Kończyłam śniadanko, zamierzając następnie zniknąć w otchłani swojego pokoju, gdzie popełniałam kolejny tekst, kiedy do kuchni wpadła Gimbusówna:
- Mamooo! – zaczęła od progu.
- Kasy nie mam, w domu masz być przed dwudziestą drugą – rzuciłam odruchowo, przełykając kęs kanapki – Z kim idziesz, gdzie idziesz itp.
- Mamooo, ale ja mam pytanie!
Mało co się nie zadławiłam. Zaczynało się robić niebezpiecznie.
- Pytaj – mruknęłam, zastanawiając się z drżeniem serca o co może chodzić.
Pytania Gimbusówny bywają skomplikowane równie mocno jak możliwe do udzielenia odpowiedzi.
- Bo jeśli chłopak ma żonę i ona urodzi mu dziecko, ale on potem ma dziecko z jej matką, to kim te dzieci są dla siebie? Albo dla niego?
Zatkało mnie. Zakrztusiłam się.
Noż jasna cholera, dziecko. Nie zadawaj mi takich pytań przy jedzeniu, bo to się dla mnie tragicznie skończy.
W myślach przebiegłam znajomych Gimbusówny, zadając sobie jednocześnie pytanie, któż byłby tam tak... hm.. powiedzmy... szalony... Bo zapewne pytanie z powietrza się nie wzięło. Czy naprawdę coś jeszcze jest w stanie mnie zaskoczyć? Jeśli chodzi o pożycie intymne gimbazy? Jeszcze rozumiem z obcą starszą kobietą, w ramach nazwijmy to edukacji... ale z... teściową?
Przezornie odsunęłam talerz z kanapkami, napiłam się i dopiero odezwałam:
- Możesz powtórzyć pytanie?
- No patrz, bo jak chłopak ma żonę. I zrobi jej dzieciaka. I potem przyjeżdża matka jego żony i on się w niej zakochuje i też mają dzieciaka, to kto jest kim?
Zamrugałam z niedowierzaniem.
Pomyliło mi się. Naprawdę. Nigdy nie byłam mocna w nazewnictwie rodzinnym. Mama, tata, syn, córka – w porządku. Ale stryjkowie, cioteczne rodzeństwa, dziadek kuzyna stryjecznego wujka... czy wujenka stryjkowej cioteczki...
A tu jeden facet, różne kobiety powiązane rodzinnie, dzieci...
- Gimubsówna, harem. To po prostu harem. Tyle, że w dzisiejszych czasach jego utrzymanie może przysporzyć przeciętnemu facetowi nieco kłopotu. Skąd w ogóle takie pytanie? – postanowiłam dociec przyczyn ciekawości dziecięcia.
- Bo oglądam na necie Trudne Sprawy i tam on też nie wie co i jak... – przyznało dziecię.
- No to pierwszy raz im chyba scenariusz wyszedł. Faktycznie mają problem – rzuciłam drwiąco. – Niech się do Arabii Saudyjskiej wyprowadzi...
- Gdzie? – Gimbusówna wytrzeszczyła oczka.
Tak to jest, jak po kilku latach nauki geografii słyszy się o czymś po raz pierwszy.
- Nigdzie, nigdzie, tak mi się tylko powiedziało – porwałam kubek z colą i przezornie zniknęłam w swoim pokoju, wracając do popełniania kolejnego tekstu.