09 grudnia 2016

Rozmówki z Młodym (13)

Nikt nie mówił, że w życiu będzie łatwo. Ostatnio mam nieco pod górkę, znaczy się nastąpiła aktualizacja lęków itp. Zdaje się, że z racji pory roku (tak, to zima temu winna – i tej wersji będę się trzymać) dorzucono kilka „bonusów” takich jak bezsenność, panika i inne utrapienia.
W każdym razie Młody próbuje pomagać. Siedzimy w nocy, nawijamy przez net, Młody dzielnie wysyła gify, rozśmiesza, opowiada, nie zrzędzi, nie marudzi. W końcu pytam:
- Młody, a co ty dzisiaj taki wyrozumiały?
- Bo wstałem niedawno i jeszcze się moja socjopatyczna strona do końca nie obudziła. Nie marudź i korzystaj.

Skorzystałam  :D

20 września 2016

Rozmówki z Młodym (12)

Tak niefajnie wyszło, że Młody został na miesiąc bez ubezpieczenia. Bestia dorosła i nie da się go namówić żeby zrobił tak jak matka każe. Dostał odgórnie zakaz siedzenia w swoim pokoju, wyłażenia wyłącznie do tolaety, nie tykania się niczego, nie oddychania, nie ruszania się itp., bo jak sobie coś zrobi to będzie problem. Jednak gadka gadką, a życie życiem.
Poleźliśmy na miasto pozałatwiać kilka spraw. Jako matka panikująca trzymałam Młodego z dala od jezdni (bo a nuż go auto potrąci), od innych ludzi (bo ktoś kichnie i go czymś zarazi), oczami nie mrugaj (bo ci coś wpadnie do oka), patrz pod nogi (bo dziury, krawężniki, nierówne chodniki), w sklepie nie stój przy lodówkach (bo się przeziębisz), nie dotykaj niczego (bo zarazki i się strujesz),a tak w ogóle to przestań oddychać (bo w powietrzu też zarazki latają) itp.
Leziemy przez miasto, Młody nieco sfochowany, co jakiś czas rzuca ironiczne uwagi odnośnie tego co może mu się stać na tym braku ubezpieczenia. No nic, tylko go ubić, ale nie wiem czy w jego obecnej sytuacji ZUS wypłaci zasiłek pogrzebowy, to lepiej poczekać, bo pogrzeby drogie.
Jakoś zakręcona dzisiaj byłam, zaaferowana tym co mamy pozałatwiać i tak jakoś wyszło, że cztery razy prawie wlazłam pod auto. Cofnęłam się z jezdni w ostatniej chwili. Kiedy kilka metrów dalej o mało co nie zapoznałam się bliżej z tramwajem, Młody nie wytrzymał:
- Szalej, matka, szalej. Masz ubezpieczenie, możesz sobie na to pozwolić.

20 lipca 2016

Rozmówki z Młodym (11)

Pocinam twardo w gierkę i słyszę niewinny głos Młodego:
- Może ci matka do sklepu po coś iść?
Zdębiałam...
Młody, sam od siebie, chce iść do sklepu?
- Matka, na pewno nic nie potrzebujesz? Bo jak potrzebujesz to ci do biedry skoczę - zapewnia Młody.
Się zdziwiłam... bardzo...
- Młody, a ty chory jesteś czy jak? - lepiej było się upewnić. Przecież sam od siebie od kompa się nie ruszał. Trzeba było motywacji w postaci spaghetti, albo innego żarcia, albo zmuszenia...
- Nie, ale wiesz, mogę iść do biedry, jak coś potrzebujesz.
- No to po sos leć, ale nie musisz taki kawał do marketu, idź do sklepu bliżej.
- Nie no, w biedrze taniej będzie - argumentuje dziecię.
No jak nic dziecko mi się rozchorowało.
- Młody, nie trzeba do biedry, idź tu do tego bliższego sklepu.
- Ale do biedry pójdę, dobra? Masło jeszcze kupię, bo się skończyło. W tym sklepie nie będzie tego co kupujemy.
Noż kufffa. Jak nie będzie? Jak zawsze jest? I co on się tak uparł na tamten kierunek? Oderwałam się od gry i włączyłam tryb myślenia. Trybiki w mózgu zaczynały powoli łapać. Przypomniał mi się nocny spacer z psem i Młodym, który wykazał olbrzymią chęć wyjścia z psem na spacer, ale koniecznie żeby iść w stronę poczty...
- Młody - trybiki w moim mózgu zaczynały kręcić się coraz szybciej - Czyżby w okolicach biedry był jakiś pokemon do złapania?
- No - brzmiała odpowiedź.
I wszystko jasne :)

14 lipca 2016

Pokemon Go!

Swoim leniwym zwyczajem wbiłam na demoty. W przerwach pomiędzy ubijaniem wroga (w końcu nie samą grą nolife żyje), a czyszczeniem Vikinga - bo się maleństwo uświniło po deszczowej rajzie. Wyskoczyły mi dziwne obrazki i teksty dotyczące słitaśnych pokemonków.
Myślę sobie - oooo, czyżby bajka wróciła do łask? Pikachu był całkiem fajny - żółciutki i wyglądał jak mięciutka kaczuszka rodem z reklam produktów dziecięcych.
Jednak po tekście, że Pokemon Go jest podobny do Tindera, bo w obu przypadkach chodzi o upolowanie potwora z pobliskiej okolicy - nieco zwątpiłam. Czyli to nie o bajkę chodziło. Może zatem to nowy portal randkowy? Dla japończyków?
Rozkminiałabym pewnie do białego rana o co tu biega, ale domowa młodzież wykazała się empatią i wytłumaczyła starej matce co to jest to całe Pokemon Go.
Z jednej strony zarąbiście, że ktoś stworzył aplikację, która zmusza ludzi do wychodzenia z domu i przemieszczania się po mieście. Trochę ruchu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
Z drugiej strony - oczami wyobraźni już widzę te sfory zombiaków pochylające się nad srajfonami (w nadziei upolowania pokemonka), bezmyślnie pakujące się na jezdnię, włażące pod koła aut, motocykli, obijające się o latarnie, słupy, wpadające na innych. Będzie trzeba jeszcze bardziej uważać na drodze, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zombie zaatakuje.
A z trzeciej strony - podziwiam genialny umysł pomysłodawcy, twórcy aplikacji. Stworzyć coś, co spowoduje, że rzesze ludzi będą chodzić pod czyjeś dyktando :D Kierować ich spacerem, krokami, wytyczać im trasę do pokonania, a w nagrodę pozwolić im złapać wirtualnego pokemonka! :D
Toż to lepsze od psa pasterskiego oganiającego stado baranów :D
Ba! To jest lepsze od kierowania Simsami!

05 lipca 2016

Rozmówki z Młodym (10)

Wyleźliśmy z domu, celem uzupełnienia żarcia na weekend. Upał upałem, ale Młodemu zamarzyły się mielone. Nawet sam od siebie i ochoczo zgodził się pójść na zakupy. Co też te lato zrobiło z normalnymi nolifami, to ja nie wiem.
Po drodze zahaczyliśmy o jedno moje ulubione miejsce, a zmianę miał jak zwykle wesoły, żartobliwy sprzedawca. Znamy się już dłuższy czas, często się pożartuje przy okazji robienia zakupów.
- Ooo – zamrugał z niedowierzaniem. – Kiecka? – zmierzył mnie uważnie, ze zdumienia przecierając oczy.
Fakt, zobaczyć Thori w kiecce na mieście, widok rzadko spotykany.
- Ano
- No to teraz trzeba trochę wiatru i będzie jak Marylin Monroe – zamachał rękami w okolicy swoich bioder.
- E, tam – mruknęłam – Dupa za wielka na takie Marylin.
- Ależ skąd! Ależ skąd! – zaczął – Pani to zgrabna i w ogóle! – zapewnił gorliwie.
Do zapewnień przyłączyło się ochoczo kilku męskich klientów wesołego sprzedawcy. Od razu plus 1000 do poprawy humoru. Kupiłam co miałam kupić, wylazłam z bananem na twarzy, a jeszcze w drzwiach było słychać:
- Naprawdę! Zgrabna! Ładnie pani w tej kiecce! W ogóle super!
Humor poprawiony na resztę dnia, nawet upał już nie straszny. (Jakby któraś z dziewczyn potrzebowała darmowych komplementów, to wskażę miejsce, gdzie można je dostać :D) Patrzę na Młodego, a ten się ryje.
- Jesteś matka zgrabna – potwierdził – zgrabna na swój sposób... ale legginsów to ty lepiej nie zakładaj. Sama rozumiesz. Dopóki nie wkładasz legginsów, to nie wyglądasz jak wieloryb.
Tia... dziecko zawsze prawdę powie...
Poleźliśmy dalej. Młody nawija.
- I wiesz matka, on się na mnie obraził.
- Focha strzelił jak baba? O co?
- Bo mu powiedziałem, że czarny humor to jak czarny niewolnik. Nie każdy go ma.
Brechłam śmiechem.

30 czerwca 2016

Rozmówki z Młódym (9)

Siedzimy w urzędzie i czekamy aż dane nam będzie wejść do pokoju. A pokój oblężony przez panie urzędniczki. Siedzą w środku i nawijają. Upewniam się, czy przerwa śniadaniowa się skończyła. Skończyła dawno. No nic, trzeba czekać, chociaż czas nagli, bo jeszcze kilka innych spraw jest do załatwienia.
- Matka, spokojnie, na pewno omawiają ważne sprawy – rzuca niewinnie Młody.
Patrzę na niego wzrokiem bazyliszka.
- Jakie ważne sprawy?
- Na przykład co urodziła Gabryśka z serialu, albo że sąsiadka miała nową sukienkę, albo kolor lakieru do paznokci… – Młody uśmiechnął się niewinnie.

25 czerwca 2016

Rozmówki z Młódym (8)

Wraca człowiek do domu, wchodzi do kuchni… i dostaje szoku.
- Młody, czy ty się bawisz w nowoczesnego budowniczego egipskiego, że piramidy z garów w zlewie budujesz?
- Matka, w Tetrisa nigdy nie grałaś, czy jak? Jak się prawidłowo ułoży, to samo powinno zniknąć.
- To kijowo ułożyłeś, bo nie znika.
- Zniknie, co nie?
Zniknie kurna… zniknie…
Moje łapki chociaż małe, do zmywania doskonałe…

21 czerwca 2016

Samotna starość boli

Szpitale, poradnie, kliniki onkologiczne – miejsca, w które nikt nie chce trafić. Czasami jednak życie nas tam kieruje. Albo chęć uratowania życia, nadzieja...
Przez pewien czas bywałam tam w charakterze osoby towarzyszącej.
Dużym szokiem było dla mnie to, że jest tam bardzo dużo pacjentów. Przyznam, że nie spodziewałam się takiej ilości chorych. Począwszy od młodziutkich osób, które mają przed sobą całe swoje życie (mam nadzieję, że mają...), po osoby naprawdę wiekowe, których świeczka życia już dogasa.
Zastanowiła mnie ilość osób towarzyszących chorej osobie. Pacjenci młodzi i w średnim wieku – zwykle przychodzili z kimś.
Natomiast osoby starsze... na palcach jednej ręki mogłam policzyć ilu z nich ktoś towarzyszył.
Tam zobaczyłam jak wygląda samotność. Samotna starość.
Starsi ludzie pozostawieni sami sobie, z bólem, strachem, nierzadko mający trudności z poruszaniem się, pamięcią czy komunikacją z innymi.
Zdani na łaskę obcych ludzi i personelu.
Smutne widoki, które tam zobaczyłam, zapewne będę pamiętać długo.
Staruszkę z trudem poruszającą się o kulach i próbującą dotrzeć pod drzwi gabinetu.
Staruszka z balkonikiem, rozglądającego się bezradnie po poczekalni. Czy tego, dopytującego się niespokojnie o numer gabinetu. Innego, ściskającego kurczowo teczkę z badaniami i dopytującego ludzi czy na pewno stoi we właściwej kolejce do rejestracji. Komuś upadła saszetka, wypuszczona z drżących rąk, komuś rozsypały się wyniki, a siedzące w pobliżu osoby próbowały pomóc i podać upuszczone przedmioty.
Samotni starsi ludzie zagubieni, smutni, z strachem, przerażeniem, widocznym w ich oczach i na twarzach. Bez bliskich, bez przyjaciół, bez znajomych, którzy wsparliby ich w tych trudnych dla nich chwilach.
Nie powinni być sami.

Personel medyczny odwalał tam kawał wspaniałej roboty. Byli pełni życzliwości, uprzejmości, współczucia i zrozumienia. Wspierali i pocieszali przerażonych staruszków. Dodawali otuchy. Troskliwie i z anielską cierpliwością tłumaczyli po kilkanaście razy jedną i tę samą rzecz. Ułatwiali pacjentom życie jak tylko mogli. Tu podsunęli wózek, tu podprowadzili do windy, tu zaprowadzili (zawieźli wózkiem) do lekarza, na badania, posadzili na ławce, podali upuszczone przedmioty. Przechodząc obok, dopytywali czy wszystko w porządku. Nie było po nich poznać zniecierpliwienia, pośpiechu. Nawet gdy jedna ze starszych pań uparła się, że zamiast jechać na wózku, pójdzie pieszo.
- Bo ja siostrzyczko jeszcze siły mam. Muszę mieć. Nie trzeba mnie wozić. – twierdziła, wspierając się na pielęgniarce. I szły korytarzem w iście żółwim tempie, kroczek po kroczku, przystając co trochę, by starsza pani mogła odpocząć. Z twarzy pielęgniarki nie schodził życzliwy uśmiech. Cierpliwie wysłuchiwała opowieści o wspaniałych dzieciach i wnukach. Tylko gdzie do cholery te „wspaniałe dzieci i wnuki” były? Na pewno nie było ich przy osobie, której w tej chwili były potrzebne.
Życzliwy ochrzan, który dostała bliska mi osoba, na długo pozostanie w mojej pamięci:
- Pan doktor każe przyjść do kontroli, a ja nie wiem czy dożyję... – ten strach w głosie słyszałam często.
- Ależ co mi pan tu opowiada, że pan nie dożyje! – „oburzył się” lekarz – Tu przychodzą ludzie starsi od pana! Chcę tu pana widzieć na kontroli i zobaczyć bardzo dobre wyniki.
- Ale w moim wieku...
- Co w pana wieku, no co? Młody pan jeszcze jest. Dbać o siebie i korzystać z życia!
Ktoś mi bliski zaczął się niepewnie uśmiechać.
- To umawiamy się, że widzimy się (data). I nie gadać mi to, że pan nie dożyje. Bo ja tu będę czekał na pana.
Pokuszę się o stwierdzenie, że tam nie ma personelu medycznego – tam są anioły, które pomagają ludziom.

Na szczęście nie wszystkie starsze osoby były osamotnione i pozbawione wsparcia.
W sercu coś mnie ściskało, kiedy widziałam dresa przyprowadzającego schorowaną matkę na zabieg i opiekującego się nią z delikatnością. Czy dwóch młodych mężczyzn zmieniających obuwie ojcu, który sam nie był w stanie sięgnąć do butów.
- Tata nie chodzi, zaraz podjadę pod wejście.
- Nie trzeba synku – bronił się dzielnie staruszek.
- Nie trzeba, ale chcę – chłopak uśmiechnął się.
Dwie starsze panie, z których rozmowy wynikało, że są sąsiadkami. Jedna wspierała drugą.
Starsze, kochające się małżeństwo. Te uczucie biło od nich. Ona usadziła troskliwie jego na ławce, a sama poszła załatwiać rejestrację. Próbował protestować, że to on powinien opiekować się nią, a nie odwrotnie. Uciszyła jego protesty słowami, że jak ona zachoruje, to wtedy on będzie się opiekował nią. Pokiwał prędko głową. W ich spojrzeniach dało się zauważyć ogromną miłość.

Samotna starość to bardzo przykra rzecz.
To co zobaczyłam na onkologii uświadomiło mi, że zbyt wiele osób zapomina o swoich bliskich. Nie udziela im wsparcia, pomocy, odtrąca brutalnie, wyrzuca ze swojego życia, tak jak wyrzuca się odpadki na śmietnik. Zapominają. Uznając, że stary człowiek to już długo nie pożyje, można o nim zapomnieć. I tak umrze.
Ludzie żyją w ciągłej gonitwie za pieniędzmi, stresie, brakuje im czasu, by poświęcić go na bliskich. A jeśli już nawet mają czas, to wolą go wykorzystać na swoje przyjemności. Bo przecież ten stary człowiek i tak umrze...
W oczach tych samotnych, starszych ludzi widziałam łzy wzruszenia, na zwykłe życzliwe gesty. Podanie upuszczonej rzeczy (ot coś banalnego, co robimy odruchowo, kiedy osobie obok nas coś upadnie. Podnosisz, podajesz i nie przywiązujesz do tego wagi) spotykało się z wieloma podziękowaniami, żarliwymi podziękowaniami.
Zwykłe podprowadzenie do gabinetu, udzielenie informacji o numerze gabinetu, czy życzliwy uśmiech anielskiego personelu sprawiało, że ci starsi ludzie byli wdzięczni za okazane im zainteresowanie i pomoc. Było to dla nich coś niezwykle cennego, wartościowego. Coś, czego najwidoczniej nie doświadczali na co dzień.
Wielu starszych ludzi nie przyjdzie i nie powie: potrzebuję cię, potrzebuję twojej pomocy, kilku ciepłych słów, pocieszenia, czy wsparcia. Są wychowani inaczej niż młode pokolenie. Przeżyli o wiele więcej, nieraz ciężkich, tragicznych wydarzeń. Przeważnie zmuszeni byli sami troszczyć się o siebie i swoich bliskich. Są twardzi. Próbują być twardzi. Próbują wciąż być samodzielni. Nie chcą obarczać swoimi problemami innych, uznając, że nic im się już nie należy od życia.

Rozejrzyjcie się czasami dookoła siebie. Prosty gest, życzliwy uśmiech, pomoc, chwila rozmowy – was to nic nie kosztuje, a możecie w jednej chwili rozjaśnić komuś dzień.
I pamiętajcie – wy też kiedyś będziecie starzy. Obyście nigdy nie odczuli na własnej skórze obojętności i samotnej starości.

10 czerwca 2016

Młoda v Glonojad

Trzeba było uzupełnić akwarium o nowe rybki. Jako, że sklep otworzyli mi prawie pod nosem i odpadł problem z transportem rybek, nie było już wymówki.

Polazłam tam z Młodą. Powybierałyśmy co chciałyśmy, uprzejmy personel zaczął nam rybki wyławiać. I wszystko byłoby fajnie i cacy, gdyby nie zachciało mi się glonojada. Ot taki tam był na dnie, malutki, raptem z dwa centymetry miał. Glonojad ma to do siebie, że jak się do czegoś przyssie, to nie chce odpuścić. Najlepszy klej przy nim wymięka. Podobno jednak taką siłę przysysania się do czegokolwiek, wykazują większe osobniki. Podobno...
Miła pani ze sklepu zabrała się za wyławiania glonojadka. Tego malutkiego (ok. 2cm!), którego najpierw trzeba było namierzyć, bo chował się pod rybkami. Namierzony, pani działa.
Okazało się, że to, że ktoś go chce wyłowić, nie oznacza, że on da się wyłowić. Nagle dostał turbo powera i zaczął zwiewać po całym akwarium. Nie miałam pojęcia, że coś, co przed chwilą udawało nieruchomą przyssawkę, nagle może zapierd... w wodzie tak, że żaglica* wpada w kompleksy. Po akcji całego personelu sklepowego (trzy osoby), udało się go złapać na podbierak. Pierwsza próba przełożenia glonojada z podbieraka do kubeczka z wodą skończyła się niepowodzeniem. Druga i trzecia też. Przyssał się do siatki podbieraka... I za nic w świecie nie zamierzał odpuścić. Po kilku kolejnych próbach (i panice mojej i Młodej, że mu się zdechnie z powodu braku wody) udało się go oderwać. Żywego, nieuszkodzonego.
Ufff, znalazł się w kubeczku.
Reszta rybek też tam trafiła, można było zacząć je pakować do transportu, czyli: poprzekładać do woreczka z wodą i zabezpieczyć ów woreczek.
Rybki znalazły się w woreczku bardzo szybko. Zgadnijcie, kto pozostał na dnie kubeczka...
Tak... przyssany glonojad. Panika. Prędkie dolewanie wody do kubeczka, żeby maleństwo się nie wykończyło i kolejne próby przełożenia drania do woreczka. Próba zastukania w dno kubeczka, żeby odpuścił i się przemieścił, spowodowała okrzyk jednej z pań z personelu: Nie tak! Zabijecie go! Trzeba z nim jakoś inaczej.
Tylko kurde jak? Namawiać go mamy czy co? Może jak usłyszy prośby pięciu osób, żeby jednak oderwał się od kubeczka, to się odessie od niego?
Po kilkunastu kolejnych próbach łagodnego przełożenia upartego glonojada do woreczka (i w międzyczasie dolewania wody, poruszania kubeczkiem itp.), okazało się, że nie jesteśmy w stanie go „zmusić” do dobrowolnego wpłynięcia, tam gdzie powinien być.
Decyzja zapadła. Zepchniemy go na siłę. W końcu przecież musi się odkleić. Co prawda była obawa, że najzwyczajniej w świecie, zamiast zepchnąć skubańca końcem łyżeczki do woreczka z wodą, wyprujemy mu przez przypadek flaki, ale...
Udało się!
Młoda uśmiana, personel rozbawiony. Tak upartego glonojada jeszcze nikt nie widział.
- Jak wy go sobie w domu przełożycie do akwarium?
- Będzie prościej – uznałam – wypuści się rybki, pewnie wypłynie razem z nimi...
Dotargałyśmy skubańca do domu.
Akwa otworzone, ryby wpuszczone, a kto został we woreczku?
Glonojad...
Uparcie przyssany do woreczka. I ani go wypchnąć (bo zgnieciemy maleństwo), ani zmusić do wypłynięcia (a sam od siebie nie chciał wypłynąć).
Po kilku minutach manewrowania woreczkiem, łapania w niego powietrza i próbie wypchnięcia tego pieprzonego glonojada (!), poddałam się i poszłam po nożyczki z zamiarem rozcięcia worka. A dokładniej wycięcia dziury z glonojadem w tle.
- Mama, udało się! – wrzasnęła Młoda, kiedy wróciłam z nożyczkami. – Puścił się!
Puścił i zniknął w odmętach akwarium.
Znalazł się niedługo potem. Przyssany do tylnej ścianki...

*- najszybsza ryba świata.

20 maja 2016

Rozmówki z Młodym (7)

Młody wstał po nocy zarwanej na granie. Wstanie obwieścił gromkim: wstałem!, które rozległo się w promieniu kilku kilometrów.
- Jesteś? – padło pytanie.
No jestem, a niby gdzie mam być, jak rozwalam potwory w grze.
- Ta – mruknęłam, tłukąc moba.
Młody przyczłapał do mojego pokoju.
- Wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet! – wrzasnął radośnie.
- Młody, tobie się coś nie pomyliło?
- Nie. Święto dzisiaj jakieś masz, co nie? – zastanowił się.
- Podobno. Dzień matki…
- Aha… – pomyślał chwilę. – ale matka to też kobieta!

21 kwietnia 2016

Truskawkowy lodzik

Zacznę starym tekstem z lat nastoletniego buntu, kiedy rasizm jeszcze nie był rasizmem, a jedynie niewinnym żartem.
Dzisiaj net śmiga jak murzyn na pasach. Pojawia się i znika.
Nie doczekawszy się sprawnie otwierających stron, które dałyby mi możliwość sprawdzenia poczty elektronicznej, doszłam do wniosku, że bardziej konstruktywne będzie ruszenie tyłka sprzed kompa i sprawdzenie co pozostało w lodówce oraz czy da się z tego zrobić obiad. Po wnikliwej analizie zawartości chłodziarki i zamrażarki okazało się, że jeśli dokupię kilka brakujących składników, to owszem, obiad powstanie.
Narzuciłam na siebie coś, co od biedy mogło uchodzić za strój wyjściowy – czytaj: pozbyłam się koszulki udającej piżamę i oblekłam swoje stare kości w dres : P
Dzielnie ujęłam w dłoń reklamówkę i wyruszyłam na poszukiwanie brakujących elementów potencjalnego obiadowego żarcia.
Ku mojej radości okazało się, że wymarzony makaron w kształcie mini muszelek dostanę w pobliżu mojej jaskini nolife.
Ustawiłam się więc grzecznie w kolejce. Udając, że nie zauważam wchodzącej tuż za mną bardzo dalekiej znajomej z dawnej pracy, która swoim codziennym zwyczajem przywlokła się mocno skacowana po coś na „rozruch”. Zresztą nawet nie musiałam udawać. W stanie, w którym była i tak by mnie nie poznała. Tak jak zwykle. Jak promile do końca opuszczą krwioobieg, to sama sobie przypomni, że mnie zna i przyleci zapytać o drobne na piwo. Tak jak zwykle.
Stoję więc sobie grzecznie w kolejce, ściskając w łapkach reklamówkę i wpatrując się z pożądaniem w makaron zalegający na półce. W międzyczasie w myślach poganiam dwie dziewczynki w różowych kurteczkach (litości, co rodzice mają z tym kolorem różowym?), które kolejną minutę zastanawiają się nad wyborem rakotwórczych chipsów marki czips.
Dawać, przyszłości narodu! Są tylko dwa smaki! Wybór nie jest trudny!
Nie byłoby w tym nic niezwykłego, szalonego – zwykle tak jest, że małe dziewczynki stojące przede mną w kolejce zastanawiają się kilka godzin nad tym czy lepiej kupić lizaka w kolorze czerwonym, czy może żółtym. A może zamiast lizaka kupić gumę kulkę? Ojej... one też są kolorowe... to jaki kolor wybrać?
W myślach szarżowałam już na dziewczynki, dzierżąc bojowo reklamówkę w dłoni, kiedy drzwi sklepu otworzyły się i do środka weszło... a nie... weszło nie jest dobrym określeniem. Wbiegło, popychając się, chichocząc (!) dwóch młodych chłopców, o obliczach nieskalanych myśleniem. Zakręcili się po sklepie, chichocząc, popychając, obejmując wpół (!), krygując jak niewinne dziewczę opuszczające nieśmiało oczęta, gdy na jego licach pojawia się krwisty rumieniec, wywołany jakże śmiałym spojrzeniem zalotnika.
Na buźkach dziewczynek w różowych kurteczkach pojawił się równie wdzięczny rumieniec. Odsunęły się od lady, zaprzestając dyskusji na temat wyboru chipsów. Bardzo daleka znajoma z dawnej pracy, uniosła skacowany wzrok na młodzieńców i... posyłając im szczerbaty uśmiech, spłonęła rumieńcem...
Mój blady ryj, jak był blady, tak blady pozostał. Nigdy jakoś nie podążałam za ogólnie pojętymi trendami.
- Bo my piwo chcieliśmy – zapiszczeli młodzieńcy zgodnie.
Dżizas... nie znoszę... no wybaczcie, ale nie znoszę. Słuchania wypowiedzi młodzieńców przechodzących mutację. Nie tylko ja nie znoszę. Na niektórych komunikatorach głosowych w grze, jest absolutny zakaz przyjmowania do gildii młodzieńców piszczących do mikrofonu. Wymyślili to dorośli, którzy chcą pograć w spokoju. Tia, wiem, wredni czasami jesteśmy.
- Poproszę dowód – sprzedawczyni uśmiechnęła się spokojnie.
Kobieto, kogo ty prosisz o dowód? Przecież oni nawet tymczasowego chyba nie mają!
- Nie mamy – odpiszczała przyszłość narodu płci męskiej.
- W takim razie nie mogę wam sprzedać – sprzedawczyni pokręciła głową.
I tu do akcji wkroczyła bardzo daleka znajoma z dawnej pracy.
- Ale ja wam chłopcy kupię! Mi może pani sprzedać! Znam swoje prawa! Dajcie te pieniążki! – zatrzepotała zalotnie rzęsami, ukazując w szerokim uśmiechu puste miejsce po jedynkach, dwójkach.
Młodzieńcy zapiszczeli radośnie. Serio. Zapiszczeli. Zaczerwienili się nawet. Zakręcili ponownie po sklepie. Z chichotem, obejmowaniem się wpół, wstydliwie ponasuwali kaptury na twarz, chowając w ich cieniu zarumienione lica... Dali kasę.
Gdyby spojrzenia mogły zabijać, bardzo daleka znajoma z dawnej pracy leżałaby trupem. Z oczu sprzedawczyni poleciały nie noże, ale siekiery, miecze katowskie, łącznie z gilotyną i kołem tortur.
- Gumy jeszcze kup – zapiszczał jeden z młodzieńców.
- Jakie?
- Truskawkowe!
- Będzie truskawkowy lodzik – zachichotał piskliwie drugi młodzieniec, spoglądając na swojego hm... kolegę?... towarzysza?... cholera wie co?
- Truskawkowe lodziki są najlepsze – zachwycił się, wciąż piskliwie, pierwszy z... chyba chłopców? Osób o odmiennej orientacji seksualnej?
Sprzedawczyni dołożyła do piw stojących na ladzie dwie gumy do żucia...
Piskliwe osobniki spojrzały na siebie podejrzliwie. Chyba nie do końca o takie gumy chodziło?
Poczekali tylko na podsumowanie rachunku, po czym porwali z lady zakupy, biegnąc w stronę wyjścia, pozostawiając na ladzie resztę pieniędzy.
Romantycznie można by napisać, że trzymając się za splecione w czułym uścisku dłonie, pobiegli w stronę zachodzącego słońca. Tyle, że słońca nie było.
Szczęka mi opadła.
Wkrótce potem sklep opuściły dziewczynki w różowych kurteczkach (wreszcie się kurde zdecydowały!), bardzo daleka znajoma z dawnej pracy (dorwała swoje piwo na kaca).
- Ma... makaron... poproszę... – wydukałam, z trudem przypominając sobie po co przyszłam.
- Jaki?
- Ten – pokazałam palcem. Wiem, nieładnie, nie powinno się pokazywać palcem.
Jednak po tym co zobaczyłam, nie ośmieliłabym się powiedzieć, że chcę kupić muszelki.

16 marca 2016

Zatracenie

Są takie dni, kiedy największego nolife, wolącego świat wirtualny i walkę z potworami, życie zmusza do przejścia do lokacji o nazwie: Rzeczywistość.
A potem zbiera się mu się na wynurzenia filozoficzne.
Wyrwana z ciepłego i spokojnego miejsca, jakim była gra, oderwana od pisanie kolejnych rozdziałów książki, tudzież poprawiania tego, co napisał ktoś inny, wylądowałam nagle w środku czegoś, co na pierwszy rzut oka przypominało zawieruchę.
Z kłębiącej się szarej mgły, wyłonił się napis: Rzeczywistość.
Chyba ktoś zapomniał dopisać: brutalna... i sztuczna...
Z pewną nieśmiałością ;) weszłam w środek owej mgły...
Od razu uderzyła we mnie pierwsza fala reklam wszelkiej maści i wszelakich cudownych lekarstw i maści. Brakowało tam tylko tej najważniejszej – na ból dupy. Ale podobno tego co dobre, nie trzeba reklamować. Do większości reklam dołączony był seksowny, kobiecy android. Dlaczego android? No bo za Chiny Ludowe żadna kobieta najbardziej zadbana, nie jest w stanie wyglądać tak sztucznie. Chociaż... może ewentualnie taka, która padła ofiarą błędu chirurga plastycznego. Ale nie wiem czy wtedy nadawałaby się do reklamy. W każdym razie poziom sztuczności mniej więcej ten sam.
Gdybym była mniej pewna siebie, mogłabym w tamtej chwili dołączyć do grona kobiet, które wpadają w kompleksy z powodu tego, że nie dorównują androidom i genialnym programom do obróbki grafiki.
Na swoje szczęście i nieszczęście twórców reklam – nie dołączyłam.
Pierwsza fala reklam spłynęła po mnie jak przysłowiowa woda po kaczce. Nie przekonałam się do ingerencji chemicznej we własny organizm, za pomocą tabletek, czopków, kapsułek, proszków, syropów – wszystkich oczywiście skutecznych. Nie od dziś wiadomo, że nikt w przemyśle farmaceutycznym nie jest tak głupi, by podawać klientowi działający lek. Po co tracić kasę, którą można zarobić na kliencie? Kupi najpierw jedno, potem drugie, żeby zniwelować skutki uboczne tego pierwszego. Potem trzecie, bo trzeba wzmocnić organizm po dwóch pierwszych. I tak w kółko.
Otrząsnęłam piórka i powędrowałam dalej, w głąb mgły.
Wraz z drugą falą przywędrowały informacje, że najzdrowsze pożywienie, to wyłącznie te ze słoiczków. Brakuje ci witamin? Weź pigułkę, zjedz zawartość słoiczka, a będziesz zdrowo odżywiony. Dbasz o swoją rodzinę? Ugotuj jej zupę z proszku. Bo jest w niej o wiele więcej zdrowych składników niż w tej, którą przyrządziłabyś sama... Kochasz swoje dziecko? Koniecznie kup mu gotowe, już starte jabłko. Doprawione konserwantami. Zamiast kupić zwykłe od rolnika i zetrzeć je na tarce. Trzeba przyzwyczajać organizm do sztuczności za młodu. Poza tym przecież nie masz czasu, żeby stać przy garach, prawda?
I tu zalała mnie fala trzecia.
Tym razem była to fala krzyku: Szybko! Prędko! Pospiesz się! Kątem oka dostrzegłam wir napędzany codzienną gonitwą społeczeństwa. W porę udało mi się zwiać i oddalić na bezpieczną odległość. Ale nawet stamtąd do moich uszu dochodziło potępieńcze wycie skazańców, którzy dali się porwać wirowi. Szybciej! To miało być na wczoraj! Biegiem odebrać dziecko z przedszkola! Zrób szybko zakupy! Przygotuj prędko obiad! Do pracy! Do obowiązków! Nie leń się! Trud! Znój!
Wir wypluł z siebie umęczonego osobnika. Otarł pot z czoła i opadł bezsilnie na ziemię. Ze środka wiru dobiegł pogardliwy rechot: Cienias! Obibok! Odpadł z wyścigu szczurów! Osobnik odpełznął od wiru i zapłakał gorzko. Z spękanych ust wydobyło się: Nie zarobię na nowy tablet, samochód. Nie spłacę kredytu za dom. Podkrążone oczy patrzyły na mnie z wyrzutem. Ośmielałam się stać z boku i przyglądać owemu pędowi ku... no właśnie, ku czemu?
Fala czwarta odpowiedziała mi na to pytanie.
Musisz mieć nowy telefon. Duży dom. Auto lepsze niż sąsiad. Zarabiać więcej niż twój brat. Musisz kupić najmodniejsze ubranie. Pójść na koncert, na który idą wszyscy. Bo tak wypada, bo tak trzeba. Bo co ludzie powiedzą?
Przezornie wycofałam się w skłębiony kawałek mgły, w nadziei, że pozostanę niezauważona przez falę piątą, która nadpływała z szybkością ponaddźwiękową.
Ta jednak uderzyła we mnie, prawie zwalając z nóg.
Jadowity głos sączył do ucha nienawistne słowa przeciwko bliźniemu. Zazdrość, złośliwość, poniżenie, zdrada. Podłożenie świni. Wszystko po to, aby być lepszym, aby dać porwać się wirowi pędu, by nie wypaść z gry.
Nie dołączysz do tych, którzy dali porwać się falom, jesteś nikim. Nie jesteś z nimi, jesteś wrogiem. Wrogiem... zniszcz... zabij...
Uciekłam.
Na sam koniec mgły.
Tu napotkałam kilka osób, które z obłędem w oczach próbowały wskoczyć do którejś z nadchodzących fal. Obojętnie której. Byle nie pozostawać samym. Samym ze sobą. Przyglądałam im się chwilę. Szamotały się niczym ryby wyciągnięte z sieci. Byle nie pozostać w mgle samotnie. Bo przebywanie w samotności sprawia, że do głosu dochodzą myśli. A nie zawsze chcemy myśleć. Często wolimy, żeby ktoś zrobił to za nas. Żeby wrzucił nas do którejś z fal, dzięki której nie będziemy musieli używać mózgu. Która będzie nami sterowała.
O wiele łatwiej jest pędzić wraz z resztą stada, zatracając się w konsumpcji, sztuczności. Nie czując samego siebie, nie dopuszczając do głosu intuicji, emocji. Próby powrotu do naturalności tłumione są „cudownymi” pigułkami.
Naturalność, bycie sobą, swoboda myślenia, zatraciły swoje znaczenie. Nie da się ich wepchnąć na żadną z fal. Nie da się ich wcisnąć w szufladkę. No, może jedynie taką z napisem: wariaci.
Nie zastanawiałam się dłużej. Wydostałam się z oparów mgły. W pewnej odległości dostrzegłam znajomy napis: świat wirtualny. Odetchnęłam z ulgą.
Pora na powrót i ucieczkę od rzeczywistości...

05 marca 2016

Rozmówki z Młódym (6)

Tuptamy przez miasto celem powrotu w bezpieczne pielesze domowe. Młody pyta o esperal. Jak działa, po co to komu itp. Starałam się wytłumaczyć, ale, że sama mam o tym nikłe pojęcie, skończyło się na podsumowaniu: wszywają pijakom, żeby nie pili. Ale chyba nie działa, bo i tak piją. A zresztą nie wiem. Sprawdź sobie w googlach, jak wrócimy.
- Mama, ty nie wiesz? Przecież moja mama zawsze wszystko wie.
- Młody ty uważasz, że twoja mama wszystko wie?
Na krótką chwilę moja duma została mile połechtana. Tylko na krótką, bo Młody spojrzał na mnie i wypalił.
- Kiedyś to wszystko wiedziałaś… Teraz już nie. Nie wiesz na przykład, że nie powinno się odinstalowywać sterowników graficznych, bo potem gra nie działa i masz problem.
Drań… będzie mi to wypominał jeszcze długi czas :D

02 marca 2016

W obliczu śmierci

Pewna znajoma miała męża. Co tu dużo pisać. Facet pił, bił, znęcał się. Ot jedna z rodzin z problemem przemocy domowej i alkoholizmem w tle. Znajoma żaliła się wszystkim wokoło jak jej źle, że ona już nie wytrzyma, zwariuje, ale jednocześnie nie robiła nigdy nic, by cokolwiek zmienić, uważając, że taki już jej los. Jej wybór, jej decyzja, nikt na siłę nie będzie jej zmuszał do zmiany zdania. Tym bardziej, że konsekwentnie odrzucała wszelkie próby pomocy.
Pewnego dnia facet zmarł. Znajoma przybiegła podzielić się tą wiadomością.
Moja reakcja nie była zdaje się adekwatna do stanu uczuć znajomej.
- Super! – wykrzyknęłam szczerze ucieszona. – Wreszcie odpoczniesz, pozbierasz się, odzyskasz spokój!
Nie mam już znajomej. Obraziła się.
I bądź tu człowieku szczery.

19 lutego 2016

Rozmówki z Młodym (5)

Robię kolację i słyszę z pokoju dziwne odgłosy – czyli instruował swoją gildię odnośnie starcia z bossem. Głośno instruował. Zainteresowałam się tym bliżej i bezczelnie podsłuchałam.
- Moja matka grała w… ( tu wymienił kilka gier) i dała radę, to wy też dacie!- coś tam jeszcze ponawijał o moich osiągnięciach jako nolife.
Zatkało mnie. Wróciłam po cichutku do kuchni. Młody czując zapach kolacji przytuptał chwilę później.
- Młody, a ty co tak im nawijasz o matce.
- Zmotywować ich muszę. Jak ty dałaś radę, to oni też dadzą.
Hah, urosłam w piórka…
- Młody, czyżbyś był dumny z matki?
Popatrzył na mnie, uśmiech od ucha do ucha:
- Noooo…
Uśmiech mu zniknął.
- Dobra, co na kolację? – zainteresował się.
Ech, ta wylewność uczuć Młodego.

13 lutego 2016

"Katolik"

Stoję sobie w kolejce do kasy, dzierżąc dzielnie w łapkach zakupione produkty. Tak to jest jak się koszyka nie chce zabrać przy wejściu. Dwie panie stojące za mną, rozmawiają o szkole, przedmiotach szkolnych, wredności nauczycieli względem uczniów itp. Temat zszedł na religię.
- No, moja córka to już na szczęście nie musi chodzić na religię. – oznajmiła pierwsza pani.
- Jak to nie musi? – zdziwiła się druga.
- W bierzmowaniu już była, to po co? Poza tym duża już jest, sama zdecydowała, że nie chce, bo jej to się nie podoba.
- Mój syn też rezygnował po bierzmowaniu. W sumie to ślub kościelny będą mogli wziąć, dziecko chrzest dostanie, to pewnie, że niech już nie chodzi, jak nie lubi.

Ot „katolicy”…

10 lutego 2016

Rozmówki z Młodym (4)

Robota czekała, a pomysłów w głowie zero. Pomyślałam sobie: zapytam Młodego, może wpadnie na coś… podsunie jakąś myśl, punkt zaczepienia… A przy okazji pomoże przy obiedzie, to będzie szybciej. Trę ziemniaki na placki, Młody pilnuje rybki na patelni.
- Młody, słuchaj, problem mam. Nie mam pomysłu na tekst. Początek, środek i dobre, szczęśliwe zakończenie.
Młody mniej więcej zorientowany w zapędach pisarskich matki. Nie odrywając się od patelni, rzucił:
- Coś w stylu Trudnych Spraw?
- Tia, dawaj, może być…
Może załapię jakiś punkt, z którego wykluje się pomysł.
- Pani Magdalena ma fetysz kocich uszek i ogonka analnego. Mąż już nie wyrabia. Postanawiają znaleźć psychiatrę dla pani Magdaleny. Udaje się panią Magdalenę z tego wyleczyć. – wyrecytował, pilnując rybki na patelni.
Aż przestałam trzeć ziemniaki.
- Młody, ale jakieś mniej trudne sprawy. Może coś z miłością, rodziną, małżeństwem?
Młody odwrócił się w moją stronę.
- Z miłością? No dobra. – wrócił do pilnowania rybki. – Kobieta zdradziła męża z murzynem. Murzyn zrobił jej dziecko. Mąż się dowiedział i zdenerwował. Na szczęście murzyn zabrał kobietę do Afryki. Tam założyli plantację bananów i nauczyli dziecko chodzić po drzewach i zbierać kokosy.
Przyznam, że ziemniak wypadł mi z ręki.
- Młody… – wydusiłam – Skąd ty bierzesz takie pomysły?
- Internety matka, internety… Za dużo internetów…

07 lutego 2016

Stara Ciri

Wraca człowiek do domu z rajzy, spieszy się, żeby wstawić dziecku obiecany rano obiad, a dziecko włazi do kuchni, przygląda się i rzecze tymi oto słowy:
- Matka – rzucił odważnie Młody – Wiesz, że ty masz już siwe włosy? – przyjrzał się bacznie resztkom mojej czupryny.
- No wiem, farbować mi się nie chciało, a co? – może dziecko wykaże się dobrymi chęciami i powie: to ja ci je zafarbuję? albo: pójdę z tobą do fryzjera?
- A nic… pełno masz tych siwych włosów. Stresów dużo chyba miałaś. Niedługo to będziesz wyglądać jak Wiedźmin…
Wiedźmin… hm… zabrzmiało lepiej niż jego ostatni Bazyliszek…
- Albo jak stara Ciri – dorzucił Młody niewinnie i zniknął z kuchni, zanim zdążyłam rzucić w niego udkiem z indyka.
Chyba refleks coś mi ostatnio osłabł ;)

31 stycznia 2016

Rozmówki z Młodym (3)

Rozmówki z Młodym.
Trochę mi się nagromadziło do posprzątania… Dzielnie to dzisiaj ogarnęłam. Młody wyłazi ze swojego pokoju. Patrzy na mnie, mruga z ewidentnym niedowierzaniem. Paskudny uśmieszek pojawił się na jego ustach.
- Sprzątałaś? – dostanie kiedyś w dziób za to zdziwienie w głosie.
- Noooo…
- Jak w innym wymiarze…
Zniknął w swojej jaskini, zanim zdążyłam w niego ścierką rzucić.
- Ze śmieciami leć! – wrzasnęłam.
- Pooooteeeem… – dobiegło zza drzwi.
Standard.

26 stycznia 2016

Rozmówki z Młodym (2)

Tuptamy z Młodym przez miasto. Godzina południowa. Miasto szare, zachmurzone, zamglone, a mokre ulice… prawie puste. Przechodniów można policzyć na palcach jednej ręki. W sklepach też pusto. Bez kolejek, bez tłoku. Nieco się zdziwiłam. Pytam Młodego:
- Ty, Młody, ale godzina taka, że powinni łazić. Z pracy, do pracy, na zakupy, ogólnie powinni łazić. Zawsze łazili. Gdzie są ludzie?
- Przespałaś apokalipsę.

21 stycznia 2016

Rozmówki z Młodym

Poleźliśmy do bankomatu. Młody obsługuje, ja stoję grzecznie obok, a do bankomatu obok podłazi dwóch kolesi typu: „zwinę ci torebkę i zwieję”. No co ja poradzę, że jakoś wyczuwam na odległość takich typków. Zasłoniłam sobą Młodego (o ile to możliwe zasłonić większego od siebie osobnika), żeby mi do niego nie wystartowali i „przypadkiem” nie zabrali kasy, bo gdzie potem będę ganiać za takimi po ulicach miasta. Nie daj Boże złapię, skopię z glana i jeszcze kłopoty będę miała. Młody dokonał gotówkowych operacji i odeszliśmy. Mówię mu, że tamtych dwóch to mi się wybitnie nie spodobało, bo i stali za blisko i z oczu im nieładnie patrzyło itp.
- Matka, spokojnie. Żaden normalny, zdrowy na umyśle i trzeźwy facet, nie zaczepi kobiety, która wygląda jak bazyliszek.
Popatrzyłam brzydko na Młodego.
- O właśnie. O tym mówiłem. Zabijasz wzrokiem. Nikt nie zaryzykuje.
Aż cud, że Młody wciąż łazi po tym świecie… Uodporniony chyba jakoś…

17 stycznia 2016

Mag prądu!

Wspólne gotowanie zbliża ludzi, czyli rozmówki kuchenne z Młodym (Technikusem).
Temat dotyczył broni palnej, pozwoleń oraz tego kiedy wskazane jest używanie broni palnej (to ja) i tego kiedy nie powinno tego się robić (to Młody i jego podejście: życie ludzkie jest cenne).
Moje podejście różni się znacznie od podejścia Młody. Wychodzę z założenia, że jak ktoś wlezie nieproszony na mój teren (np.dom), próbuje zrobić mi krzywdę, dokonać kradzieży, tudzież gorszych rzeczy, to mam prawo go po prostu odstrzelić jak kaczkę. Szkoda tylko, że przepisy prawne mają na ten temat inne zdanie.
Wywiązała się dyskusja. Uwielbiam dyskusje z Młodym.
- Młody, ale patrz. Włazi ci typ, to celujesz do niego i po problemie. Pif, paf, masz go z głowy. Pożytek dla ciebie i innych.
- Matka, życie ludzkie jest cenne.
Poprychałam pod nosem. Nie zaliczam typa włażącego na mój teren w złych zamiarach do kategorii: ludzie. To raczej kategoria: kaczka do odstrzału, ewentualnie: mob do ubicia.
- Ja to bym chciała, żeby można było w takich typów celować z daleka... tak jak w grze... mag odpala kulę ognia, puszcza z odległości i mobek ubity.
Młody popatrzył na mnie:
- To sobie matka taser kup.
- A co to jest?
- No właśnie taki paralizator na odległość.
Zainteresowałam się tematem, a Młody wyjaśnił nolifowi na czym polega obsługa tasera:
- Wyciągasz, celujesz, odpalasz. Typ od razu stuna dostaje (dla niewtajemniczonych - unieruchamia go).Tyle, że jak trafisz w gardło to może być tak, że przypadkiem ubijesz, a typ się nie zrespi i będziesz miała przewalone. Poza tym łuk masz, miecz masz, po co tobie jeszcze traser?
Poleciałam obejrzeć te trasery.
Już za ok. 2 tysiaki mogę zostać w realu magiem prądu.