Pokazywanie postów oznaczonych etykietą E.M.Thorhall. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą E.M.Thorhall. Pokaż wszystkie posty

10 maja 2019

Jak (nie)zapisać się na badanie


Jako, że Młodej (Gimbusównie) wykryto bradykardię, co skutkuje dosyć częstym wylogowywaniem się ze świata realnego i znacznie utrudnia życie, łącznie z nieotrzymaniem zdolności do pracy, postanowiłyśmy rozpocząć diagnozowanie. Skąd, co, dlaczego, jak temu zaradzić, aby Młoda mogła normalnie funkcjonować.
Wszystko szło w miarę gładko do momentu gdy dostałyśmy skierowanie na Tilt Test. To takie badanie pochylniowe.
Klinika w Zabrzu, w której Młoda jest pacjentką – niestety nie ma takiej pracowni.
Nie przejmowałam się tym zbytnio, bo w końcu mam wreszcie do dyspozycji samochód, jeździć lubię, to spoko, pośmigam z Młodą, zamiast nawalać w Wiedźmina.

Pierwszy szpital, w Rudzie Śląskiej, w którym można było wykonać to badanie. Tu poszło szybko – mieliśmy remont, nie mamy już pracowni, badania nie wykonujemy. A zresztą po co takie badanie? Teraz to już go się nie wykonuje.

Znalazłyśmy w internecie informację, że owo badanie można wykonać na ul. Ziołowej w Katowicach.
No to z powrotem w auto, wracamy na Zabrze po zmianę placówki na skierowaniu i lecimy na Katowice.
Wszystko fajnie, nawet udało mi się tam zaparkować – bo wiadomo Katowice totalnie zatłoczone – no ale zaliczyłyśmy wielkie zdziwienie.
Najpierw przegoniono nas po piętrach, z oddziału na oddział, bo może któryś Młodą przyjmie i zrobią jej badanie. Wiecie, to tak w ramach testu: jak ktoś z chorym sercem pozalicza te piętra, to albo się wykończy (wtedy widać naprawdę był chory), albo nic mu nie będzie (po co leczyć zdrowego?)
Potem okazało się, że owo badanie można zrobić tylko w pracowni tego szpitala. Jak dla mnie, to mogą to nawet robić w pracowni na parkingu, byle zrobili.
Jednak zapisanie się na badanie nie jest takie proste. Po pierwsze Młoda musi być pacjentką ichniejszej poradni kardiologicznej (czyli zrezygnować z Zabrza, zarejestrować się w Katowicach i może pod koniec roku albo w przyszłym lekarz ją przyjmie i wypisze (kolejne) skierowanie na to badanie...), albo leżeć na oddziale u nich. Niestety na oddział jej nie przyjmą, bo jest pacjentką kliniki w innym mieście...
Jak nas poinformowano: jest jedno wyjście - jak zemdleje w Katowicach (najlepiej w okolicy szpitala), to wtedy karetka ją tu przywiezie no i zrobią badanie...
No, ale bez przesady – tu wyszła ze mnie wredna matka. Nie będę codziennie wozić Młodej po Ochojcu i czekać, aż mi odpłynie w aucie.

Nie pozostało nic innego jak wrócić do Zabrza i poinformować o zaistniałej sytuacji. Lekarz prowadzący posprawdzał i okazało się, że Tilt Test na pewno robi szpital na ul. Legionów w Bytomiu. Odpowiednie skierowanie zostały wypisane i można ruszać w drogę.
Nauczona doświadczeniem bezsensownego przejeżdżania kilometrów od miasta do miasta, najpierw tam zadzwoniłam. Połączono mnie z kardiologią i przedstawiłam miłej pani sytuację. Okazało się, że oczywiście, mają pracownię, robią. Pani nawet mi przedstawiła jak to będzie wyglądać, i że mam tylko przywieźć skierowanie, a oni ustalą termin przyjęcia Młodej na oddział.
Super! Kolejnego dnia z rana (bo rano będzie oddziałowa i ustali kiedy Młodą przyjmą) pocisnęłam na Bytom. I tu się zdziwiłam po raz kolejny: ale jak to? Kto pani kazał przyjechać? (Mój błąd, bo nie zapytałam o nazwisko osoby odbierającej telefon, ani nie nagrałam rozmowy – ale ja dosyć szybko uczę się na błędach). Kto pani w ogóle powiedział, że to zrobimy? Owszem jest pracownia, robimy to badanie, ale to ordynator musi wyrazić zgodę. Niech pani przyjedzie jutro z rana, szef ma dyżur, to będzie.
Wiecie co oznacza dla nocnego marka dotarcie gdzieś z rana? No masakra... Toż to środek nocy!
Jednak pozbierałam się i na wpół przytomna dotarłam do szpitala. I przestało być miło. Okazało się, że jednak szpital nie robi tego badania (zdaje się, że nagle im wyparowała pracownia), jak poinformował mnie sam szef oddziału, nie ma w ogóle takiej możliwości, a co za tym idzie nie przyjmą Młodej, no i poza tym: „taka ta klinika niby dobra w tym Zabrzu...”, „niech pani przekaże lekarzowi, żeby mi tu nie wysyłał pacjentów!”.

Miałam wystarczająco dużo czasu wracając do domu, by spróbować ogarnąć swoim mózgiem blondynki co się tu odjaniepawliło, ale przyznam, że dalej nie ogarniam.
Co to ma być? Pole bitwy lekarzy?
Oficjalnie są pracownie, w których można zrobić badanie (ale jednak ich nie ma), są oddziały, ale Młodej nie przyjmą, bo jest pacjentką Zabrza, bo nie przywiozła jej karetka, bo... cholera wie co.
Co prawda zostaje nam jeszcze opcja Wrocławia, Łodzi, ale jak dotrę tam z rana i spotka mnie to samo co w Bytomiu, to pójdę siedzieć za morderstwo.
Na razie czekam na odpowiedź NFZ – bo kto jak kto, ale chyba oni najlepiej powinni wiedzieć, które placówki ten Tilt Test robią, bo w końcu płacą tym placówkom za to.

Nawiasem mówiąc ta cała sytuacja przypomina mi tę, w efekcie której Młoda sama musiała ściągnąć sobie gips z całej nogi (po wypadku), bo termin miała na maj, a był luty... Żadna poradnia nie chciała jej przyjąć (bo nie u nas zakładali, wracajcie na SOR, który to założył. Tyle, że na Sorze też nie chcieli zdjąć, bo od tego są poradnie...). Tak, że ten tego...







24 lipca 2018

Jak Thori przenosiła numer telefonu...


Przenoszenie numeru do innego operatora – level Thori.

Podejście 1: zróbmy to przez internet! Będzie szybko i bez wychodzenia z domu!
Początek łatwy, uzupełnienie danych, doczytanie czego tam ode mnie chcą w regulaminach itp. Wysłane!
Yyy – ale jak to nie ma żadnego potwierdzenia? Nic a nic? Zero maila, sms?
Ewidentnie coś nie gra. Szybki telefon na infolinię.
- Widać nie zarejestrowało i nie przyjęło zamówienia. Powinno być potwierdzenie. Może lepiej iść do salonu?

Podejście 2 – no to fru do salonu. Pechowo, bo kwadrans przed zamknięciem.
- Dzień dobry, chciałam przenieść numer.
- Proszę, proszę, zapraszamy itp. (kawki, herbatki, wody, jedzonka, jeszcze więcej uprzejmości i słodkości dla potencjalnego klienta? ;) )
- Dziękuję.
- Firma? Czy osoba indywidualna?
- Indywidualna.
Kobiecinie zrzedła mina. Westchnęła ciężko.
- A jaki abonament panią interesuje?
- Żaden. Wyłącznie karta. I wybrałam już ofertę, chcę (tu wyszczególniłam co mnie interesuje, a co jest dostępne – rzekomo od ręki).
I tu się kobiecina brzydko na mnie spojrzała. Skończyła się kawka, herbatka itp.
- A bo wie pani, to długo zajmie, już nie zdążymy – i gapi się, a w oczach widać: no weź spadaj stąd babo, my tu obsługujemy tylko firmy i abonentów, na przykład takich jak ten pan przy stanowisku obok, który dopiero wybiera ofertę, ale jaką ofertę wybiera! Ho, ho ho! Czego tu jeszcze siedzisz i zawracasz mi głowę? - Poza tym komputer się zawiesza – kreśli kółeczka na kartce – A naprawdę, bardzo długo przenosi się numer... i to sporo pracy jest... - i patrzy kobiecina na mnie wyczekująco.
Kurcze, a w internecie pisało, że to bardzo proste, szybkie – ach ten niedobry internet, kłamie oj kłamie, a raczej kłamie operator na swojej stronie.
- Czyli co? Nie da się dzisiaj? - lepiej zapytać.
- Niestety nie.
- A kiedy się da?
- Może jutro, albo pojutrze, gdyby pani podeszła... o, albo w sobotę!
Aha, pewnie kobieciny w sobotę nie ma i zrobiła sobie prostą kalkulację: niech ktoś inny się użera z użytkownikiem karty, który wie po co przyszedł i co chce.
- Rozumiem, dziękuję do widzenia.
Poszłam sobie, no bo co.

Podejście 3 – inny salon.
Od razu upewniłam się, do której godziny jest czynny. Ho, ho, ho! No przez kilka godzin da się chyba przenieść ten numer, a przynajmniej przyjąć zamówienie na przeniesienie, co nie?
Wyłuszczyłam z czym przyszłam, dopytałam, czy pani będzie miała czas itp. No i zonk. Czas jest, przenosi się ponoć szybko (no niemożliwe! Dziesięć minut temu usłyszałam, że jest wręcz przeciwnie), tyle, że mają awarię komputera czy internetu czy czegoś tam (nie zrozumiałam, nie dosłyszałam, bo upojona byłam opcją: da się przenieść! Szybko!) i nie wiadomo, kiedy naprawią...

Serio? Serio? Normalnie jakby wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że nie mam przenosić numeru...




01 stycznia 2018

Wpis nostalgiczny


Z zaskoczeniem odkryłam, że minęło prawie pięć lat bloga.
Muszę przyznać, że wiele się zmieniło od czasu pierwszego wpisu.
Gimbusówna nie jest już Gimbusówną, a młodą kobietą. Wydoroślała i przyznam, że jestem z niej dumna. Wyrosła na pewną siebie młodą kobietę, wie czego chce i dąży do tego, owszem ma jeszcze czasami "humorki", ale osiągnęła wiele i bardzo się zmieniła. Mówiąc "poetycko": gąsienica przeobraziła się w motyla i po świecie zadowolona popyla :)
Technikus, czyli Młody Grizzli pozostał taki jak był: wciąż dopisuje mu poczucie humoru, nadal część wypowiedzi nacechowana jest sarkazmem, a jego cięte riposty, czy teksty nasycone czarnym humorem niezmiennie wywołują uśmiech na mojej twarzy.
Czytając wpisy sprzed lat zauważyłam jak wiele zmieniło się w naszym życiu. Nadeszło sporo fajnych zmian, które uczyniły życie lepszym, pełniejszym, pozwoliły się rozwinąć.
Zrealizowało się kilka marzeń (no dobra, prawie wszystkie, które były dla mnie ważne kilka lat temu), a kolejne realizują się teraz.
Co prawda nieco mniej czasu mam na prowadzenie tego bloga, ale za to wyżywam się pisarsko w tekstach, scenariuszach, opowiadaniach.
Gdyby pięć lat temu ktoś powiedział mi, że będę robić to co robię i będę żyć tak jak żyję i wszystko się poukłada w ten cudowny sposób, to padłabym ze śmiechu.
A jednak...
Dlaczego piszę tego posta?
Bo czasami sami nie zauważamy tego co przeżyliśmy, co się zmieniło, nad wieloma świetnymi dla nas rzeczami przechodzimy do porządku codziennego, machając dłonią: ano tak, coś tam takiego się wydarzyło.
Przyznam, że gdyby nie przejrzenie wpisów z archiwum, również bym tego nie dostrzegła.
Dlatego warto prowadzić swoje zapiski, notki, które po latach przypomną nam jak wiele dobrych zmian przechodzimy i jak bardzo my sami się zmieniamy.

19 września 2017

Rozmówki z Młodym (17)

Heroiczna próba wyciągnięcia nolife z domu, czyli rozmówki z Młodym.

Ja – Młody, pojedziesz z nami do skansenu?
Młody – Byłem już w skansenie.
J- Ale wiesz, będzie impreza, Dzień Kartofla, będą pokazywać kiszenie kapusty.
M – Wiem jak się kisi kapustę, depta się ją
J- Będą też wykopki, zbieranie ziemniaków, wiesz, takie wiejskie klimaty, fajnie będzie.
M- Mam to na co dzień za oknem, wokoło domu.
J- Młody, ale ty rzadko wychodzisz z domu.
M- Jak tak bardzo będę chciał, to włączę sobie symulator farmy.

Poddałam się.

20 czerwca 2017

Fanka kwiatków

Moja matka jest fanką kwiatów. Tfu, wróć. Nie fanką. Fanatyczką. Albo fanatyczną maniaczką . I nie chodzi tu o to, że lubi dostawać kwiatki, bo dalibyśmy jej jakiś wiecheć z okazji lub bez okazji, wstawiłaby go do wazonu, pogapiła się, ucieszyła jaką ma kochającą (czy pamiętającą o rocznicach) rodzinkę i byłby spokój. Ale nie... ona nie chce ciętych... Upiera się, że sama je wyhoduje...
Dopóki mieszkaliśmy w bloku był względny spokój. Bo ileż można doniczek postawić na parapecie? Na stojące, leżące, wiszące kwietniki, na których dałoby się upchnąć kolejne doniczki, w małym mieszkaniu nie było miejsca. Tak samo jak nie było miejsca na zapasowe gromadzenie doniczek, worków z ziemią, nawozów, odżywek czy innego ustrojstwa, rzekomo koniecznego do pielęgnacji zielska stojącego na parapetach.
Sytuacja się zmieniła po przeprowadzce do domku z ogródkiem. Normalnie ludzie cieszą się w takiej chwili. My też początkowo odczuwaliśmy radość, jednak zaczęła ona gasnąć w momencie, gdy matka rozejrzała się po terenie i w ekstazie oznajmiła głośno: O! Ile tu jest miejsca na kwiatki! Pies zawył, a kot schował się za nogi ojca. Wtedy zrozumieliśmy, że przeprowadzka to nie był najlepszy pomysł. Podejrzewamy jednak, że matka uważała zupełnie inaczej.
Na szczęście była jesień. To nas podtrzymywało na duchu. Ogródki mają to do siebie, że jesienią za wiele się nie podziała. Po cichu liczyliśmy więc, że do matki dotrze ta informacja i odpuści. A gdzie tam! Dowiedzieliśmy się, że jesienią trzeba wysadzić cebulki, żeby zakwitły na wiosnę. Konieczne jest też zaplanowanie co ma zakwitnąć, kiedy i w jakim miejscu. Należy więc od razu wydzielić to właściwe miejsce. Bo przecież po wiośnie przyjdzie lato i kolej na pozostałe rośliny. A ona musi wiedzieć, co potem sadzić. Rozumiecie. Już teraz, jesienią, musi wiedzieć, co posadzi w lecie, w miejscu kwiatków, które zakwitły wiosną i dokonując żywota przekwitły z początkiem lata.
Dla świętego spokoju ojciec wydzielił fragment ogródka, żeby mogła tam sobie sadzić co chce, ile chce i kiedy chce. Na resztę zaplanował trawnik. To jednak było za mało. Musieliśmy jeszcze na tym oddzielonym fragmencie porobić grządki (tam będą klomby, gazony i coś tam jeszcze – nie zrozumieliśmy co, bo matka nawijała jak w amoku), wydzielić miejsca przy chodniku prowadzącym do domu (podobno alejka z kwiatkami będzie ładnie wyglądać) i oddać matce miejsce w piwnicy (gdzieś musi przecież trzymać doniczki, sadzonki, nasiona i całą resztę, poza tym: miejsca w piwnicy mi żałujecie?). Dobrze, że piwnica wielka i nie trzeba było sąsiada prosić o przechowaniu opału na zimę.
Jesień minęła w miarę spokojnie. Cebulki wysadzone, kilka kupionych krzaków (one zakwitną za dwa lata!) osypane ładnie korą i liśćmi. Można było oczekiwać nadejścia zimy, bo więcej do roboty w ogródku nie było. Tak myśleliśmy...
Spadł pierwszy śnieg, a matka podejrzliwie wyglądała przez okno. Czy krzaki jej nie marzną, czy cebulkom nie będzie za zimno, czy przypadkiem pies lub kot nie przyglądają się brzydko temu co tam rośnie, albo będzie rosło. Potem zaczęła objeżdżać markety i ogrodnictwa w poszukiwaniu roślin odpowiednich do ogródka zimowego. Prawa jazdy nie ma, ktoś ją musiał wozić. W krótkim czasie poznaliśmy więc z ojcem rozmieszczenie wyżej wymienionych punktów w promieniu pięćdziesięciu kilometrów. Ku naszej silnie skrywanej radości (lepiej nie pokazywać przed kobietą, że człowieka cieszy się gdy nic nie kupiła), żaden z oferowanych tam towarów nie przypadł jej do gustu.
Mnie i ojcu zima mijała spokojnie (tylko idąc po węgiel do piwnicy potykaliśmy się o worki z ziemią i butelki z nawozami,czy też jakaś zapasowa doniczka zleciała nam na głowy. Kot przestał w ogóle odwiedzać piwnicę, a pies tkwił pod kanapą), ale matka marniała w oczach. Aż żal było patrzeć. Jako dobre dziecko podsunąłem jej komputer i gry typu: farma, zasiej i zbierz, wyhoduj marchewkę itp. Żebyście widzieli ten blask radości na jej twarzy! Zajęła się komputerową hodowlą! A my z ojcem przybiliśmy piątki.
Niestety gdy wszystko w grach już wysiała i czekała na wirtualne zbiory, zaczęła przeglądać internet. Tam odkryła strony dotyczące ogródków, ich zakładania, projektowania itp.
- Zima jest – mruknął ojciec. - Wiele nie podziała.
Chciałem mu wierzyć.
Nie doceniliśmy jednak matki...
Zaczęło projektować ogródek na kartkach. Zawzięcie coś tam rysowała, kreśliła, pisała, korzystając z bogatych zasobów internetowych. Tak ją to wciągnęło, że rośliny w grach zdążyły uschnąć i zmarnieć.
- Nie szkodzi – odparła, gdy zwróciliśmy jej na to uwagę – Zobaczcie jak będzie wyglądał nasz ogródek – rozpostarła przed naszymi oczami wielkie arkusze papieru, z precyzyjnie rozpisanymi planami. Nie rozumieliśmy co tam nabazgrała, ale wiedzieliśmy jedno: mamy z ojcem kłopoty. I to wielkie, sądząc po formacie zapisanych arkuszy.
- Może wiosna w tym roku nie nadejdzie? - odezwał się z nadzieją ojciec, gdy próbowaliśmy smętnie wyjrzeć przez okno. Próbowaliśmy, bo parapet standardowo zapchany był doniczkami. Zresztą nie tylko parapet. Piwnica już dawno przestała matce wystarczać. Teraz już część dużego stołu w warsztacie ojca zajmowały siewniki, w których matka zasadziła nasiona czegoś, co miało zacząć kiełkować i być rozsadzone na wiosnę. Obaj dostaliśmy zakaz wstępu do warsztatu, bo roślinki muszą mieć spokój. By uzyskać pozwolenie na wejście po śrubokręt trzeba było składać podanie, życiorys z trzema zdjeciami, a podanie i tak mogło zostać rozpatrzone negatywnie. Jednym słowem mieliśmy przewalone. Tak uważaliśmy.
Najgorsze miało dopiero nadejść. Mimo naszych nadziei, wiosna jednak postanowiła się ujawnić. Kot od razu zwiał na podwórze i chyba nie zamierzał wracać, a pies oczami błagał o zbudowanie budy, w której zazna nieco spokoju. Dla mnie i ojca ratunkiem okazała się codzienna ucieczka do pracy. Ba! Braliśmy nawet nadgodziny! Wychodziliśmy z domu bladym świtem, wracaliśmy późnym wieczorem, po cichu podrzucając żarcie zwierzakom. Niestety nie uchroniło nas to przed wolnymi niedzielami. A te matka wykorzystywała na regularne odwiedzanie wszelkich możliwych punktów sprzedaży roślin w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Oczywiście, jak już wcześniej wspominałem, ktoś ją musiał wozić i ktoś musiał targać za nią cały ten asortyment do auta. Wraz z ojcem cieszyliśmy się na nadejście poniedziałku jak dziecko na widok długo wyczekiwanego, wymarzonego prezentu.
Wiosna nie zdążyła jeszcze dobrze się rozgościć, a matka objęła w posiadanie dom, piwnicę, warsztat ojca, garaż i szopę na podwórzu. Buda psa została obwieszona doniczkami, a pies uciekł z niej z wyciem. Wszędzie były doniczki różnych rozmiarów, jedne z zawartością, inne bez, masa czegoś zielonego, co miało czasami jakieś kwiatki, worki z ziemią, nawozy, odżywki, siewniki, konewki i cholera wie co jeszcze. Matka zaś biegała jak kot z pęcherzem, coś sadziła, coś przesadzała, coś przycinała, coś wyrywała...
Jakby tego było mało, dogadała się z sąsiadami i zaczęli wymieniać się sadzonkami czy szczepkami roślin. Widząc kolejne sterty zielska, ojciec zaczął remontować strych, żebyśmy mieli (ojciec, ja, kot i pies) azyl. Ta inicjatywa niezmiernie ucieszyła matkę.
- Super! - zawołała radośnie – Teraz mogę kupić tę palmę w doniczce, bo akurat wejdzie mi na strych!
Ojciec zaprzestał remontu. Zaczął za to znikać na całe niedziele. Powiedział mi, że to tajemnica i dowiem się w odpowiednim czasie.
Nadeszło lato.
Zielska zaczęły kwitnąć. Pełno tego było. Gdzie by człowiek się nie ruszył, trafiał na doniczkę, albo grządkę. Nawet nauczyliśmy się chodzić tak, żeby przypadkiem na nic nie nadepnąć. Zwierzakom nieco trudniej przychodziła ta nauka. A matka pilnowała. Siedziała całymi dniami w ogródku, plewiła, podlewała, oglądała i pilnowała... Do tego stopnia pilnowała, że zażądała zamontowania kamer. Oczywiście z widokiem na kwiatki. Wracała po całym dniu siedzenia w ogródku do domu i sprawdzała na kamerach, czy poprzedniej nocy ktoś nie nadepnął na jakąś roślinę.
Weterynarz powiedział, że pies i kot wyliżą się.
Obaj z ojcem mieliśmy dosyć. Postanowiliśmy skosić trawnik. Tyle, że trawnika już prawie nie było, bo rosło tam coś zielonego. Cholera wie co to było. Wyczekaliśmy na moment, gdy matka pobiegła do sąsiadów po kolejne sadzonki i odpaliliśmy kosiarkę.
- Zielone jak trawa, co nie? - mruknął ojciec, brutalnie przejeżdżając po miejscu, które miało być trawnikiem.
Tego co działo się po powrocie matki, nie chcielibyście wiedzieć. Tak chyba wygląda koniec świata. Cudem przeżyliśmy.

Ze szpitala wypisali nas wczoraj, ale matka o tym jeszcze nie wie. Póki co siedzimy razem z kotem i psem na drugim końcu wsi w schronie, który wybudował ojciec w czasie gdy znikał na całe niedziele. Nie ma tu żadnych kwiatków. Jest dobrze. Ojciec mówi, że na zimę wrócimy do domu.

06 maja 2017

Rozmówki z Młodym (16)

Wczoraj byliśmy na zakupach. Wpadła mi w oko sukienka. No zarąbista normalnie. Cudo. W przymierzalni się okazało, że ja sukience nie przypadłam do gustu w ogóle. Za nic nie chciała się na mnie dopiąć. Noż szlag by to trafił…
Dzisiaj wieczorem wołam Młodego:
- Chodź, przejdziemy się z psem na spacer.
Młody wylazł z pokoju, popatrzył dziwnie na moje adidasy, dres.
- No chodź Młody. Tam po drodze jest siłownia na świeżym powietrzu. Nie można tak wciąż w domu siedzieć. Trzeba się czasami poruszać.
- Co matka… zabolało, że sukienka nie pasowała?

16 lutego 2017

Zakupy

Nie lubię robić zakupów w marketach. Małe sklepiki – jeszcze ujdą. Popularna Biedra czy Lidl – też. Małe toto w miarę i wiadomo gdzie czego szukać. Jednak czasami człowieka podkusi wleźć do czegoś większego. Tak też stało się ostatnio.
Questy były dwa i brzmiały:
1. Kup (konkretną – czyli tę, którą chcę) odżywkę do włosów.
2. Kup barszcz Winiary w pudełku.
Proste, co nie? Tylko pozornie.
Sklepiki osiedlowe – brak. Pozostałe minimarkeciki, w których jestem w stanie znieść zakupy – brak. Jako, że załatwialiśmy z Dużym kilka innych spraw, zajechaliśmy pod market. Duży polazł na myjnię, celem usunięcia z naszego środka transportu tego czegoś co się do niego poprzylepiało, a co zwykle nazywane jest brudem. Dużo tego było, to i Duży miał zajęcie na dłużej. Przynajmniej teraz widać jakie auto ma kształty i kolor ;)
Ja dzielnie polazłam do marketu, celem wykonania questów.
Problemy zaczęły się już przy pierwszym, ale z łatwością je pokonałam. To znaczy po kilkukrotnym obejściu środka marketu udało mi się znaleźć drogerię. Schowali ją tak, że trafienie do niej oznaczało przelezienie iluś tam set metrów. A po drodze pełno różnych innych sklepików, stoisk, którymi nie byłam zainteresowana w najmniejszym stopniu. Widać jednak inni byli, bo łazili i łazili i włazili mi pod nogi, gdy dzielnie prułam w to jedno, konkretne miejsce. Spacery sobie chyba tam jakieś robili, chociaż nie jestem do końca pewna, czy przypadkiem nie trafiłam na jakiś zlot fanów łażenia po śliskich ścieżkach marketowych.
Dotarłam do drogerii i ku mojemu miłemu zaskoczeniu odżywki były zaraz przy wejściu i kasie. No i super. Pierwszy quest zaliczony. Mam odżywkę!
Polazłam dalej, zaliczać quest drugi.
Tu już zaczęły się schody. Nie w sensie schodów w markecie, ale w sensie trudności. Nie mogłam znaleźć wejścia do owego przybytku. Udało mi to się dopiero po kolejnych kilku okrążeniach środka marketu. Ufff.
Niestety wejście było od razu na jakiś dział z ciuchami i artykułami sezonowymi. A mnie interesowała spożywka, a konkretnie barszcz. Na wszelki wypadek zerknęłam czy nie wrzucili tego czego szukam, pomiędzy sanki, ciuchy, majtki i całą tę odzieżową resztę. No nie wrzucili.
Ku mojemu utrapieniu mijałam kolejne alejki, a spożywki ani śladu. Nocniki? Proszę bardzo. Akcesoria dla zwierzaków? Są. Środki czystości? Ile dusza zapragnie. A spożywki ni chu chu.
Miałam wrażenie, że przemierzam dzikie ostępy marketu w poszukiwaniu czegoś zupełnie nieosiągalnego. Czegoś, co być może jest tylko wytworem mojej wyobraźni. Serio, poczułam się jak główna bohaterka powieści fantasy, która otrzymała arcytrudne zadanie zdobycia unikalnego artefaktu, ukrytego głęboko pod ziemią, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami, pagórkami, dolinami, kopalniami, kamieniołomami itp.
Po iluś tam minutowym(wydawało mi się, że wiekowym) błądzeniu dotarłam do kosmetyków. To chyba dobrze. Krem do twarzy = twarz. Twarz = usta, w usta wkładamy jedzenie, jedzenie = barszcz, czyli... spożywka chyba jest gdzieś blisko. No, bo od majtek to trochę daleko było : P
Okolica półek z mleczkami do demakijażu wydała mi się podejrzanie znajoma. Znaczy się, gdzieś już ją kiedyś widziałam. Moje oczęta zatrzymały się na słupie (czy cholera wie co to jest, ale stoi w markecie i jest duże, prostokątne, czasami wisi na tym czytnik do sprawdzania cen), który zasłaniał część półki. Poczułam deja vu. W takim miejscu było chyba moje mleczko do demakijażu. Schyliłam się, by dojrzeć co stoi na dolnej półce. Bingo! Moje mleczko! Ukryte przed wścibskim wzrokiem innych klientów tego przybytku, dodatkowo zasłonięte jakimiś innymi bzdetami. No, bo który sprzedawca nastawiony wyłącznie na zysk wystawi dobry, tani produkt przed oczy maniakom zakupów, skoro mogą kupić drogi i tandetny. Dorwałam mleczka (dwa na zapas, żeby znowu nie musieć przyjeżdżać do marketu) i wyruszyłam na dalsze poszukiwanie barszczu. Po drodze zgarnęłam sól do kąpieli, której na próżno szukać w małych sklepikach, a którą w markecie też nieraz trzeba odkopać z dolnej półki. Bo cenowo nie nadaje się na te wyżej. A potem moim oczom ukazała się spożywka! Wreszcie! Jednak nie mogło być łatwo. Spożywka spożywką, ale to kilkanaście kolejnych alejek, w których zalegały regały z towarem. I szukaj tu tego po co przyszłaś...
Poddałam się przy przyprawach. Po zaliczeniu iluś tam nieopisanych alejek. Znaczy się mniej więcej opisane były. Skłaniałabym się ku opcji: mniej. Dopiero w alejce na regale pisało, co znajduje się na półkach.
Gdyby ktoś wywiesił nad regałami napis: tu są soki, tu mleka, tu przyprawy – byłoby znacznie lepiej.
Albo gdyby przy wejściu dawali mapkę...
Jak wspominałam, poddałam się przy przyprawach. Nogi mi już właziły do d..., w łapkach miałam sól i mleczka, i makaron, i kaszę. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko barszczu. Zaczepiłam pracownicę marketu.
- Gdzie znajdę barszcz czerwony Winiary?
Kobieta spojrzała na mnie jak na ufoludka.
- Taki w pudełku, o takim podobnym jak te sosy – wskazałam kobiecie pudełka z sosami.
- Eeee – zawiesiła się.
Zarąbiście... jak ją zresetować? Żeby zadziałała? Na szczęście po dłuższej chwili coś się w kobiecie odblokowało.
- Na zupach – oznajmiła radośnie.
- Dobra, a gdzie te zupy? - w moich oczach pojawiła się błagalna prośba o przewodnika...
- Alejkę dalej.
Kurcze! Jestem prawie u celu! Z radości dostałam niespodziewany zastrzyk energii i popędziłam radośnie alejkę dalej.
Barszcz! Super! Jest mój barszcz! Znalazłam!
Quest zaliczony! To znaczy prawie zaliczony... Pozostało dotarcie do kas i wyjście z marketu.
Po kolejnym błądzeniu pomiędzy regałami – normalnie labirynt – miałam ochotę włożyć cokolwiek do torebki. Może pojawiłby się ochroniarz i mnie zgarnął w stronę kas. Na szczęście na końcu jednej z alejek ukazało się światełko w tunelu, czyli coś, co przypominało barierki przy kasach. Pognałam w tamtą stronę. Tak! Znalazłam kasy! Zapłaciłam, spakowałam zakupy i...
!@#$% a gdzie teraz dalej? Jak stąd wyjść? Rozejrzałam się bezradnie. Może zadzwonić po Dużego? E, no bez przesady. W końcu ludzie jakoś stąd wychodzą, co nie?
Pozostało mi znowu zrobić kilka okrążeń w środku, żeby trafić na wyjście.
Kiedy poczułam powiew powietrza i dostrzegłam rozsuwane drzwi zwiastujące możliwość wyjścia, prawie popłakałam się z radości. Jestem uratowana! Wolność!

01 stycznia 2017

Rozmówki z Młodym (14)

Noc długa ;) Podrzucam Młodemu artykuł o robaczkach (koszenila – taki barwnik pozyskiwany z pluskwiaków) w serkach czy jogurtach i nie tylko.
- Mlody, patrz! Już nigdy nie kupię tego serka!
- E tam, to jest barwnik, do robienia kolorków.
- Błeeeee
- Gorsze rzeczy się już w życiu jadło, np. parówki.

09 grudnia 2016

Rozmówki z Młodym (13)

Nikt nie mówił, że w życiu będzie łatwo. Ostatnio mam nieco pod górkę, znaczy się nastąpiła aktualizacja lęków itp. Zdaje się, że z racji pory roku (tak, to zima temu winna – i tej wersji będę się trzymać) dorzucono kilka „bonusów” takich jak bezsenność, panika i inne utrapienia.
W każdym razie Młody próbuje pomagać. Siedzimy w nocy, nawijamy przez net, Młody dzielnie wysyła gify, rozśmiesza, opowiada, nie zrzędzi, nie marudzi. W końcu pytam:
- Młody, a co ty dzisiaj taki wyrozumiały?
- Bo wstałem niedawno i jeszcze się moja socjopatyczna strona do końca nie obudziła. Nie marudź i korzystaj.

Skorzystałam  :D

20 września 2016

Rozmówki z Młodym (12)

Tak niefajnie wyszło, że Młody został na miesiąc bez ubezpieczenia. Bestia dorosła i nie da się go namówić żeby zrobił tak jak matka każe. Dostał odgórnie zakaz siedzenia w swoim pokoju, wyłażenia wyłącznie do tolaety, nie tykania się niczego, nie oddychania, nie ruszania się itp., bo jak sobie coś zrobi to będzie problem. Jednak gadka gadką, a życie życiem.
Poleźliśmy na miasto pozałatwiać kilka spraw. Jako matka panikująca trzymałam Młodego z dala od jezdni (bo a nuż go auto potrąci), od innych ludzi (bo ktoś kichnie i go czymś zarazi), oczami nie mrugaj (bo ci coś wpadnie do oka), patrz pod nogi (bo dziury, krawężniki, nierówne chodniki), w sklepie nie stój przy lodówkach (bo się przeziębisz), nie dotykaj niczego (bo zarazki i się strujesz),a tak w ogóle to przestań oddychać (bo w powietrzu też zarazki latają) itp.
Leziemy przez miasto, Młody nieco sfochowany, co jakiś czas rzuca ironiczne uwagi odnośnie tego co może mu się stać na tym braku ubezpieczenia. No nic, tylko go ubić, ale nie wiem czy w jego obecnej sytuacji ZUS wypłaci zasiłek pogrzebowy, to lepiej poczekać, bo pogrzeby drogie.
Jakoś zakręcona dzisiaj byłam, zaaferowana tym co mamy pozałatwiać i tak jakoś wyszło, że cztery razy prawie wlazłam pod auto. Cofnęłam się z jezdni w ostatniej chwili. Kiedy kilka metrów dalej o mało co nie zapoznałam się bliżej z tramwajem, Młody nie wytrzymał:
- Szalej, matka, szalej. Masz ubezpieczenie, możesz sobie na to pozwolić.

20 lipca 2016

Rozmówki z Młodym (11)

Pocinam twardo w gierkę i słyszę niewinny głos Młodego:
- Może ci matka do sklepu po coś iść?
Zdębiałam...
Młody, sam od siebie, chce iść do sklepu?
- Matka, na pewno nic nie potrzebujesz? Bo jak potrzebujesz to ci do biedry skoczę - zapewnia Młody.
Się zdziwiłam... bardzo...
- Młody, a ty chory jesteś czy jak? - lepiej było się upewnić. Przecież sam od siebie od kompa się nie ruszał. Trzeba było motywacji w postaci spaghetti, albo innego żarcia, albo zmuszenia...
- Nie, ale wiesz, mogę iść do biedry, jak coś potrzebujesz.
- No to po sos leć, ale nie musisz taki kawał do marketu, idź do sklepu bliżej.
- Nie no, w biedrze taniej będzie - argumentuje dziecię.
No jak nic dziecko mi się rozchorowało.
- Młody, nie trzeba do biedry, idź tu do tego bliższego sklepu.
- Ale do biedry pójdę, dobra? Masło jeszcze kupię, bo się skończyło. W tym sklepie nie będzie tego co kupujemy.
Noż kufffa. Jak nie będzie? Jak zawsze jest? I co on się tak uparł na tamten kierunek? Oderwałam się od gry i włączyłam tryb myślenia. Trybiki w mózgu zaczynały powoli łapać. Przypomniał mi się nocny spacer z psem i Młodym, który wykazał olbrzymią chęć wyjścia z psem na spacer, ale koniecznie żeby iść w stronę poczty...
- Młody - trybiki w moim mózgu zaczynały kręcić się coraz szybciej - Czyżby w okolicach biedry był jakiś pokemon do złapania?
- No - brzmiała odpowiedź.
I wszystko jasne :)

14 lipca 2016

Pokemon Go!

Swoim leniwym zwyczajem wbiłam na demoty. W przerwach pomiędzy ubijaniem wroga (w końcu nie samą grą nolife żyje), a czyszczeniem Vikinga - bo się maleństwo uświniło po deszczowej rajzie. Wyskoczyły mi dziwne obrazki i teksty dotyczące słitaśnych pokemonków.
Myślę sobie - oooo, czyżby bajka wróciła do łask? Pikachu był całkiem fajny - żółciutki i wyglądał jak mięciutka kaczuszka rodem z reklam produktów dziecięcych.
Jednak po tekście, że Pokemon Go jest podobny do Tindera, bo w obu przypadkach chodzi o upolowanie potwora z pobliskiej okolicy - nieco zwątpiłam. Czyli to nie o bajkę chodziło. Może zatem to nowy portal randkowy? Dla japończyków?
Rozkminiałabym pewnie do białego rana o co tu biega, ale domowa młodzież wykazała się empatią i wytłumaczyła starej matce co to jest to całe Pokemon Go.
Z jednej strony zarąbiście, że ktoś stworzył aplikację, która zmusza ludzi do wychodzenia z domu i przemieszczania się po mieście. Trochę ruchu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
Z drugiej strony - oczami wyobraźni już widzę te sfory zombiaków pochylające się nad srajfonami (w nadziei upolowania pokemonka), bezmyślnie pakujące się na jezdnię, włażące pod koła aut, motocykli, obijające się o latarnie, słupy, wpadające na innych. Będzie trzeba jeszcze bardziej uważać na drodze, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zombie zaatakuje.
A z trzeciej strony - podziwiam genialny umysł pomysłodawcy, twórcy aplikacji. Stworzyć coś, co spowoduje, że rzesze ludzi będą chodzić pod czyjeś dyktando :D Kierować ich spacerem, krokami, wytyczać im trasę do pokonania, a w nagrodę pozwolić im złapać wirtualnego pokemonka! :D
Toż to lepsze od psa pasterskiego oganiającego stado baranów :D
Ba! To jest lepsze od kierowania Simsami!

05 lipca 2016

Rozmówki z Młodym (10)

Wyleźliśmy z domu, celem uzupełnienia żarcia na weekend. Upał upałem, ale Młodemu zamarzyły się mielone. Nawet sam od siebie i ochoczo zgodził się pójść na zakupy. Co też te lato zrobiło z normalnymi nolifami, to ja nie wiem.
Po drodze zahaczyliśmy o jedno moje ulubione miejsce, a zmianę miał jak zwykle wesoły, żartobliwy sprzedawca. Znamy się już dłuższy czas, często się pożartuje przy okazji robienia zakupów.
- Ooo – zamrugał z niedowierzaniem. – Kiecka? – zmierzył mnie uważnie, ze zdumienia przecierając oczy.
Fakt, zobaczyć Thori w kiecce na mieście, widok rzadko spotykany.
- Ano
- No to teraz trzeba trochę wiatru i będzie jak Marylin Monroe – zamachał rękami w okolicy swoich bioder.
- E, tam – mruknęłam – Dupa za wielka na takie Marylin.
- Ależ skąd! Ależ skąd! – zaczął – Pani to zgrabna i w ogóle! – zapewnił gorliwie.
Do zapewnień przyłączyło się ochoczo kilku męskich klientów wesołego sprzedawcy. Od razu plus 1000 do poprawy humoru. Kupiłam co miałam kupić, wylazłam z bananem na twarzy, a jeszcze w drzwiach było słychać:
- Naprawdę! Zgrabna! Ładnie pani w tej kiecce! W ogóle super!
Humor poprawiony na resztę dnia, nawet upał już nie straszny. (Jakby któraś z dziewczyn potrzebowała darmowych komplementów, to wskażę miejsce, gdzie można je dostać :D) Patrzę na Młodego, a ten się ryje.
- Jesteś matka zgrabna – potwierdził – zgrabna na swój sposób... ale legginsów to ty lepiej nie zakładaj. Sama rozumiesz. Dopóki nie wkładasz legginsów, to nie wyglądasz jak wieloryb.
Tia... dziecko zawsze prawdę powie...
Poleźliśmy dalej. Młody nawija.
- I wiesz matka, on się na mnie obraził.
- Focha strzelił jak baba? O co?
- Bo mu powiedziałem, że czarny humor to jak czarny niewolnik. Nie każdy go ma.
Brechłam śmiechem.

30 czerwca 2016

Rozmówki z Młódym (9)

Siedzimy w urzędzie i czekamy aż dane nam będzie wejść do pokoju. A pokój oblężony przez panie urzędniczki. Siedzą w środku i nawijają. Upewniam się, czy przerwa śniadaniowa się skończyła. Skończyła dawno. No nic, trzeba czekać, chociaż czas nagli, bo jeszcze kilka innych spraw jest do załatwienia.
- Matka, spokojnie, na pewno omawiają ważne sprawy – rzuca niewinnie Młody.
Patrzę na niego wzrokiem bazyliszka.
- Jakie ważne sprawy?
- Na przykład co urodziła Gabryśka z serialu, albo że sąsiadka miała nową sukienkę, albo kolor lakieru do paznokci… – Młody uśmiechnął się niewinnie.

25 czerwca 2016

Rozmówki z Młódym (8)

Wraca człowiek do domu, wchodzi do kuchni… i dostaje szoku.
- Młody, czy ty się bawisz w nowoczesnego budowniczego egipskiego, że piramidy z garów w zlewie budujesz?
- Matka, w Tetrisa nigdy nie grałaś, czy jak? Jak się prawidłowo ułoży, to samo powinno zniknąć.
- To kijowo ułożyłeś, bo nie znika.
- Zniknie, co nie?
Zniknie kurna… zniknie…
Moje łapki chociaż małe, do zmywania doskonałe…

21 czerwca 2016

Samotna starość boli

Szpitale, poradnie, kliniki onkologiczne – miejsca, w które nikt nie chce trafić. Czasami jednak życie nas tam kieruje. Albo chęć uratowania życia, nadzieja...
Przez pewien czas bywałam tam w charakterze osoby towarzyszącej.
Dużym szokiem było dla mnie to, że jest tam bardzo dużo pacjentów. Przyznam, że nie spodziewałam się takiej ilości chorych. Począwszy od młodziutkich osób, które mają przed sobą całe swoje życie (mam nadzieję, że mają...), po osoby naprawdę wiekowe, których świeczka życia już dogasa.
Zastanowiła mnie ilość osób towarzyszących chorej osobie. Pacjenci młodzi i w średnim wieku – zwykle przychodzili z kimś.
Natomiast osoby starsze... na palcach jednej ręki mogłam policzyć ilu z nich ktoś towarzyszył.
Tam zobaczyłam jak wygląda samotność. Samotna starość.
Starsi ludzie pozostawieni sami sobie, z bólem, strachem, nierzadko mający trudności z poruszaniem się, pamięcią czy komunikacją z innymi.
Zdani na łaskę obcych ludzi i personelu.
Smutne widoki, które tam zobaczyłam, zapewne będę pamiętać długo.
Staruszkę z trudem poruszającą się o kulach i próbującą dotrzeć pod drzwi gabinetu.
Staruszka z balkonikiem, rozglądającego się bezradnie po poczekalni. Czy tego, dopytującego się niespokojnie o numer gabinetu. Innego, ściskającego kurczowo teczkę z badaniami i dopytującego ludzi czy na pewno stoi we właściwej kolejce do rejestracji. Komuś upadła saszetka, wypuszczona z drżących rąk, komuś rozsypały się wyniki, a siedzące w pobliżu osoby próbowały pomóc i podać upuszczone przedmioty.
Samotni starsi ludzie zagubieni, smutni, z strachem, przerażeniem, widocznym w ich oczach i na twarzach. Bez bliskich, bez przyjaciół, bez znajomych, którzy wsparliby ich w tych trudnych dla nich chwilach.
Nie powinni być sami.

Personel medyczny odwalał tam kawał wspaniałej roboty. Byli pełni życzliwości, uprzejmości, współczucia i zrozumienia. Wspierali i pocieszali przerażonych staruszków. Dodawali otuchy. Troskliwie i z anielską cierpliwością tłumaczyli po kilkanaście razy jedną i tę samą rzecz. Ułatwiali pacjentom życie jak tylko mogli. Tu podsunęli wózek, tu podprowadzili do windy, tu zaprowadzili (zawieźli wózkiem) do lekarza, na badania, posadzili na ławce, podali upuszczone przedmioty. Przechodząc obok, dopytywali czy wszystko w porządku. Nie było po nich poznać zniecierpliwienia, pośpiechu. Nawet gdy jedna ze starszych pań uparła się, że zamiast jechać na wózku, pójdzie pieszo.
- Bo ja siostrzyczko jeszcze siły mam. Muszę mieć. Nie trzeba mnie wozić. – twierdziła, wspierając się na pielęgniarce. I szły korytarzem w iście żółwim tempie, kroczek po kroczku, przystając co trochę, by starsza pani mogła odpocząć. Z twarzy pielęgniarki nie schodził życzliwy uśmiech. Cierpliwie wysłuchiwała opowieści o wspaniałych dzieciach i wnukach. Tylko gdzie do cholery te „wspaniałe dzieci i wnuki” były? Na pewno nie było ich przy osobie, której w tej chwili były potrzebne.
Życzliwy ochrzan, który dostała bliska mi osoba, na długo pozostanie w mojej pamięci:
- Pan doktor każe przyjść do kontroli, a ja nie wiem czy dożyję... – ten strach w głosie słyszałam często.
- Ależ co mi pan tu opowiada, że pan nie dożyje! – „oburzył się” lekarz – Tu przychodzą ludzie starsi od pana! Chcę tu pana widzieć na kontroli i zobaczyć bardzo dobre wyniki.
- Ale w moim wieku...
- Co w pana wieku, no co? Młody pan jeszcze jest. Dbać o siebie i korzystać z życia!
Ktoś mi bliski zaczął się niepewnie uśmiechać.
- To umawiamy się, że widzimy się (data). I nie gadać mi to, że pan nie dożyje. Bo ja tu będę czekał na pana.
Pokuszę się o stwierdzenie, że tam nie ma personelu medycznego – tam są anioły, które pomagają ludziom.

Na szczęście nie wszystkie starsze osoby były osamotnione i pozbawione wsparcia.
W sercu coś mnie ściskało, kiedy widziałam dresa przyprowadzającego schorowaną matkę na zabieg i opiekującego się nią z delikatnością. Czy dwóch młodych mężczyzn zmieniających obuwie ojcu, który sam nie był w stanie sięgnąć do butów.
- Tata nie chodzi, zaraz podjadę pod wejście.
- Nie trzeba synku – bronił się dzielnie staruszek.
- Nie trzeba, ale chcę – chłopak uśmiechnął się.
Dwie starsze panie, z których rozmowy wynikało, że są sąsiadkami. Jedna wspierała drugą.
Starsze, kochające się małżeństwo. Te uczucie biło od nich. Ona usadziła troskliwie jego na ławce, a sama poszła załatwiać rejestrację. Próbował protestować, że to on powinien opiekować się nią, a nie odwrotnie. Uciszyła jego protesty słowami, że jak ona zachoruje, to wtedy on będzie się opiekował nią. Pokiwał prędko głową. W ich spojrzeniach dało się zauważyć ogromną miłość.

Samotna starość to bardzo przykra rzecz.
To co zobaczyłam na onkologii uświadomiło mi, że zbyt wiele osób zapomina o swoich bliskich. Nie udziela im wsparcia, pomocy, odtrąca brutalnie, wyrzuca ze swojego życia, tak jak wyrzuca się odpadki na śmietnik. Zapominają. Uznając, że stary człowiek to już długo nie pożyje, można o nim zapomnieć. I tak umrze.
Ludzie żyją w ciągłej gonitwie za pieniędzmi, stresie, brakuje im czasu, by poświęcić go na bliskich. A jeśli już nawet mają czas, to wolą go wykorzystać na swoje przyjemności. Bo przecież ten stary człowiek i tak umrze...
W oczach tych samotnych, starszych ludzi widziałam łzy wzruszenia, na zwykłe życzliwe gesty. Podanie upuszczonej rzeczy (ot coś banalnego, co robimy odruchowo, kiedy osobie obok nas coś upadnie. Podnosisz, podajesz i nie przywiązujesz do tego wagi) spotykało się z wieloma podziękowaniami, żarliwymi podziękowaniami.
Zwykłe podprowadzenie do gabinetu, udzielenie informacji o numerze gabinetu, czy życzliwy uśmiech anielskiego personelu sprawiało, że ci starsi ludzie byli wdzięczni za okazane im zainteresowanie i pomoc. Było to dla nich coś niezwykle cennego, wartościowego. Coś, czego najwidoczniej nie doświadczali na co dzień.
Wielu starszych ludzi nie przyjdzie i nie powie: potrzebuję cię, potrzebuję twojej pomocy, kilku ciepłych słów, pocieszenia, czy wsparcia. Są wychowani inaczej niż młode pokolenie. Przeżyli o wiele więcej, nieraz ciężkich, tragicznych wydarzeń. Przeważnie zmuszeni byli sami troszczyć się o siebie i swoich bliskich. Są twardzi. Próbują być twardzi. Próbują wciąż być samodzielni. Nie chcą obarczać swoimi problemami innych, uznając, że nic im się już nie należy od życia.

Rozejrzyjcie się czasami dookoła siebie. Prosty gest, życzliwy uśmiech, pomoc, chwila rozmowy – was to nic nie kosztuje, a możecie w jednej chwili rozjaśnić komuś dzień.
I pamiętajcie – wy też kiedyś będziecie starzy. Obyście nigdy nie odczuli na własnej skórze obojętności i samotnej starości.

10 czerwca 2016

Młoda v Glonojad

Trzeba było uzupełnić akwarium o nowe rybki. Jako, że sklep otworzyli mi prawie pod nosem i odpadł problem z transportem rybek, nie było już wymówki.

Polazłam tam z Młodą. Powybierałyśmy co chciałyśmy, uprzejmy personel zaczął nam rybki wyławiać. I wszystko byłoby fajnie i cacy, gdyby nie zachciało mi się glonojada. Ot taki tam był na dnie, malutki, raptem z dwa centymetry miał. Glonojad ma to do siebie, że jak się do czegoś przyssie, to nie chce odpuścić. Najlepszy klej przy nim wymięka. Podobno jednak taką siłę przysysania się do czegokolwiek, wykazują większe osobniki. Podobno...
Miła pani ze sklepu zabrała się za wyławiania glonojadka. Tego malutkiego (ok. 2cm!), którego najpierw trzeba było namierzyć, bo chował się pod rybkami. Namierzony, pani działa.
Okazało się, że to, że ktoś go chce wyłowić, nie oznacza, że on da się wyłowić. Nagle dostał turbo powera i zaczął zwiewać po całym akwarium. Nie miałam pojęcia, że coś, co przed chwilą udawało nieruchomą przyssawkę, nagle może zapierd... w wodzie tak, że żaglica* wpada w kompleksy. Po akcji całego personelu sklepowego (trzy osoby), udało się go złapać na podbierak. Pierwsza próba przełożenia glonojada z podbieraka do kubeczka z wodą skończyła się niepowodzeniem. Druga i trzecia też. Przyssał się do siatki podbieraka... I za nic w świecie nie zamierzał odpuścić. Po kilku kolejnych próbach (i panice mojej i Młodej, że mu się zdechnie z powodu braku wody) udało się go oderwać. Żywego, nieuszkodzonego.
Ufff, znalazł się w kubeczku.
Reszta rybek też tam trafiła, można było zacząć je pakować do transportu, czyli: poprzekładać do woreczka z wodą i zabezpieczyć ów woreczek.
Rybki znalazły się w woreczku bardzo szybko. Zgadnijcie, kto pozostał na dnie kubeczka...
Tak... przyssany glonojad. Panika. Prędkie dolewanie wody do kubeczka, żeby maleństwo się nie wykończyło i kolejne próby przełożenia drania do woreczka. Próba zastukania w dno kubeczka, żeby odpuścił i się przemieścił, spowodowała okrzyk jednej z pań z personelu: Nie tak! Zabijecie go! Trzeba z nim jakoś inaczej.
Tylko kurde jak? Namawiać go mamy czy co? Może jak usłyszy prośby pięciu osób, żeby jednak oderwał się od kubeczka, to się odessie od niego?
Po kilkunastu kolejnych próbach łagodnego przełożenia upartego glonojada do woreczka (i w międzyczasie dolewania wody, poruszania kubeczkiem itp.), okazało się, że nie jesteśmy w stanie go „zmusić” do dobrowolnego wpłynięcia, tam gdzie powinien być.
Decyzja zapadła. Zepchniemy go na siłę. W końcu przecież musi się odkleić. Co prawda była obawa, że najzwyczajniej w świecie, zamiast zepchnąć skubańca końcem łyżeczki do woreczka z wodą, wyprujemy mu przez przypadek flaki, ale...
Udało się!
Młoda uśmiana, personel rozbawiony. Tak upartego glonojada jeszcze nikt nie widział.
- Jak wy go sobie w domu przełożycie do akwarium?
- Będzie prościej – uznałam – wypuści się rybki, pewnie wypłynie razem z nimi...
Dotargałyśmy skubańca do domu.
Akwa otworzone, ryby wpuszczone, a kto został we woreczku?
Glonojad...
Uparcie przyssany do woreczka. I ani go wypchnąć (bo zgnieciemy maleństwo), ani zmusić do wypłynięcia (a sam od siebie nie chciał wypłynąć).
Po kilku minutach manewrowania woreczkiem, łapania w niego powietrza i próbie wypchnięcia tego pieprzonego glonojada (!), poddałam się i poszłam po nożyczki z zamiarem rozcięcia worka. A dokładniej wycięcia dziury z glonojadem w tle.
- Mama, udało się! – wrzasnęła Młoda, kiedy wróciłam z nożyczkami. – Puścił się!
Puścił i zniknął w odmętach akwarium.
Znalazł się niedługo potem. Przyssany do tylnej ścianki...

*- najszybsza ryba świata.

20 maja 2016

Rozmówki z Młodym (7)

Młody wstał po nocy zarwanej na granie. Wstanie obwieścił gromkim: wstałem!, które rozległo się w promieniu kilku kilometrów.
- Jesteś? – padło pytanie.
No jestem, a niby gdzie mam być, jak rozwalam potwory w grze.
- Ta – mruknęłam, tłukąc moba.
Młody przyczłapał do mojego pokoju.
- Wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet! – wrzasnął radośnie.
- Młody, tobie się coś nie pomyliło?
- Nie. Święto dzisiaj jakieś masz, co nie? – zastanowił się.
- Podobno. Dzień matki…
- Aha… – pomyślał chwilę. – ale matka to też kobieta!

21 kwietnia 2016

Truskawkowy lodzik

Zacznę starym tekstem z lat nastoletniego buntu, kiedy rasizm jeszcze nie był rasizmem, a jedynie niewinnym żartem.
Dzisiaj net śmiga jak murzyn na pasach. Pojawia się i znika.
Nie doczekawszy się sprawnie otwierających stron, które dałyby mi możliwość sprawdzenia poczty elektronicznej, doszłam do wniosku, że bardziej konstruktywne będzie ruszenie tyłka sprzed kompa i sprawdzenie co pozostało w lodówce oraz czy da się z tego zrobić obiad. Po wnikliwej analizie zawartości chłodziarki i zamrażarki okazało się, że jeśli dokupię kilka brakujących składników, to owszem, obiad powstanie.
Narzuciłam na siebie coś, co od biedy mogło uchodzić za strój wyjściowy – czytaj: pozbyłam się koszulki udającej piżamę i oblekłam swoje stare kości w dres : P
Dzielnie ujęłam w dłoń reklamówkę i wyruszyłam na poszukiwanie brakujących elementów potencjalnego obiadowego żarcia.
Ku mojej radości okazało się, że wymarzony makaron w kształcie mini muszelek dostanę w pobliżu mojej jaskini nolife.
Ustawiłam się więc grzecznie w kolejce. Udając, że nie zauważam wchodzącej tuż za mną bardzo dalekiej znajomej z dawnej pracy, która swoim codziennym zwyczajem przywlokła się mocno skacowana po coś na „rozruch”. Zresztą nawet nie musiałam udawać. W stanie, w którym była i tak by mnie nie poznała. Tak jak zwykle. Jak promile do końca opuszczą krwioobieg, to sama sobie przypomni, że mnie zna i przyleci zapytać o drobne na piwo. Tak jak zwykle.
Stoję więc sobie grzecznie w kolejce, ściskając w łapkach reklamówkę i wpatrując się z pożądaniem w makaron zalegający na półce. W międzyczasie w myślach poganiam dwie dziewczynki w różowych kurteczkach (litości, co rodzice mają z tym kolorem różowym?), które kolejną minutę zastanawiają się nad wyborem rakotwórczych chipsów marki czips.
Dawać, przyszłości narodu! Są tylko dwa smaki! Wybór nie jest trudny!
Nie byłoby w tym nic niezwykłego, szalonego – zwykle tak jest, że małe dziewczynki stojące przede mną w kolejce zastanawiają się kilka godzin nad tym czy lepiej kupić lizaka w kolorze czerwonym, czy może żółtym. A może zamiast lizaka kupić gumę kulkę? Ojej... one też są kolorowe... to jaki kolor wybrać?
W myślach szarżowałam już na dziewczynki, dzierżąc bojowo reklamówkę w dłoni, kiedy drzwi sklepu otworzyły się i do środka weszło... a nie... weszło nie jest dobrym określeniem. Wbiegło, popychając się, chichocząc (!) dwóch młodych chłopców, o obliczach nieskalanych myśleniem. Zakręcili się po sklepie, chichocząc, popychając, obejmując wpół (!), krygując jak niewinne dziewczę opuszczające nieśmiało oczęta, gdy na jego licach pojawia się krwisty rumieniec, wywołany jakże śmiałym spojrzeniem zalotnika.
Na buźkach dziewczynek w różowych kurteczkach pojawił się równie wdzięczny rumieniec. Odsunęły się od lady, zaprzestając dyskusji na temat wyboru chipsów. Bardzo daleka znajoma z dawnej pracy, uniosła skacowany wzrok na młodzieńców i... posyłając im szczerbaty uśmiech, spłonęła rumieńcem...
Mój blady ryj, jak był blady, tak blady pozostał. Nigdy jakoś nie podążałam za ogólnie pojętymi trendami.
- Bo my piwo chcieliśmy – zapiszczeli młodzieńcy zgodnie.
Dżizas... nie znoszę... no wybaczcie, ale nie znoszę. Słuchania wypowiedzi młodzieńców przechodzących mutację. Nie tylko ja nie znoszę. Na niektórych komunikatorach głosowych w grze, jest absolutny zakaz przyjmowania do gildii młodzieńców piszczących do mikrofonu. Wymyślili to dorośli, którzy chcą pograć w spokoju. Tia, wiem, wredni czasami jesteśmy.
- Poproszę dowód – sprzedawczyni uśmiechnęła się spokojnie.
Kobieto, kogo ty prosisz o dowód? Przecież oni nawet tymczasowego chyba nie mają!
- Nie mamy – odpiszczała przyszłość narodu płci męskiej.
- W takim razie nie mogę wam sprzedać – sprzedawczyni pokręciła głową.
I tu do akcji wkroczyła bardzo daleka znajoma z dawnej pracy.
- Ale ja wam chłopcy kupię! Mi może pani sprzedać! Znam swoje prawa! Dajcie te pieniążki! – zatrzepotała zalotnie rzęsami, ukazując w szerokim uśmiechu puste miejsce po jedynkach, dwójkach.
Młodzieńcy zapiszczeli radośnie. Serio. Zapiszczeli. Zaczerwienili się nawet. Zakręcili ponownie po sklepie. Z chichotem, obejmowaniem się wpół, wstydliwie ponasuwali kaptury na twarz, chowając w ich cieniu zarumienione lica... Dali kasę.
Gdyby spojrzenia mogły zabijać, bardzo daleka znajoma z dawnej pracy leżałaby trupem. Z oczu sprzedawczyni poleciały nie noże, ale siekiery, miecze katowskie, łącznie z gilotyną i kołem tortur.
- Gumy jeszcze kup – zapiszczał jeden z młodzieńców.
- Jakie?
- Truskawkowe!
- Będzie truskawkowy lodzik – zachichotał piskliwie drugi młodzieniec, spoglądając na swojego hm... kolegę?... towarzysza?... cholera wie co?
- Truskawkowe lodziki są najlepsze – zachwycił się, wciąż piskliwie, pierwszy z... chyba chłopców? Osób o odmiennej orientacji seksualnej?
Sprzedawczyni dołożyła do piw stojących na ladzie dwie gumy do żucia...
Piskliwe osobniki spojrzały na siebie podejrzliwie. Chyba nie do końca o takie gumy chodziło?
Poczekali tylko na podsumowanie rachunku, po czym porwali z lady zakupy, biegnąc w stronę wyjścia, pozostawiając na ladzie resztę pieniędzy.
Romantycznie można by napisać, że trzymając się za splecione w czułym uścisku dłonie, pobiegli w stronę zachodzącego słońca. Tyle, że słońca nie było.
Szczęka mi opadła.
Wkrótce potem sklep opuściły dziewczynki w różowych kurteczkach (wreszcie się kurde zdecydowały!), bardzo daleka znajoma z dawnej pracy (dorwała swoje piwo na kaca).
- Ma... makaron... poproszę... – wydukałam, z trudem przypominając sobie po co przyszłam.
- Jaki?
- Ten – pokazałam palcem. Wiem, nieładnie, nie powinno się pokazywać palcem.
Jednak po tym co zobaczyłam, nie ośmieliłabym się powiedzieć, że chcę kupić muszelki.

16 marca 2016

Zatracenie

Są takie dni, kiedy największego nolife, wolącego świat wirtualny i walkę z potworami, życie zmusza do przejścia do lokacji o nazwie: Rzeczywistość.
A potem zbiera się mu się na wynurzenia filozoficzne.
Wyrwana z ciepłego i spokojnego miejsca, jakim była gra, oderwana od pisanie kolejnych rozdziałów książki, tudzież poprawiania tego, co napisał ktoś inny, wylądowałam nagle w środku czegoś, co na pierwszy rzut oka przypominało zawieruchę.
Z kłębiącej się szarej mgły, wyłonił się napis: Rzeczywistość.
Chyba ktoś zapomniał dopisać: brutalna... i sztuczna...
Z pewną nieśmiałością ;) weszłam w środek owej mgły...
Od razu uderzyła we mnie pierwsza fala reklam wszelkiej maści i wszelakich cudownych lekarstw i maści. Brakowało tam tylko tej najważniejszej – na ból dupy. Ale podobno tego co dobre, nie trzeba reklamować. Do większości reklam dołączony był seksowny, kobiecy android. Dlaczego android? No bo za Chiny Ludowe żadna kobieta najbardziej zadbana, nie jest w stanie wyglądać tak sztucznie. Chociaż... może ewentualnie taka, która padła ofiarą błędu chirurga plastycznego. Ale nie wiem czy wtedy nadawałaby się do reklamy. W każdym razie poziom sztuczności mniej więcej ten sam.
Gdybym była mniej pewna siebie, mogłabym w tamtej chwili dołączyć do grona kobiet, które wpadają w kompleksy z powodu tego, że nie dorównują androidom i genialnym programom do obróbki grafiki.
Na swoje szczęście i nieszczęście twórców reklam – nie dołączyłam.
Pierwsza fala reklam spłynęła po mnie jak przysłowiowa woda po kaczce. Nie przekonałam się do ingerencji chemicznej we własny organizm, za pomocą tabletek, czopków, kapsułek, proszków, syropów – wszystkich oczywiście skutecznych. Nie od dziś wiadomo, że nikt w przemyśle farmaceutycznym nie jest tak głupi, by podawać klientowi działający lek. Po co tracić kasę, którą można zarobić na kliencie? Kupi najpierw jedno, potem drugie, żeby zniwelować skutki uboczne tego pierwszego. Potem trzecie, bo trzeba wzmocnić organizm po dwóch pierwszych. I tak w kółko.
Otrząsnęłam piórka i powędrowałam dalej, w głąb mgły.
Wraz z drugą falą przywędrowały informacje, że najzdrowsze pożywienie, to wyłącznie te ze słoiczków. Brakuje ci witamin? Weź pigułkę, zjedz zawartość słoiczka, a będziesz zdrowo odżywiony. Dbasz o swoją rodzinę? Ugotuj jej zupę z proszku. Bo jest w niej o wiele więcej zdrowych składników niż w tej, którą przyrządziłabyś sama... Kochasz swoje dziecko? Koniecznie kup mu gotowe, już starte jabłko. Doprawione konserwantami. Zamiast kupić zwykłe od rolnika i zetrzeć je na tarce. Trzeba przyzwyczajać organizm do sztuczności za młodu. Poza tym przecież nie masz czasu, żeby stać przy garach, prawda?
I tu zalała mnie fala trzecia.
Tym razem była to fala krzyku: Szybko! Prędko! Pospiesz się! Kątem oka dostrzegłam wir napędzany codzienną gonitwą społeczeństwa. W porę udało mi się zwiać i oddalić na bezpieczną odległość. Ale nawet stamtąd do moich uszu dochodziło potępieńcze wycie skazańców, którzy dali się porwać wirowi. Szybciej! To miało być na wczoraj! Biegiem odebrać dziecko z przedszkola! Zrób szybko zakupy! Przygotuj prędko obiad! Do pracy! Do obowiązków! Nie leń się! Trud! Znój!
Wir wypluł z siebie umęczonego osobnika. Otarł pot z czoła i opadł bezsilnie na ziemię. Ze środka wiru dobiegł pogardliwy rechot: Cienias! Obibok! Odpadł z wyścigu szczurów! Osobnik odpełznął od wiru i zapłakał gorzko. Z spękanych ust wydobyło się: Nie zarobię na nowy tablet, samochód. Nie spłacę kredytu za dom. Podkrążone oczy patrzyły na mnie z wyrzutem. Ośmielałam się stać z boku i przyglądać owemu pędowi ku... no właśnie, ku czemu?
Fala czwarta odpowiedziała mi na to pytanie.
Musisz mieć nowy telefon. Duży dom. Auto lepsze niż sąsiad. Zarabiać więcej niż twój brat. Musisz kupić najmodniejsze ubranie. Pójść na koncert, na który idą wszyscy. Bo tak wypada, bo tak trzeba. Bo co ludzie powiedzą?
Przezornie wycofałam się w skłębiony kawałek mgły, w nadziei, że pozostanę niezauważona przez falę piątą, która nadpływała z szybkością ponaddźwiękową.
Ta jednak uderzyła we mnie, prawie zwalając z nóg.
Jadowity głos sączył do ucha nienawistne słowa przeciwko bliźniemu. Zazdrość, złośliwość, poniżenie, zdrada. Podłożenie świni. Wszystko po to, aby być lepszym, aby dać porwać się wirowi pędu, by nie wypaść z gry.
Nie dołączysz do tych, którzy dali porwać się falom, jesteś nikim. Nie jesteś z nimi, jesteś wrogiem. Wrogiem... zniszcz... zabij...
Uciekłam.
Na sam koniec mgły.
Tu napotkałam kilka osób, które z obłędem w oczach próbowały wskoczyć do którejś z nadchodzących fal. Obojętnie której. Byle nie pozostawać samym. Samym ze sobą. Przyglądałam im się chwilę. Szamotały się niczym ryby wyciągnięte z sieci. Byle nie pozostać w mgle samotnie. Bo przebywanie w samotności sprawia, że do głosu dochodzą myśli. A nie zawsze chcemy myśleć. Często wolimy, żeby ktoś zrobił to za nas. Żeby wrzucił nas do którejś z fal, dzięki której nie będziemy musieli używać mózgu. Która będzie nami sterowała.
O wiele łatwiej jest pędzić wraz z resztą stada, zatracając się w konsumpcji, sztuczności. Nie czując samego siebie, nie dopuszczając do głosu intuicji, emocji. Próby powrotu do naturalności tłumione są „cudownymi” pigułkami.
Naturalność, bycie sobą, swoboda myślenia, zatraciły swoje znaczenie. Nie da się ich wepchnąć na żadną z fal. Nie da się ich wcisnąć w szufladkę. No, może jedynie taką z napisem: wariaci.
Nie zastanawiałam się dłużej. Wydostałam się z oparów mgły. W pewnej odległości dostrzegłam znajomy napis: świat wirtualny. Odetchnęłam z ulgą.
Pora na powrót i ucieczkę od rzeczywistości...