który podróżuje po okolicy i podaje się za ciebie? Może twój duch oddzielił się od reszty ciała i sam postanowił pozwiedzać miasta ościenne?
- Ale ja nie mam mandatów – dziecina szła w zaparte – Niech ci udowodnią, że to ja jechałam i mnie spisali!
Ręce zaczęły mnie świerzbić. Powstrzymałam się od wstania z krzesła i potrząśnięcia dziecięciem tak, aby to coś, co zostało z jej mózgu zaczęło funkcjonować. Przynajmniej w stopniu ułatwiającym porozumiewanie się.
- Gimbusówna... – zaczęłam jeszcze spokojnie. „Jestem zajebiście wyluzowanym, opanowanym, pieprzonym kwiatem lotosu. Wdech, wydech, wdech, wydech.” – To nie oni mają cokolwiek udowadniać. Na wezwaniu są twoje dane, numer linii, daty i informacja o skierowaniu sprawy do sądu w przypadku nieuregulowania należności. Wszyscy wiemy jak kończy się nie zapłacenie długu. Sąd, komornik, masa nieprzyjemności. Mam tu oczywiście na myśli przeciętnego podatnika, bo wiadomo, że tych na górze to nie obowiązuje. A z tego co wiem, to zarówno ty jak i ja, jesteśmy zwykłymi, szarymi podatnikami, bo nie przypominam sobie, abym babrała się w korycie popularnie zwanym polityką, dzięki czemu mogłabyś takich rzeczy uniknąć powołując się na immunitet matki czy coś w tym rodzaju. I uwierz mi dziecko, że jeśli wystawili wezwanie do zapłaty to zapewne mają u siebie kopię mandatu, który ty być może wywaliłaś. Pamiętasz ten zielony druczek, który mi pokazałaś jakiś czas temu? Ten, który był przyczyną awantury i szlabanu? – spojrzałam na dziecinę, która z kolei stała i przyglądała się podłodze. – Pamiętasz o czym rozmawiałyśmy? Czy może niezbyt jasno wyraziłam wtedy swoje zdanie na temat jazdy bez biletu?
- Ten @#$%^ powiedział, że nie muszę płacić, bo komornik to sobie ściągnie z twojej wypłaty, albo podatku.
- Po pierwsze nie klnij, a po drugie co to znaczy, że nie musisz płacić?
- No on tak powiedział. Jak mu powiedziałam, że nie mam kasy i nie zapłacę.
- Gimbusówna... – ciśnienie podskoczyło mi w okolice 200/200, o ile takowe jest możliwe – czy ty sobie jaja robisz? Wiesz, ile to jest kasy?
Dziecina wzruszyła ramionami. Pogardliwie wzruszyła, co skłoniło mnie do złapania się za brzeg biurka, aby nie dać ponieść się emocjom i nie strzelić w blond łepek.
- Firmowych butów i tak mi nie kupisz – rzuciła bezczelnie – I to twoja wina, bo dałaś mi szlaban i nie chciałaś dać kasy! I nie dajesz mi kieszonkowego! I inne koleżanki to mają, a ja nie! I torby nowej nie chcesz mi kupić! I laptop mi się psuje i też nie dasz na nowy! I telefon mi się popsuł! – wyrzuciła z siebie, wielce obrażonym tonem.
- A wiesz, że po zapłaceniu tego – pomachałam plikiem wezwań – nowych rzeczy nie zobaczysz jeszcze długo? O jakiejkolwiek kasie możesz sobie zapomnieć. Wszystko pójdzie na spłacenie długu. – próbowałam jeszcze mówić spokojnie. – A i tak nie będę w stanie spłacić tego z jednej wypłaty, bo nie dość, że jej zabraknie, to za coś żyć trzeba! – tu już nie wytrzymałam i tym razem to z moich ust popłynął słowotok na temat nieodpowiedzialności dziecięcia.
Dziecię zaś stało i patrzyło na mnie jak na ufoludka, który tłumaczy zawiłą dziedzinę fizyki po chińsku. Nie docierało... noż jasna cholera, nie docierało...
Nie wiem czy to kolejny etap cofania się w rozwoju? Czy może wyjątkowa bezczelność i ignorancja? Niewiele pocieszyła mnie informacja, że podobno jeszcze kilka innych „uroczych gimnazjalnych aniołków” postawiło swoich rodziców przed faktem pozbycia się kasy z portfela. Bo im się wydawało, że są bezkarni... Bo skoro są nieletni, to nikt im nic nie może zrobić... Bo są jeszcze dziećmi... Bo w szkole mówili, że dzieci mają prawa...
Siła argumentów użytych przez Gimbusównę, gdy oddawała mi wymięte, zielone świstki mandatów, powaliła mnie w miejscu.
- Bo ja ci nie pokazałam tych mandatów, bo byłabyś zła i znowu dałabyś mi szlaban... – wystękała w końcu dziecina, przybierając ton i minę niewinnie udręczonej ofiary, mającej matkę sadystkę, która za nic nie chce tryskać radością, mając w perspektywie oddanie wypłaty na długi zaciągnięte przez dziecko. Dziecko nastoletnie, które sądziło, że jak schowa mandat, a komornik ściągnie to sobie z pensji rodzica, to rodzic o niczym się nie dowie...
Niech mi ktoś powie, że Gimbusówna wyrośnie... zmądrzeje... jej mózg zacznie funkcjonować... Błagam!
I wiecie co? Nawet moja zwykła wredota i złośliwość zniknęły gdzieś, przytłoczone kwotą do zapłaty. Bez żadnej gwarancji, że w ciągu kolejnych tygodni, nie przyjdą do domu następne wezwania.
28 kwietnia 2014
20 kwietnia 2014
Wielkanoc
Jakiekolwiek Święta – jak co roku – napawają mnie pewną obawą co do zdolności umysłowych osobników szumnie zwanych ludźmi. Odnoszę wrażenie, że większości z nich święta, jakiekolwiek, kojarzą się z wybuchem wojny i koniecznością poczynienia zapasów w ilościach, które spokojnie starczyłby do wykarmienia połowy kuli ziemskiej. Kilka dni przed wiekopomnymi, corocznymi wydarzeniami, szarańcza zaczyna okupować markety, sklepy, targi, bazary, tak jakby od tego miało zależeć przetrwanie gatunku ludzkiego przez dwa, trzy dni wolnego od pracy. Aby było śmieszniej, święta wielkanocne związane są ściśle z religią, tak więc zastanawia mnie po jaką cholerę rzekomi ateiści ulegają modzie i pędzą do sklepów w tempie sugerującym, że właśnie nastąpiła tam wyprzedaż odpustów? Tak samo rozbawiło mnie pytanie Gimbusówny:
- A co dostanę na Zajączka?
- Zajączka? – powtórzyłam, niczym w brazylijskiej telenoweli
- No tak, święta są, pisanki, zajączek, dostaje się prezenty...
- O ile dobrze pamiętam, to Wielkanoc to święto chrześcijańskie – przypomniałam dziecięciu – Ty sama uparcie uważasz, że Boga nie ma, nie wierzysz itp., to o jakim zajączku mówimy? – przybrałam mądry wyraz twarzy. A przynajmniej chciałam się postarać, aby takowy swemu licu nadać.
- Bo ty to wredna jesteś! – dziecię pokopytkowało do swojego pokoju.
- Ponoć – w duchu przyznałam jej rację.
Muszę powiedzieć, że ostatnimi czasy Gimbusówna przestaje mi dostarczać tematów do pisania. Z jednej strony to dobrze, bo istnieje nikły cień szansy, że jedyna szara komórka jakimś cudem zaczęła odżywać, ale z drugiej... brak tematów nieco mnie trapi. Zawsze jednak pozostają znajomi Gimbusówny i chociaż część z nich ów pełen rozterek wiek ma dawno już za sobą, to nader często ich zachowanie wskazuje na to, że nie jest to tak do końca udowodnione. Śmiem nawet pokusić się o stwierdzenie, że z bycia gimbusem ciężko wyrosnąć.
- To co z tym zajączkiem? – zaniepokojone dziecię pojawiło się na progu mojej ostoi.
- A co ma być? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Kolczyki już powyciągałam, uczę się... – niebieskie, niewinne oczęta spoczęły na mojej sylwetce.
- No i ? – odwzajemniłam spojrzenie.
Odpowiedzi nie doczekałam się. Pewnie dlatego, że Gimbusówna wróciła do swojego pokoju, nie zapomniawszy uprzednio trzasnąć drzwiami. Niedługo potem zza wspomnianych dobiegły słowa jednej z piosenek pochodzących z filmu Kraina Lodu.
„Mam tę mooooooc” – rozbrzmiało dźwięcznym głosem.
- Jeśli ją masz, to nie używaj jej do dewastowania drzwi – mruknęłam pod nosem wracając do gierki, którą podsunął mi Technikus, w ramach pozbycia się interwencji ciekawskiej matki. Tyle, że na niewiele mu to się zdało. Teraz to on został do interwencji zmuszony, poganiany moimi okrzykami: „Technikuuuuuus! Bo Ezio* mi znowu spadł z belki!!!!!!!!! I znowu ktoś tu czasówkę wymyślił! No przejdź mi tę misję!”. Tak więc Technikus niejako zmuszony został do ponownego przejścia trudniejszych rzeczy w grze, której sam już miał dość. A trudniejszą rzeczą okazywało się prawie wszystko, pomijając zbieranie dropu ze skrzynek, dachów, czy zabitych strażników.
- Matka, bo to jest skrytobójca, Asasyn, a nie Rambo, który wpada w sam środek walki i rozwala wszystko dookoła. – tłumaczył mi cierpliwie, kiedy kolejny raz nie docierało do mnie, że postać ma się skradać, a nie wpadać i wybijać wszystko jak leci. Łącznie z cywilami... Pewnie dlatego część misji była dla mnie nie do przejścia... Na szczęście obietnica spaghetti zrobiła swoje i przebrnęłam (raczej przebrnęliśmy) przez całość.
A wracając do Wielkanocy. Kiedy już udało mi się dokonać niezbędnych, podstawowych zakupów, lawirując pomiędzy opętanymi szaleństwem ludźmi, wyrywającymi sobie z rąk barwniki do jajek, z ciężkim westchnieniem ulgi zasiadłam przed kompem. Włączyłam ulubioną muzyczkę i zagłębiłam w swoich rozmyślaniach. W perspektywie miałam trzy dni słodkiego nieróbstwa. Mogłam pisać, czytać, męczyć Ezio skokami. Wizyty rodzinne odpuściłam sobie od razu. Nie lubię ich i nie zamierzam uśmiechać uprzejmie i miło, kiedy nie mam na to nastroju. Młodzież chce, niech idzie...
Zdobyłam się jeszcze na wysiłek przygotowania jedzenia, postawienia na stole świątecznego koszyczka z cukierkami i na tym moje dobre chęci skończyły się. Zaopatrzona w słodycze, pomknęłam do siebie, by zaszyć się w kąciku ciszy i spokoju.
Niedługo potem tętent raciczek Gimbusówny rozbrzmiał złowieszczo. Dziecię nadchodziło.
- Patrz co mam! – wykrzyknęła radośnie, prezentując spodnie.
Przyjrzałam się im z pewną obawą. Moja nadzieja, że szara komórka w główce Gibmusówny zaczęła ożywiać się, zniknęła bezpowrotnie. Coś, szumnie nazwane spodniami, opinało szczupłe nogi Gimbusówny aż po same uda, poszarpanymi „artystycznie” nogawkami, czyli tak jakby dziecina właśnie przed chwilą stoczyła zażarty bój z tygrysem i ten pozostawił na nogawkach ślady swoich pazurów. Powyżej ud znajdował się luźny kawał materiału. „Bo to jest opuszczony krok! A ty się matka nie znasz!” objaśniło mnie dziecię, kiedy zasugerowałam, że tam to jest chyba miejsce na pampersa. Zapewne przydatnego po spotkaniu z owym tygrysem. Wyżej było już normalnie. Czyli reszta spodni była na właściwym miejscu.
- Zamierzasz w tym wyjść na ulicę? – spytałam z lękiem.
Naprawdę, poczułam ów lęk. Chyba jednak Gimbusówna nie jest aż tak gimbusowa, aby latać z pampersem po ulicy w wieku nastu lat?
- Taka jest moda!
Ach...no tak... Te trzy krótkie słówka wyjaśniały wszystko. Skoro taka jest moda... To może ja, człowiek konserwatywny, lepiej nie wtrącam się w to, o czym nie mam bladego pojęcia.
- Dobrze, dobrze – odparłam ugodowo, postanawiając wrócić w znacznie bezpieczniejszy świat pełen brutalnych morderstw, intryg, poszukiwań Fragmentów Edenu.
Ucieszone dziecię pognało do siebie, a ja patrząc na kolejnego przeciwnika, któremu właśnie Ezio podrzynał gardło, pożałowałam, że czasami nie można tego samego zrobić w świecie rzeczywistym, z niektórymi ludźmi. To znaczy teoretycznie niby można, ale podejrzewam, że konsekwencje byłyby opłakane.
W każdym razie – Wesołych Świąt!
* postać z Assassin Creed
- A co dostanę na Zajączka?
- Zajączka? – powtórzyłam, niczym w brazylijskiej telenoweli
- No tak, święta są, pisanki, zajączek, dostaje się prezenty...
- O ile dobrze pamiętam, to Wielkanoc to święto chrześcijańskie – przypomniałam dziecięciu – Ty sama uparcie uważasz, że Boga nie ma, nie wierzysz itp., to o jakim zajączku mówimy? – przybrałam mądry wyraz twarzy. A przynajmniej chciałam się postarać, aby takowy swemu licu nadać.
- Bo ty to wredna jesteś! – dziecię pokopytkowało do swojego pokoju.
- Ponoć – w duchu przyznałam jej rację.
Muszę powiedzieć, że ostatnimi czasy Gimbusówna przestaje mi dostarczać tematów do pisania. Z jednej strony to dobrze, bo istnieje nikły cień szansy, że jedyna szara komórka jakimś cudem zaczęła odżywać, ale z drugiej... brak tematów nieco mnie trapi. Zawsze jednak pozostają znajomi Gimbusówny i chociaż część z nich ów pełen rozterek wiek ma dawno już za sobą, to nader często ich zachowanie wskazuje na to, że nie jest to tak do końca udowodnione. Śmiem nawet pokusić się o stwierdzenie, że z bycia gimbusem ciężko wyrosnąć.
- To co z tym zajączkiem? – zaniepokojone dziecię pojawiło się na progu mojej ostoi.
- A co ma być? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Kolczyki już powyciągałam, uczę się... – niebieskie, niewinne oczęta spoczęły na mojej sylwetce.
- No i ? – odwzajemniłam spojrzenie.
Odpowiedzi nie doczekałam się. Pewnie dlatego, że Gimbusówna wróciła do swojego pokoju, nie zapomniawszy uprzednio trzasnąć drzwiami. Niedługo potem zza wspomnianych dobiegły słowa jednej z piosenek pochodzących z filmu Kraina Lodu.
„Mam tę mooooooc” – rozbrzmiało dźwięcznym głosem.
- Jeśli ją masz, to nie używaj jej do dewastowania drzwi – mruknęłam pod nosem wracając do gierki, którą podsunął mi Technikus, w ramach pozbycia się interwencji ciekawskiej matki. Tyle, że na niewiele mu to się zdało. Teraz to on został do interwencji zmuszony, poganiany moimi okrzykami: „Technikuuuuuus! Bo Ezio* mi znowu spadł z belki!!!!!!!!! I znowu ktoś tu czasówkę wymyślił! No przejdź mi tę misję!”. Tak więc Technikus niejako zmuszony został do ponownego przejścia trudniejszych rzeczy w grze, której sam już miał dość. A trudniejszą rzeczą okazywało się prawie wszystko, pomijając zbieranie dropu ze skrzynek, dachów, czy zabitych strażników.
- Matka, bo to jest skrytobójca, Asasyn, a nie Rambo, który wpada w sam środek walki i rozwala wszystko dookoła. – tłumaczył mi cierpliwie, kiedy kolejny raz nie docierało do mnie, że postać ma się skradać, a nie wpadać i wybijać wszystko jak leci. Łącznie z cywilami... Pewnie dlatego część misji była dla mnie nie do przejścia... Na szczęście obietnica spaghetti zrobiła swoje i przebrnęłam (raczej przebrnęliśmy) przez całość.
A wracając do Wielkanocy. Kiedy już udało mi się dokonać niezbędnych, podstawowych zakupów, lawirując pomiędzy opętanymi szaleństwem ludźmi, wyrywającymi sobie z rąk barwniki do jajek, z ciężkim westchnieniem ulgi zasiadłam przed kompem. Włączyłam ulubioną muzyczkę i zagłębiłam w swoich rozmyślaniach. W perspektywie miałam trzy dni słodkiego nieróbstwa. Mogłam pisać, czytać, męczyć Ezio skokami. Wizyty rodzinne odpuściłam sobie od razu. Nie lubię ich i nie zamierzam uśmiechać uprzejmie i miło, kiedy nie mam na to nastroju. Młodzież chce, niech idzie...
Zdobyłam się jeszcze na wysiłek przygotowania jedzenia, postawienia na stole świątecznego koszyczka z cukierkami i na tym moje dobre chęci skończyły się. Zaopatrzona w słodycze, pomknęłam do siebie, by zaszyć się w kąciku ciszy i spokoju.
Niedługo potem tętent raciczek Gimbusówny rozbrzmiał złowieszczo. Dziecię nadchodziło.
- Patrz co mam! – wykrzyknęła radośnie, prezentując spodnie.
Przyjrzałam się im z pewną obawą. Moja nadzieja, że szara komórka w główce Gibmusówny zaczęła ożywiać się, zniknęła bezpowrotnie. Coś, szumnie nazwane spodniami, opinało szczupłe nogi Gimbusówny aż po same uda, poszarpanymi „artystycznie” nogawkami, czyli tak jakby dziecina właśnie przed chwilą stoczyła zażarty bój z tygrysem i ten pozostawił na nogawkach ślady swoich pazurów. Powyżej ud znajdował się luźny kawał materiału. „Bo to jest opuszczony krok! A ty się matka nie znasz!” objaśniło mnie dziecię, kiedy zasugerowałam, że tam to jest chyba miejsce na pampersa. Zapewne przydatnego po spotkaniu z owym tygrysem. Wyżej było już normalnie. Czyli reszta spodni była na właściwym miejscu.
- Zamierzasz w tym wyjść na ulicę? – spytałam z lękiem.
Naprawdę, poczułam ów lęk. Chyba jednak Gimbusówna nie jest aż tak gimbusowa, aby latać z pampersem po ulicy w wieku nastu lat?
- Taka jest moda!
Ach...no tak... Te trzy krótkie słówka wyjaśniały wszystko. Skoro taka jest moda... To może ja, człowiek konserwatywny, lepiej nie wtrącam się w to, o czym nie mam bladego pojęcia.
- Dobrze, dobrze – odparłam ugodowo, postanawiając wrócić w znacznie bezpieczniejszy świat pełen brutalnych morderstw, intryg, poszukiwań Fragmentów Edenu.
Ucieszone dziecię pognało do siebie, a ja patrząc na kolejnego przeciwnika, któremu właśnie Ezio podrzynał gardło, pożałowałam, że czasami nie można tego samego zrobić w świecie rzeczywistym, z niektórymi ludźmi. To znaczy teoretycznie niby można, ale podejrzewam, że konsekwencje byłyby opłakane.
W każdym razie – Wesołych Świąt!
* postać z Assassin Creed
03 kwietnia 2014
Bo on nie uprzedził!
Podziwiam niektórych nauczycieli, że mają siłę wykonywać swoją pracę. Jeszcze większy szacunek i zachwyt budzą we mnie ci, którzy próbują nauczyć gimnazjalistów czegokolwiek. Chociażby tego, aby nie łazili po drzewach jak małpy. W pewnych przypadkach nawet to się udaje. Tak słyszałam ; )
Rozbawiła mnie kiedyś pewna sytuacja. Dzieciaczki w szkole podstawowej miały coś tam pozaliczać. Dostały na karteczce zapisane 5 – słownie: pięć – dat. I musiały się ich nauczyć. Oczywiście celem tego zaliczenia. Zapamiętanie 5 dat dla przeciętnego dwunastolatka nie powinno być problemem. Z przykrością stwierdzam, że było. I to tak wielkim, że polegli, próbując wykonać to zadanie.
Próbowałam przypomnieć sobie swoje czasy szkolne. Tak, wiem. Dawne czasy, jednak dinozaury już wtedy nie biegały : P Gdyby nauczyciel w ramach zaliczenia materiału kazał mi wkuć tylko 5 dat, to podejrzewam, że zrobiłabym to. Z uśmiechem na ustach. Jednak dorastająca młodzież ma ważniejsze rzeczy na głowie niż nauka.
Tak ważne, że gdy nauczyciel każe wyjąć kartki, bo chce sprawdzić stan wiedzy swoich uczniów, czy zaczyna odpytywanie, w główkach gimbusów zaczyna szaleć tajfun przerażenia.
Nie wiem co mnie podkusiło, aby tego dnia zerknąć na słynnego Librusa. Spojrzałam i załamałam się.
- Gimbusówna! Do mnie! – wrzasnęłam, czując, że moje ciśnienie zaczyna niebezpiecznie piąć się w górę, a spokój, cisza i opanowanie uciekają w najciemniejsze zakamarki mojej ostoi.
- Nooooooo – odparło flegmatycznie dziecię, stając na progu.
- Co to jest? – spytałam retorycznie, wskazując palcem na ekran monitora.
- Monitor? – Gimbusówna patrzyła na mnie jak na wariata.
- Dziecko, nie przeginaj... – warknęłam ostrzegawczo, niczym nasz pies przebudzony z drzemki.
- Nooooooo, Librus? – Gimbusówna próbowała zmusić do myślenia szarą komórkę.
Spojrzałam na nią, zastanawiając się czy zamordować dziecinę teraz, czy poczekać do zmroku, kiedy to łatwiej będzie wynieść z domu poćwiartowane zwłoki.
- Ojjjj, nooooooo, jedynki. I w czym problem? – niebieskie oczka dziecięcia patrzyły na mnie, a szara komórka iskrzyła, próbując pojąć jaki może być związek między monitorem, Librusem i jedynkami.
- Może tak jakieś wyjaśnienie? Co w ogóle mają znaczyć takie, a nie inne stopnie?
- Nooooo, bo pan nie uprzedził – padła wielce zawiła odpowiedź.
- O czym nie uprzedził
- Nooooo, że będzie pytał.
Zatkało mnie.
- Gimbusówna, chcesz mi powiedzieć, że nauczyciel ma uprzedzać o tym, że będzie pytał? – upewniłam się.
- Nooooo, a skąd mamy wiedzieć, że akurat tego dnia zapyta?
- Dziecino, a słyszałaś o czymś takim jak nauka? Odrabianie zadań domowych? Powtórzenie materiału przed lekcjami?
Niebieskie oczka patrzyły na mnie z niedowierzaniem. Zawsze tak patrzą, kiedy zaczynam truć o nauce.
- Nauczyciel ma prawo odpytać z materiału, który był na poprzedniej lekcji
- Nooooo, ale w kodeksie ucznia... – zaczęła obronnie
- Nie wyjeżdżaj mi tu z kodeksem ucznia – najlepszą obroną jest atak – bo jak ja ci wyjadę z zakresem twoich domowych i szkolnych obowiązków, to doby ci nie wystarczy na ich wykonanie – zagroziłam.
- Noooo, bo ty to zawsze się czepiasz! A on nam nie powiedział, że będzie pytał! To jego wina! – wrzasnęła, po czym ciężko obrażona poszła do siebie.
Ręce mi opadły. To wina nauczyciela, że nie uprzedził gimbazy, że może sprawdzić ich wiedzę.
- Podanie z prośbą o możliwość odpytania, czy zrobienia kartkówki ma wam wysłać? – wrzasnęłam za Gimbusówną.
Nie odpowiedziała, ale jak podejrzewam, woleliby chyba, aby owo podanie ukazało się na fejsie.
Zerknęłam jeszcze raz na stopnie dziecięcia.
Pamiętacie jeszcze powiedzenie, że uczeń bez dwói, to jak żołnierz bez karabinu? Gimbusówna jest tak uzbrojona, że starczyłoby tego do opanowania świata. Nawet Putin wymięka tutaj.
Rozbawiła mnie kiedyś pewna sytuacja. Dzieciaczki w szkole podstawowej miały coś tam pozaliczać. Dostały na karteczce zapisane 5 – słownie: pięć – dat. I musiały się ich nauczyć. Oczywiście celem tego zaliczenia. Zapamiętanie 5 dat dla przeciętnego dwunastolatka nie powinno być problemem. Z przykrością stwierdzam, że było. I to tak wielkim, że polegli, próbując wykonać to zadanie.
Próbowałam przypomnieć sobie swoje czasy szkolne. Tak, wiem. Dawne czasy, jednak dinozaury już wtedy nie biegały : P Gdyby nauczyciel w ramach zaliczenia materiału kazał mi wkuć tylko 5 dat, to podejrzewam, że zrobiłabym to. Z uśmiechem na ustach. Jednak dorastająca młodzież ma ważniejsze rzeczy na głowie niż nauka.
Tak ważne, że gdy nauczyciel każe wyjąć kartki, bo chce sprawdzić stan wiedzy swoich uczniów, czy zaczyna odpytywanie, w główkach gimbusów zaczyna szaleć tajfun przerażenia.
Nie wiem co mnie podkusiło, aby tego dnia zerknąć na słynnego Librusa. Spojrzałam i załamałam się.
- Gimbusówna! Do mnie! – wrzasnęłam, czując, że moje ciśnienie zaczyna niebezpiecznie piąć się w górę, a spokój, cisza i opanowanie uciekają w najciemniejsze zakamarki mojej ostoi.
- Nooooooo – odparło flegmatycznie dziecię, stając na progu.
- Co to jest? – spytałam retorycznie, wskazując palcem na ekran monitora.
- Monitor? – Gimbusówna patrzyła na mnie jak na wariata.
- Dziecko, nie przeginaj... – warknęłam ostrzegawczo, niczym nasz pies przebudzony z drzemki.
- Nooooooo, Librus? – Gimbusówna próbowała zmusić do myślenia szarą komórkę.
Spojrzałam na nią, zastanawiając się czy zamordować dziecinę teraz, czy poczekać do zmroku, kiedy to łatwiej będzie wynieść z domu poćwiartowane zwłoki.
- Ojjjj, nooooooo, jedynki. I w czym problem? – niebieskie oczka dziecięcia patrzyły na mnie, a szara komórka iskrzyła, próbując pojąć jaki może być związek między monitorem, Librusem i jedynkami.
- Może tak jakieś wyjaśnienie? Co w ogóle mają znaczyć takie, a nie inne stopnie?
- Nooooo, bo pan nie uprzedził – padła wielce zawiła odpowiedź.
- O czym nie uprzedził
- Nooooo, że będzie pytał.
Zatkało mnie.
- Gimbusówna, chcesz mi powiedzieć, że nauczyciel ma uprzedzać o tym, że będzie pytał? – upewniłam się.
- Nooooo, a skąd mamy wiedzieć, że akurat tego dnia zapyta?
- Dziecino, a słyszałaś o czymś takim jak nauka? Odrabianie zadań domowych? Powtórzenie materiału przed lekcjami?
Niebieskie oczka patrzyły na mnie z niedowierzaniem. Zawsze tak patrzą, kiedy zaczynam truć o nauce.
- Nauczyciel ma prawo odpytać z materiału, który był na poprzedniej lekcji
- Nooooo, ale w kodeksie ucznia... – zaczęła obronnie
- Nie wyjeżdżaj mi tu z kodeksem ucznia – najlepszą obroną jest atak – bo jak ja ci wyjadę z zakresem twoich domowych i szkolnych obowiązków, to doby ci nie wystarczy na ich wykonanie – zagroziłam.
- Noooo, bo ty to zawsze się czepiasz! A on nam nie powiedział, że będzie pytał! To jego wina! – wrzasnęła, po czym ciężko obrażona poszła do siebie.
Ręce mi opadły. To wina nauczyciela, że nie uprzedził gimbazy, że może sprawdzić ich wiedzę.
- Podanie z prośbą o możliwość odpytania, czy zrobienia kartkówki ma wam wysłać? – wrzasnęłam za Gimbusówną.
Nie odpowiedziała, ale jak podejrzewam, woleliby chyba, aby owo podanie ukazało się na fejsie.
Zerknęłam jeszcze raz na stopnie dziecięcia.
Pamiętacie jeszcze powiedzenie, że uczeń bez dwói, to jak żołnierz bez karabinu? Gimbusówna jest tak uzbrojona, że starczyłoby tego do opanowania świata. Nawet Putin wymięka tutaj.
Subskrybuj:
Posty (Atom)