Zaczęło się podejrzanie.
Gimbusówna odrobiła lekcje, nie wrzeszczała, nie żądała niczego, nawet się uczyła. Przynajmniej tak twierdziła. A kiedy jeszcze przyszła i zapytała o lekturę szkolną, w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka alarmowa, a jej wycie znacznie przekraczało dopuszczalną ilość decybeli. Tych normowanych przez Unię.
Gimbusówna spokojna = kłopoty.
Gimbusówna spokojna i robiąca to, co powinna = wielkie kłopoty.
Przez głowę przemknęły mi możliwe scenariusze: pobiła się z kimś, załapała kolejne pały w budzie, doprowadziła do zawału któregoś z nauczycieli, zaczęła zarządzać gangiem młodocianych idiotów i wspólnie wyłudzają haracz od ludzi, a może po prostu podpalając papierosy pomyliły im się tytonie? I naćpali się czymś?
Lampka w mojej głowie migotała szaleńczym światłem, a wycie alarmu wdzierało się brutalnie w moje uszy.
No i zaczęło się.
Najpierw niewinnie. Jak lokomotywa, ruszająca ze stacji. „Najpierw powoli jak żółw ociężale, ruszyła maszyna po szynach ospale.”
- Mamooooo! Bo ja nie mam telefonu, nie działa mi, popsuł się... – zaczęła prowokującym tonem.
Tak drogie dziecko. Popsuł. Klawisze zdematerializowały, wyświetlacz postanowił odżeglować w siną dal. A ty wyłącznie z tego powodu znowu używasz tego zaczepnego tonu, którego nie lubię. I sądzisz, że coś tym załatwisz?
- No i ? – rzuciłam bez zainteresowania.
Awarie telefonu zdarzają się Gimbusównie co najmniej kilkanaście razy z rzędu codziennie i mają na celu wymuszenie zakupu najnowszego modelu tabletu.
- No i musisz mi kupić nowy! – zgrzytnęło głośno zębami dziecię.
- Odpada – oznajmiłam setny raz.
- To ja zadzwonię do dziadka! On mnie kocha i mi kupi! – wrzasnęła Gimbusówna.
- Zadzwonisz z tego zepsutego telefonu? – zdziwiłam się niewinnie.
Odpowiedzi nie doczekałam się. Miast tego dobiegł mnie huk zatrzaskiwanych drzwi mojego pokoiku. Dziecię odeszło. Pewnie zażądać telefonu od Młodego Grizzli. Tyle, że owy sprzęt leżał grzecznie u mnie w biurku, a Grizzli nie wykazywał chęci na jakiekolwiek kontakty z wrzeszczącym osobnikiem, wpadającym mu do pokoju. Spacyfikował w dwóch słowach i wywalił za drzwi.
Z pokoju Gimbusówny dobiegła seria dźwięków, świadcząca o tym, że dzieli się swoim problemem skąpej matki i bezczelnego Grizzli z połową fejsbuka. Po dłuższym czasie problem został chyba omówiony, bo zapadła chwila ciszy. Potem usłyszałam ciężkie kroki.
Psychopaty skradającego się do swojej ofiary.
Lokomotywa zaczęła się rozpędzać. Było już ją słychać za drzwiami mojej samotni. Te otworzyły się na całą szerokość i do środka wpadło dziecię z kolejnymi żądaniami.
- Napisz mi! – wrzasnęło.
Podniosłam oczy znad opowiadania i zlustrowałam spokojnie dziecię. Nic nie wskazywało na to, aby ręce czy palce mu zanikły. Machało nimi, tak więc złapanie długopisu nie powinno stanowić problemu.
- Napisz mi oświadczenie, że nie będę chodzić na religię do końca roku! – zażądało.
- A dlaczego nie chcesz? – spytałam, zupełnie niepotrzebnie, bo temat wałkujemy od początku roku szkolnego.
- Bo nie wierzę w Boga, wierzę w szatana! – dziecię popatrzyło na mnie prowokująco.
Oj Gimbusówna.
Jakby szatan o tym się dowiedział, to zarządziłby natychmiastową ewakuację z piekła.
- Dziecko – zaczęłam spokojnie, próbując kolejny raz jej wyjaśnić, że może wierzyć sobie w szatana, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby chodziła na lekcje religii i porozmawiała również o Bogu. W końcu to jedna i ta sama religia. Opowiada o nich obu.
- Napisz mi! – nie dała mi dokończyć. – Teraz! Gdzie masz kartkę i długopis!?!
- Nie mam – w mojej łepetynie zaświtał iście niegodziwy plan.
Lokomotywa rozpędzała się, a maszynista z szelmowskim uśmieszkiem liczył na to, że rozjedzie stojącego na torach samotnego dyspozytora ruchu. Oki, mała, zabawimy się w twoją grę i przełożymy zwrotnicę. Pędź sobie innym torem.
- Napiszę ci przez net. W końcu zapłaciłam za Librusa, to niech na coś się przyda – oznajmiłam, wyrażając swoją chęć do napisania oświadczenia. W oczach Gimbusówny dostrzegłam błysk zwątpienia.
Odpaliłam programik, odnalazłam nazwisko księdza i zaczęłam pisać.
Gimbusówna dzielnie mi wtórowała, podsuwając coraz to nowe pomysły. Niektóre z nich wykorzystałam. Latającego Potwora Spaghetti pominęłam. Ostatecznie tekst brzmiał następująco: „Córka w ramach buntu nastolatki nie chce uczęszczać na religię do końca roku, twierdząc, że jest niewierząca. Wygaduje też masę innych bzdur. W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak wyrazić zgodę na jej prośbę i liczyć na to, że zmieni z czasem zdanie. Mam nadzieję, że zrobi to szybciej niż ja osiwieję przy jej dorastaniu. Ksiądz się nie przejmuje. Z czasem jej rozum wróci.”
Gimbusówna rżała śmiechem, ucieszona, zachwycona. Do czasu, aż kursor myszki zjechał na napis: Wyślij.
- No, napisz mi to! – potwierdziła swoje wcześniejsze żądania – Tylko nie to, a jakoś normalnie to napisz, bo mi w szkole spokoju nie dadzą!
Mój palec obsunął się, w oczkach zamigotały iście szatańskie iskierki i nastąpiło ciche : klik.
Oczy dziecięcia zaczęły rozszerzać się, niczym spodki. Wlepiła je z niedowierzaniem w monitor, na którym pojawił się napis: Wiadomość została wysłana. Dziecię zamrugało zaskoczone. Otworzyło usta.
- Jeszcze jakieś zwolnienie ci potrzebne? – spytałam grzecznie, wyrażając swoją nieodpartą chęć do napisania następnego.
Dziecię nie odpowiedziało.
Wypadło z pokoju śmiertelnie obrażone.
16 września 2013
08 września 2013
Jak Gimbusówna nie została gwiazdą telewizyjną
Siedziałam sobie spokojnie i przelewałam na klawisze kolejny pomysł weny literackiej, kiedy do mojego pokoju wpadło jedno z domowej młodzieży. Gimbusówna. Oznaczało to ni mniej ni więcej, kłopoty.
- Mamo, chcesz trzysta złotych? – zapytało od progu, szczerząc radośnie zęby.
Gimbusówna rzadko pyta. Rzadko mówi spokojnie. Kiedy jednak dochodzi do tego wiekopomnego wydarzenia i dziecię przypomina sobie o tonacji, wiedz, że coś się dzieje. (jakby ujął to pewien ksiądz).
- Jasne – odparłam niezbyt przytomnie, zanim dotarło do mnie o co pyta – Dawaj i spadaj. Piszę. (Młodzież wie, że jak oznajmiam im, że piszę, to choćby się waliło i paliło, przez określony czas mnie nie ma. Chyba, że naprawdę sytuacja będzie wymagała ewakuacji).
- Ale naprawdę załatwiłam ci trzysta złotych – odparło dumnie dziecię, nie przestając się szczerzyć.
Tu już moja uwaga zaczęła z wolna podążać w jej stronę. Jak Gimbusówna coś załatwia, lepiej mieć się na baczności.
- Bo wiesz załatwiłam, że zarobisz sześćset złotych i podzielimy się po połowie – zaczęło wyłuszczać swój plan dziecię. Wciąż jeszcze spokojnie.
Uwaga zaczęła przyspieszać, by wreszcie wpaść w hiper prędkość, a pewien ksiądz walił rozpaczliwie pięścią w ambonę.
- Yyy – odezwałam się mało inteligentnie, odrywając od pisania.
Czyżby moje dziecię nieoczekiwanie zostało szefem firmy oferującej zatrudnienie? I do tego płacę? Samo zatrudnienie znaleźć można, gorzej z płacą adekwatną do zatrudnienia.
- Nawijaj – rozkazałam, sadowiąc się wygodniej na krześle i próbując zapanować nad dziwnym niepokojem, który nagle mnie ogarnął.
- Bo tak. Znalazłam w necie – oho, będzie wesoło. Ostatnio znalazła w necie ogłoszenie pana szukającego młodych modelek. Ku jej głębokiej rozpaczy pan odmówił współpracy, kiedy dotarło do niego, że pedofil nie jest zbyt wysoko na mojej liście osób lubianych. A dotarło bardzo szybko. Podobno wtedy też zniszczyłam nieodwołalnie Gimbusównie oszałamiającą karierę fotomodelki. Cóż, jak ma się wredną matkę, to tak bywa. – takie ogłoszenie o kieszonkowym. I zadzwoniłam tam, zgłosiłam nas. I rozmawiała taka miła pani. I wszystko mi wyjaśniła. I wypytała o wszystko. I wcale nie będziesz na wizji, na żywo. I zarobimy sześćset złotych. I podzielimy się tym po połowie. I kupię sobie glany. No i ten lakier, bo już mi się skończył – wyrzuciła z siebie, prawdopodobnie na bezdechu. Sapnęła, nabrała prędko powietrza i zaczęła mówić dalej – Bo tak. Wiesz, ta pani pytała o to jak sobie radzimy, czy nie chcemy zarobić, na co wydamy te pieniądze, no to ja jej powiedziałam, że ty nie pracujesz, nie mamy pieniędzy, nie masz mi za co kupić tych glanów, co ci je pokazywałam – moje trybiki w mózgu zaczęły zaskakiwać, przywołując obraz jakichś naprawdę ohydnych buciorów za ponad pięćset złotych. – no wiesz, już których?
Pokiwałam głową.
- No i słuchaj, no i oprócz tych glanów, to przecież jeszcze muszę kupić lakier do włosów, bo przecież nie pokażę się z taką nie ułożoną grzywką. A na nią to trzeba dużo lakieru. – Tak, wiem ile potrzeba, bo tym miesiącu, a jest dopiero początek, poszły już dwa spore opakowania. W całym mieszkaniu śmierdzi potem tak, jakbym gorzelnię tam prowadziła. Czego oni tam dodają do tych lakierów? Może to spirytus w sprayu? – no i wiesz, to te glany i ten lakier no i jeszcze przecież muszę mieć drobne jak gdzieś idziemy z paczką. – A psinco. Nie zamierzam fundować składek na fajki i piwo. I tak, wiem o tym, bo jak ostatni idioci wrzucacie potem fotki i filmiki na Facebooka z zakupami i ich spożywaniem. – No i ta pani o wszystko mnie wypytała i powiedziała, że idealnie pasujemy do jej programu i że jutro z rana do ciebie zadzwoni – Powodzenia w dzwonieniu. Mój telefon ma podstawową wadę. Nie działają w nim dźwięki. Internet też nie, co przy tym modelu nikogo nie dziwi. A co przy mojej awersji do komórek bynajmniej mi nie przeszkadza. – No to jak mamo zgodzisz się? Będziemy w TVN w „Rozmowach w Toku” – zakończyła swój słowotok i wlepiła we mnie swoje niebieskie oczęta, trzepocząc długimi rzęsami. Ewidentnie znowu podebrała mi moje kosmetyki. Sejf kupię i tam zacznę je zamykać.
Moja uwaga była już cała skoncentrowana na Gimbusównie, a mózg przyzwyczajony do słowotoku młodej, wyłapał z niego to co ważne. Pewien ksiądz właśnie upadał. Gimbusówna jeszcze nigdy nie wygłosiła tylu słów pod rząd w miarę spokojnym tonem. Co też wizja kariery na szklanym ekranie potrafi zrobić z przeciętnego osobnika w wieku gimnazjalnym. Niesamowite. Powinni za to opłaty brać.
Gimbusówna nudząc się, zamiast uczyć, zgłosiła nas do jakiegoś tv show, abyśmy zarobiły oszałamiającą kwotę sześciu stówek za... – no właśnie za co?
- A o co chodzi z tym kieszonkowym? – mój mózg błyskawicznie odszukał początkową informację.
- No bo to ma być odcinek o kieszonkowym.
- Gimbusówna, ale przecież ty nie dostajesz kieszonkowego – odparłam jeszcze spokojnie, ale moja wewnętrzna wredota już zaczynała chichotać. - Jakbym ci dziecino odpalała jeszcze kieszonkowe, to poszłabym z torbami już dawno. I tak codziennie ode mnie kasę wyciągasz. A jak znam życie i ciebie, to nawet po dostaniu kieszonkowego i tak byś przyleciała po forsę.
- No przecież jestem dzieckiem i mi się należy! – wreszcie znajome tony. Tak, już. Należy. Akurat. Dlaczego po tylu latach wciąż do ciebie nie dociera, że ta wielka kolorowa tablica z prawami dziecka wisząca w szkole, zawierała również obowiązki? - I ta pani powiedziała, że to niesprawiedliwe i tak nie powinno być! Każde dziecko powinno dostawać kieszonkowe! I rodzice powinni tak ułożyć ten ee... – zawahała się, pewnie za trudne słowo - budżet domowy, żeby dziecko dostało! Bo dzieci są ważne i też mają swoje potrzeby! I jak tam pójdziemy, to ta pani ci powie jak masz sobie pieniądze wydawać, żebym ja dostała kieszonkowe! I powiedziała, że porozmawiamy sobie dlaczego ty mi ich nie dajesz, a dlaczego powinnaś i wyjaśnimy sobie dlaczego tak jest! – Gimbusówna wciąż szczerzyła radośnie ząbki. – I do Krakowa się przejedziemy!
Moja wewnętrzna wredota nie wytrzymała. Najpierw podniosło mi ciśnienie na obcą babę, która ingeruje w moją rodzinę, dochody i bezczelnie manipuluje dzieckiem. Potem jednak uświadomiwszy sobie absurd całej tej sytuacji wybuchnęłam głośnym śmiechem.
Gimbusówna zawtórowała mi radośnie. Nie wiem dlaczego. Chyba uznała to za objaw zgody. Przyszła więc pora, aby wyprowadzić ją z błędu, jednym, krótkim słówkiem.
- Nie – spoważniałam, przygotowując się duchowo na dłuższą rozmowę.
- Dlaczego nie! Nie chcesz zarobić! Nie chcesz mi kupić butów, ani lakieru! – podniosła głos. Jak zwykle w sytuacji, kiedy przymierzała się do ataku.
- Gimbusówna – zaczęłam spokojnie – Po pierwsze to nie mam parcia na szkło, a po drugie, co cię podkusiło aby tam się zgłosić?
- Bo ty mi nie chcesz dawać pieniędzy! I w telewizji bym była! – znowu podniesiony ton, a tyle już razy poruszałyśmy temat tonu i rozmów.
- Gimbusówna, po pierwsze nie tym tonem, a po drugie przecież dostajesz drobne, poza tym kupuję ci to co potrzebne. A o występowaniu w telewizji zapomnij.
- Bo ty to jesteś wredna! Nie rozmawiam z tobą!
Gimbusówna prychnęła oburzona, trzasnęła drzwiami mojego pokoju i wyszła.
A o trzaskaniu drzwiami też mówiłam kilkaset razy.
Wrednie przemknęło mi przez głowę, że pewnie teraz zgłosi się do „Trudnych spraw” albo „Dlaczego ja”.
I tylko nie pojmuję jednego.
Dlaczego okres dojrzewania gimbusów ma tak dramatyczny przebieg? Przynajmniej w niektórych przypadkach? Chyba lepiej bym na tym wyszła, gdybym naście lat temu założyła hodowlę norek, czy coś...
- Mamo, chcesz trzysta złotych? – zapytało od progu, szczerząc radośnie zęby.
Gimbusówna rzadko pyta. Rzadko mówi spokojnie. Kiedy jednak dochodzi do tego wiekopomnego wydarzenia i dziecię przypomina sobie o tonacji, wiedz, że coś się dzieje. (jakby ujął to pewien ksiądz).
- Jasne – odparłam niezbyt przytomnie, zanim dotarło do mnie o co pyta – Dawaj i spadaj. Piszę. (Młodzież wie, że jak oznajmiam im, że piszę, to choćby się waliło i paliło, przez określony czas mnie nie ma. Chyba, że naprawdę sytuacja będzie wymagała ewakuacji).
- Ale naprawdę załatwiłam ci trzysta złotych – odparło dumnie dziecię, nie przestając się szczerzyć.
Tu już moja uwaga zaczęła z wolna podążać w jej stronę. Jak Gimbusówna coś załatwia, lepiej mieć się na baczności.
- Bo wiesz załatwiłam, że zarobisz sześćset złotych i podzielimy się po połowie – zaczęło wyłuszczać swój plan dziecię. Wciąż jeszcze spokojnie.
Uwaga zaczęła przyspieszać, by wreszcie wpaść w hiper prędkość, a pewien ksiądz walił rozpaczliwie pięścią w ambonę.
- Yyy – odezwałam się mało inteligentnie, odrywając od pisania.
Czyżby moje dziecię nieoczekiwanie zostało szefem firmy oferującej zatrudnienie? I do tego płacę? Samo zatrudnienie znaleźć można, gorzej z płacą adekwatną do zatrudnienia.
- Nawijaj – rozkazałam, sadowiąc się wygodniej na krześle i próbując zapanować nad dziwnym niepokojem, który nagle mnie ogarnął.
- Bo tak. Znalazłam w necie – oho, będzie wesoło. Ostatnio znalazła w necie ogłoszenie pana szukającego młodych modelek. Ku jej głębokiej rozpaczy pan odmówił współpracy, kiedy dotarło do niego, że pedofil nie jest zbyt wysoko na mojej liście osób lubianych. A dotarło bardzo szybko. Podobno wtedy też zniszczyłam nieodwołalnie Gimbusównie oszałamiającą karierę fotomodelki. Cóż, jak ma się wredną matkę, to tak bywa. – takie ogłoszenie o kieszonkowym. I zadzwoniłam tam, zgłosiłam nas. I rozmawiała taka miła pani. I wszystko mi wyjaśniła. I wypytała o wszystko. I wcale nie będziesz na wizji, na żywo. I zarobimy sześćset złotych. I podzielimy się tym po połowie. I kupię sobie glany. No i ten lakier, bo już mi się skończył – wyrzuciła z siebie, prawdopodobnie na bezdechu. Sapnęła, nabrała prędko powietrza i zaczęła mówić dalej – Bo tak. Wiesz, ta pani pytała o to jak sobie radzimy, czy nie chcemy zarobić, na co wydamy te pieniądze, no to ja jej powiedziałam, że ty nie pracujesz, nie mamy pieniędzy, nie masz mi za co kupić tych glanów, co ci je pokazywałam – moje trybiki w mózgu zaczęły zaskakiwać, przywołując obraz jakichś naprawdę ohydnych buciorów za ponad pięćset złotych. – no wiesz, już których?
Pokiwałam głową.
- No i słuchaj, no i oprócz tych glanów, to przecież jeszcze muszę kupić lakier do włosów, bo przecież nie pokażę się z taką nie ułożoną grzywką. A na nią to trzeba dużo lakieru. – Tak, wiem ile potrzeba, bo tym miesiącu, a jest dopiero początek, poszły już dwa spore opakowania. W całym mieszkaniu śmierdzi potem tak, jakbym gorzelnię tam prowadziła. Czego oni tam dodają do tych lakierów? Może to spirytus w sprayu? – no i wiesz, to te glany i ten lakier no i jeszcze przecież muszę mieć drobne jak gdzieś idziemy z paczką. – A psinco. Nie zamierzam fundować składek na fajki i piwo. I tak, wiem o tym, bo jak ostatni idioci wrzucacie potem fotki i filmiki na Facebooka z zakupami i ich spożywaniem. – No i ta pani o wszystko mnie wypytała i powiedziała, że idealnie pasujemy do jej programu i że jutro z rana do ciebie zadzwoni – Powodzenia w dzwonieniu. Mój telefon ma podstawową wadę. Nie działają w nim dźwięki. Internet też nie, co przy tym modelu nikogo nie dziwi. A co przy mojej awersji do komórek bynajmniej mi nie przeszkadza. – No to jak mamo zgodzisz się? Będziemy w TVN w „Rozmowach w Toku” – zakończyła swój słowotok i wlepiła we mnie swoje niebieskie oczęta, trzepocząc długimi rzęsami. Ewidentnie znowu podebrała mi moje kosmetyki. Sejf kupię i tam zacznę je zamykać.
Moja uwaga była już cała skoncentrowana na Gimbusównie, a mózg przyzwyczajony do słowotoku młodej, wyłapał z niego to co ważne. Pewien ksiądz właśnie upadał. Gimbusówna jeszcze nigdy nie wygłosiła tylu słów pod rząd w miarę spokojnym tonem. Co też wizja kariery na szklanym ekranie potrafi zrobić z przeciętnego osobnika w wieku gimnazjalnym. Niesamowite. Powinni za to opłaty brać.
Gimbusówna nudząc się, zamiast uczyć, zgłosiła nas do jakiegoś tv show, abyśmy zarobiły oszałamiającą kwotę sześciu stówek za... – no właśnie za co?
- A o co chodzi z tym kieszonkowym? – mój mózg błyskawicznie odszukał początkową informację.
- No bo to ma być odcinek o kieszonkowym.
- Gimbusówna, ale przecież ty nie dostajesz kieszonkowego – odparłam jeszcze spokojnie, ale moja wewnętrzna wredota już zaczynała chichotać. - Jakbym ci dziecino odpalała jeszcze kieszonkowe, to poszłabym z torbami już dawno. I tak codziennie ode mnie kasę wyciągasz. A jak znam życie i ciebie, to nawet po dostaniu kieszonkowego i tak byś przyleciała po forsę.
- No przecież jestem dzieckiem i mi się należy! – wreszcie znajome tony. Tak, już. Należy. Akurat. Dlaczego po tylu latach wciąż do ciebie nie dociera, że ta wielka kolorowa tablica z prawami dziecka wisząca w szkole, zawierała również obowiązki? - I ta pani powiedziała, że to niesprawiedliwe i tak nie powinno być! Każde dziecko powinno dostawać kieszonkowe! I rodzice powinni tak ułożyć ten ee... – zawahała się, pewnie za trudne słowo - budżet domowy, żeby dziecko dostało! Bo dzieci są ważne i też mają swoje potrzeby! I jak tam pójdziemy, to ta pani ci powie jak masz sobie pieniądze wydawać, żebym ja dostała kieszonkowe! I powiedziała, że porozmawiamy sobie dlaczego ty mi ich nie dajesz, a dlaczego powinnaś i wyjaśnimy sobie dlaczego tak jest! – Gimbusówna wciąż szczerzyła radośnie ząbki. – I do Krakowa się przejedziemy!
Moja wewnętrzna wredota nie wytrzymała. Najpierw podniosło mi ciśnienie na obcą babę, która ingeruje w moją rodzinę, dochody i bezczelnie manipuluje dzieckiem. Potem jednak uświadomiwszy sobie absurd całej tej sytuacji wybuchnęłam głośnym śmiechem.
Gimbusówna zawtórowała mi radośnie. Nie wiem dlaczego. Chyba uznała to za objaw zgody. Przyszła więc pora, aby wyprowadzić ją z błędu, jednym, krótkim słówkiem.
- Nie – spoważniałam, przygotowując się duchowo na dłuższą rozmowę.
- Dlaczego nie! Nie chcesz zarobić! Nie chcesz mi kupić butów, ani lakieru! – podniosła głos. Jak zwykle w sytuacji, kiedy przymierzała się do ataku.
- Gimbusówna – zaczęłam spokojnie – Po pierwsze to nie mam parcia na szkło, a po drugie, co cię podkusiło aby tam się zgłosić?
- Bo ty mi nie chcesz dawać pieniędzy! I w telewizji bym była! – znowu podniesiony ton, a tyle już razy poruszałyśmy temat tonu i rozmów.
- Gimbusówna, po pierwsze nie tym tonem, a po drugie przecież dostajesz drobne, poza tym kupuję ci to co potrzebne. A o występowaniu w telewizji zapomnij.
- Bo ty to jesteś wredna! Nie rozmawiam z tobą!
Gimbusówna prychnęła oburzona, trzasnęła drzwiami mojego pokoju i wyszła.
A o trzaskaniu drzwiami też mówiłam kilkaset razy.
Wrednie przemknęło mi przez głowę, że pewnie teraz zgłosi się do „Trudnych spraw” albo „Dlaczego ja”.
I tylko nie pojmuję jednego.
Dlaczego okres dojrzewania gimbusów ma tak dramatyczny przebieg? Przynajmniej w niektórych przypadkach? Chyba lepiej bym na tym wyszła, gdybym naście lat temu założyła hodowlę norek, czy coś...
01 września 2013
Jak zostałam wredną matką
Mam ci ja dzieciny.
Jedno, płci rzekomo pięknej, w wieku gimnazjalnym, o wdzięcznym mianie Gimbusówna. Miano zmienię, jak na to zasłuży, a przynajmniej udowodni, że gimbus to człowiek, a nie stan umysłu.
Drugie, płci brzydkiej, w wieku prawie dorosłym. A przynajmniej tym, uprawniającym do zakupu alkoholu bez pokazywania dowodu. Technikus Lenikus, zwany potocznie Młodym Grizzli.
Niestety wiek ten jest również okresem dojrzewania, szukania samego siebie (chociaż niektórzy nie odnajdują się nawet na emeryturze), buntu, który przyprawia o furię wściekłości najspokojniejszych i kochających rodziców.
Na nieszczęście mojej domowej młodzieży, nigdy nie należałam do spokojnych i miłych kobiet.
Na moje nieszczęście, Gimbusówna też nie należy. W końcu coś po matce odziedziczyła.
Jak wiadomo wszystko z czasem ewoluuje.
Malutkie, słodkie niemowlaki również.
Proces ewolucji wygląda mniej więcej tak:
Niemowlę – 0-1 – je, wydala, śpi.
1-3 – je, wydala, śpi, zaczyna mówić i chodzić
4-6 – je, wydala, śpi, mówi, chodzi, zaczyna zadawać pytania.
7-12 – je, wydala, śpi, mówi, chodzi, pyta, zaczyna pyskować.
13-16 – je, wydala, śpi, mówi, chodzi, pyta, pyskuje. I mniej więcej w tym okresie zaczyna się faza poszukiwania samego siebie, problemy z tożsamością, podważanie autorytetów – tzw. bunt nastolatka. Rodzic może mieć wrażenie, że ewolucja dziecka utknęła w miejscu, doprowadzając jednocześnie do zagłady jego mózgu.
(To pewnie zmasowany atak wygłodniałych zombie).
17 – i więcej – je, wydala, śpi, nie zawsze mówi gdzie chodzi, miast pyskówek jest szansa na rozmowę, faza buntu dobiega końca, a mózg zdaje się na powrót funkcjonować (najwidoczniej zombie zrzygało się i do teraz mu się odbija).
Jako, że nigdy nie byłam matką kwoką – wszak doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny, a jak samemu wychowuje się potomstwo, pracuje, zajmuje domem, to też kiedyś spać trzeba – udomowiona młodzież zmuszona była szybko dorosnąć i przejąć na siebie część obowiązków.
I to byłoby na plus.
A jak jest plus to jest też i minus.
Nikt dotąd jeszcze nie opracował możliwości sklonowania się tak, aby móc być w kilku miejscach naraz. Tak więc niemożliwym jest być w pracy i jednocześnie w domu, by dopilnować, czy młodzież zajmuje się tym czym powinna. A o tym, że nie zawsze postępuje zgodnie z sugestiami matki, zwłaszcza w okresie dojrzewania i buntu można bardzo szybko przekonać się, otrzymując informacje ze szkoły. Informacje te nie zawsze są miłe.
Można znieść spokojnie jedną informację. Dwie, trzy... ale kiedy liczba zaczyna zbliżać się do trzycyfrowej, człowiek zaczyna mieć dość.
I tylko dlatego powstała seria opowiadań o Gimbusównie, czy Rozmówki z Młodym..
Swoisty wentyl bezpieczeństwa.
I to nie dlatego, że nie kocham własnych dzieci, jak mi to owe dzieci zarzuciły.
Jedno, płci rzekomo pięknej, w wieku gimnazjalnym, o wdzięcznym mianie Gimbusówna. Miano zmienię, jak na to zasłuży, a przynajmniej udowodni, że gimbus to człowiek, a nie stan umysłu.
Drugie, płci brzydkiej, w wieku prawie dorosłym. A przynajmniej tym, uprawniającym do zakupu alkoholu bez pokazywania dowodu. Technikus Lenikus, zwany potocznie Młodym Grizzli.
Niestety wiek ten jest również okresem dojrzewania, szukania samego siebie (chociaż niektórzy nie odnajdują się nawet na emeryturze), buntu, który przyprawia o furię wściekłości najspokojniejszych i kochających rodziców.
Na nieszczęście mojej domowej młodzieży, nigdy nie należałam do spokojnych i miłych kobiet.
Na moje nieszczęście, Gimbusówna też nie należy. W końcu coś po matce odziedziczyła.
Jak wiadomo wszystko z czasem ewoluuje.
Malutkie, słodkie niemowlaki również.
Proces ewolucji wygląda mniej więcej tak:
Niemowlę – 0-1 – je, wydala, śpi.
1-3 – je, wydala, śpi, zaczyna mówić i chodzić
4-6 – je, wydala, śpi, mówi, chodzi, zaczyna zadawać pytania.
7-12 – je, wydala, śpi, mówi, chodzi, pyta, zaczyna pyskować.
13-16 – je, wydala, śpi, mówi, chodzi, pyta, pyskuje. I mniej więcej w tym okresie zaczyna się faza poszukiwania samego siebie, problemy z tożsamością, podważanie autorytetów – tzw. bunt nastolatka. Rodzic może mieć wrażenie, że ewolucja dziecka utknęła w miejscu, doprowadzając jednocześnie do zagłady jego mózgu.
(To pewnie zmasowany atak wygłodniałych zombie).
17 – i więcej – je, wydala, śpi, nie zawsze mówi gdzie chodzi, miast pyskówek jest szansa na rozmowę, faza buntu dobiega końca, a mózg zdaje się na powrót funkcjonować (najwidoczniej zombie zrzygało się i do teraz mu się odbija).
Jako, że nigdy nie byłam matką kwoką – wszak doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny, a jak samemu wychowuje się potomstwo, pracuje, zajmuje domem, to też kiedyś spać trzeba – udomowiona młodzież zmuszona była szybko dorosnąć i przejąć na siebie część obowiązków.
I to byłoby na plus.
A jak jest plus to jest też i minus.
Nikt dotąd jeszcze nie opracował możliwości sklonowania się tak, aby móc być w kilku miejscach naraz. Tak więc niemożliwym jest być w pracy i jednocześnie w domu, by dopilnować, czy młodzież zajmuje się tym czym powinna. A o tym, że nie zawsze postępuje zgodnie z sugestiami matki, zwłaszcza w okresie dojrzewania i buntu można bardzo szybko przekonać się, otrzymując informacje ze szkoły. Informacje te nie zawsze są miłe.
Można znieść spokojnie jedną informację. Dwie, trzy... ale kiedy liczba zaczyna zbliżać się do trzycyfrowej, człowiek zaczyna mieć dość.
I tylko dlatego powstała seria opowiadań o Gimbusównie, czy Rozmówki z Młodym..
Swoisty wentyl bezpieczeństwa.
I to nie dlatego, że nie kocham własnych dzieci, jak mi to owe dzieci zarzuciły.
A tak poza tym... niech się cieszą, że w czasach kiedy się rodziły, nie sprzedawano śliskich kocyków, a ja nie miałam daru widzenia przyszłości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)