10 czerwca 2016

Młoda v Glonojad

Trzeba było uzupełnić akwarium o nowe rybki. Jako, że sklep otworzyli mi prawie pod nosem i odpadł problem z transportem rybek, nie było już wymówki.

Polazłam tam z Młodą. Powybierałyśmy co chciałyśmy, uprzejmy personel zaczął nam rybki wyławiać. I wszystko byłoby fajnie i cacy, gdyby nie zachciało mi się glonojada. Ot taki tam był na dnie, malutki, raptem z dwa centymetry miał. Glonojad ma to do siebie, że jak się do czegoś przyssie, to nie chce odpuścić. Najlepszy klej przy nim wymięka. Podobno jednak taką siłę przysysania się do czegokolwiek, wykazują większe osobniki. Podobno...
Miła pani ze sklepu zabrała się za wyławiania glonojadka. Tego malutkiego (ok. 2cm!), którego najpierw trzeba było namierzyć, bo chował się pod rybkami. Namierzony, pani działa.
Okazało się, że to, że ktoś go chce wyłowić, nie oznacza, że on da się wyłowić. Nagle dostał turbo powera i zaczął zwiewać po całym akwarium. Nie miałam pojęcia, że coś, co przed chwilą udawało nieruchomą przyssawkę, nagle może zapierd... w wodzie tak, że żaglica* wpada w kompleksy. Po akcji całego personelu sklepowego (trzy osoby), udało się go złapać na podbierak. Pierwsza próba przełożenia glonojada z podbieraka do kubeczka z wodą skończyła się niepowodzeniem. Druga i trzecia też. Przyssał się do siatki podbieraka... I za nic w świecie nie zamierzał odpuścić. Po kilku kolejnych próbach (i panice mojej i Młodej, że mu się zdechnie z powodu braku wody) udało się go oderwać. Żywego, nieuszkodzonego.
Ufff, znalazł się w kubeczku.
Reszta rybek też tam trafiła, można było zacząć je pakować do transportu, czyli: poprzekładać do woreczka z wodą i zabezpieczyć ów woreczek.
Rybki znalazły się w woreczku bardzo szybko. Zgadnijcie, kto pozostał na dnie kubeczka...
Tak... przyssany glonojad. Panika. Prędkie dolewanie wody do kubeczka, żeby maleństwo się nie wykończyło i kolejne próby przełożenia drania do woreczka. Próba zastukania w dno kubeczka, żeby odpuścił i się przemieścił, spowodowała okrzyk jednej z pań z personelu: Nie tak! Zabijecie go! Trzeba z nim jakoś inaczej.
Tylko kurde jak? Namawiać go mamy czy co? Może jak usłyszy prośby pięciu osób, żeby jednak oderwał się od kubeczka, to się odessie od niego?
Po kilkunastu kolejnych próbach łagodnego przełożenia upartego glonojada do woreczka (i w międzyczasie dolewania wody, poruszania kubeczkiem itp.), okazało się, że nie jesteśmy w stanie go „zmusić” do dobrowolnego wpłynięcia, tam gdzie powinien być.
Decyzja zapadła. Zepchniemy go na siłę. W końcu przecież musi się odkleić. Co prawda była obawa, że najzwyczajniej w świecie, zamiast zepchnąć skubańca końcem łyżeczki do woreczka z wodą, wyprujemy mu przez przypadek flaki, ale...
Udało się!
Młoda uśmiana, personel rozbawiony. Tak upartego glonojada jeszcze nikt nie widział.
- Jak wy go sobie w domu przełożycie do akwarium?
- Będzie prościej – uznałam – wypuści się rybki, pewnie wypłynie razem z nimi...
Dotargałyśmy skubańca do domu.
Akwa otworzone, ryby wpuszczone, a kto został we woreczku?
Glonojad...
Uparcie przyssany do woreczka. I ani go wypchnąć (bo zgnieciemy maleństwo), ani zmusić do wypłynięcia (a sam od siebie nie chciał wypłynąć).
Po kilku minutach manewrowania woreczkiem, łapania w niego powietrza i próbie wypchnięcia tego pieprzonego glonojada (!), poddałam się i poszłam po nożyczki z zamiarem rozcięcia worka. A dokładniej wycięcia dziury z glonojadem w tle.
- Mama, udało się! – wrzasnęła Młoda, kiedy wróciłam z nożyczkami. – Puścił się!
Puścił i zniknął w odmętach akwarium.
Znalazł się niedługo potem. Przyssany do tylnej ścianki...

*- najszybsza ryba świata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz