Są takie dni, kiedy największego nolife, wolącego świat wirtualny i walkę z potworami, życie zmusza do przejścia do lokacji o nazwie: Rzeczywistość.
A potem zbiera się mu się na wynurzenia filozoficzne.
Wyrwana z ciepłego i spokojnego miejsca, jakim była gra, oderwana od pisanie kolejnych rozdziałów książki, tudzież poprawiania tego, co napisał ktoś inny, wylądowałam nagle w środku czegoś, co na pierwszy rzut oka przypominało zawieruchę.
Z kłębiącej się szarej mgły, wyłonił się napis: Rzeczywistość.
Chyba ktoś zapomniał dopisać: brutalna... i sztuczna...
Z pewną nieśmiałością ;) weszłam w środek owej mgły...
Od razu uderzyła we mnie pierwsza fala reklam wszelkiej maści i wszelakich cudownych lekarstw i maści. Brakowało tam tylko tej najważniejszej – na ból dupy. Ale podobno tego co dobre, nie trzeba reklamować. Do większości reklam dołączony był seksowny, kobiecy android. Dlaczego android? No bo za Chiny Ludowe żadna kobieta najbardziej zadbana, nie jest w stanie wyglądać tak sztucznie. Chociaż... może ewentualnie taka, która padła ofiarą błędu chirurga plastycznego. Ale nie wiem czy wtedy nadawałaby się do reklamy. W każdym razie poziom sztuczności mniej więcej ten sam.
Gdybym była mniej pewna siebie, mogłabym w tamtej chwili dołączyć do grona kobiet, które wpadają w kompleksy z powodu tego, że nie dorównują androidom i genialnym programom do obróbki grafiki.
Na swoje szczęście i nieszczęście twórców reklam – nie dołączyłam.
Pierwsza fala reklam spłynęła po mnie jak przysłowiowa woda po kaczce. Nie przekonałam się do ingerencji chemicznej we własny organizm, za pomocą tabletek, czopków, kapsułek, proszków, syropów – wszystkich oczywiście skutecznych. Nie od dziś wiadomo, że nikt w przemyśle farmaceutycznym nie jest tak głupi, by podawać klientowi działający lek. Po co tracić kasę, którą można zarobić na kliencie? Kupi najpierw jedno, potem drugie, żeby zniwelować skutki uboczne tego pierwszego. Potem trzecie, bo trzeba wzmocnić organizm po dwóch pierwszych. I tak w kółko.
Otrząsnęłam piórka i powędrowałam dalej, w głąb mgły.
Wraz z drugą falą przywędrowały informacje, że najzdrowsze pożywienie, to wyłącznie te ze słoiczków. Brakuje ci witamin? Weź pigułkę, zjedz zawartość słoiczka, a będziesz zdrowo odżywiony. Dbasz o swoją rodzinę? Ugotuj jej zupę z proszku. Bo jest w niej o wiele więcej zdrowych składników niż w tej, którą przyrządziłabyś sama... Kochasz swoje dziecko? Koniecznie kup mu gotowe, już starte jabłko. Doprawione konserwantami. Zamiast kupić zwykłe od rolnika i zetrzeć je na tarce. Trzeba przyzwyczajać organizm do sztuczności za młodu. Poza tym przecież nie masz czasu, żeby stać przy garach, prawda?
I tu zalała mnie fala trzecia.
Tym razem była to fala krzyku: Szybko! Prędko! Pospiesz się! Kątem oka dostrzegłam wir napędzany codzienną gonitwą społeczeństwa. W porę udało mi się zwiać i oddalić na bezpieczną odległość. Ale nawet stamtąd do moich uszu dochodziło potępieńcze wycie skazańców, którzy dali się porwać wirowi. Szybciej! To miało być na wczoraj! Biegiem odebrać dziecko z przedszkola! Zrób szybko zakupy! Przygotuj prędko obiad! Do pracy! Do obowiązków! Nie leń się! Trud! Znój!
Wir wypluł z siebie umęczonego osobnika. Otarł pot z czoła i opadł bezsilnie na ziemię. Ze środka wiru dobiegł pogardliwy rechot: Cienias! Obibok! Odpadł z wyścigu szczurów! Osobnik odpełznął od wiru i zapłakał gorzko. Z spękanych ust wydobyło się: Nie zarobię na nowy tablet, samochód. Nie spłacę kredytu za dom. Podkrążone oczy patrzyły na mnie z wyrzutem. Ośmielałam się stać z boku i przyglądać owemu pędowi ku... no właśnie, ku czemu?
Fala czwarta odpowiedziała mi na to pytanie.
Musisz mieć nowy telefon. Duży dom. Auto lepsze niż sąsiad. Zarabiać więcej niż twój brat. Musisz kupić najmodniejsze ubranie. Pójść na koncert, na który idą wszyscy. Bo tak wypada, bo tak trzeba. Bo co ludzie powiedzą?
Przezornie wycofałam się w skłębiony kawałek mgły, w nadziei, że pozostanę niezauważona przez falę piątą, która nadpływała z szybkością ponaddźwiękową.
Ta jednak uderzyła we mnie, prawie zwalając z nóg.
Jadowity głos sączył do ucha nienawistne słowa przeciwko bliźniemu. Zazdrość, złośliwość, poniżenie, zdrada. Podłożenie świni. Wszystko po to, aby być lepszym, aby dać porwać się wirowi pędu, by nie wypaść z gry.
Nie dołączysz do tych, którzy dali porwać się falom, jesteś nikim. Nie jesteś z nimi, jesteś wrogiem. Wrogiem... zniszcz... zabij...
Uciekłam.
Na sam koniec mgły.
Tu napotkałam kilka osób, które z obłędem w oczach próbowały wskoczyć do którejś z nadchodzących fal. Obojętnie której. Byle nie pozostawać samym. Samym ze sobą. Przyglądałam im się chwilę. Szamotały się niczym ryby wyciągnięte z sieci. Byle nie pozostać w mgle samotnie. Bo przebywanie w samotności sprawia, że do głosu dochodzą myśli. A nie zawsze chcemy myśleć. Często wolimy, żeby ktoś zrobił to za nas. Żeby wrzucił nas do którejś z fal, dzięki której nie będziemy musieli używać mózgu. Która będzie nami sterowała.
O wiele łatwiej jest pędzić wraz z resztą stada, zatracając się w konsumpcji, sztuczności. Nie czując samego siebie, nie dopuszczając do głosu intuicji, emocji. Próby powrotu do naturalności tłumione są „cudownymi” pigułkami.
Naturalność, bycie sobą, swoboda myślenia, zatraciły swoje znaczenie. Nie da się ich wepchnąć na żadną z fal. Nie da się ich wcisnąć w szufladkę. No, może jedynie taką z napisem: wariaci.
Nie zastanawiałam się dłużej. Wydostałam się z oparów mgły. W pewnej odległości dostrzegłam znajomy napis: świat wirtualny. Odetchnęłam z ulgą.
Pora na powrót i ucieczkę od rzeczywistości...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz