Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matka. Pokaż wszystkie posty

10 maja 2019

Jak (nie)zapisać się na badanie


Jako, że Młodej (Gimbusównie) wykryto bradykardię, co skutkuje dosyć częstym wylogowywaniem się ze świata realnego i znacznie utrudnia życie, łącznie z nieotrzymaniem zdolności do pracy, postanowiłyśmy rozpocząć diagnozowanie. Skąd, co, dlaczego, jak temu zaradzić, aby Młoda mogła normalnie funkcjonować.
Wszystko szło w miarę gładko do momentu gdy dostałyśmy skierowanie na Tilt Test. To takie badanie pochylniowe.
Klinika w Zabrzu, w której Młoda jest pacjentką – niestety nie ma takiej pracowni.
Nie przejmowałam się tym zbytnio, bo w końcu mam wreszcie do dyspozycji samochód, jeździć lubię, to spoko, pośmigam z Młodą, zamiast nawalać w Wiedźmina.

Pierwszy szpital, w Rudzie Śląskiej, w którym można było wykonać to badanie. Tu poszło szybko – mieliśmy remont, nie mamy już pracowni, badania nie wykonujemy. A zresztą po co takie badanie? Teraz to już go się nie wykonuje.

Znalazłyśmy w internecie informację, że owo badanie można wykonać na ul. Ziołowej w Katowicach.
No to z powrotem w auto, wracamy na Zabrze po zmianę placówki na skierowaniu i lecimy na Katowice.
Wszystko fajnie, nawet udało mi się tam zaparkować – bo wiadomo Katowice totalnie zatłoczone – no ale zaliczyłyśmy wielkie zdziwienie.
Najpierw przegoniono nas po piętrach, z oddziału na oddział, bo może któryś Młodą przyjmie i zrobią jej badanie. Wiecie, to tak w ramach testu: jak ktoś z chorym sercem pozalicza te piętra, to albo się wykończy (wtedy widać naprawdę był chory), albo nic mu nie będzie (po co leczyć zdrowego?)
Potem okazało się, że owo badanie można zrobić tylko w pracowni tego szpitala. Jak dla mnie, to mogą to nawet robić w pracowni na parkingu, byle zrobili.
Jednak zapisanie się na badanie nie jest takie proste. Po pierwsze Młoda musi być pacjentką ichniejszej poradni kardiologicznej (czyli zrezygnować z Zabrza, zarejestrować się w Katowicach i może pod koniec roku albo w przyszłym lekarz ją przyjmie i wypisze (kolejne) skierowanie na to badanie...), albo leżeć na oddziale u nich. Niestety na oddział jej nie przyjmą, bo jest pacjentką kliniki w innym mieście...
Jak nas poinformowano: jest jedno wyjście - jak zemdleje w Katowicach (najlepiej w okolicy szpitala), to wtedy karetka ją tu przywiezie no i zrobią badanie...
No, ale bez przesady – tu wyszła ze mnie wredna matka. Nie będę codziennie wozić Młodej po Ochojcu i czekać, aż mi odpłynie w aucie.

Nie pozostało nic innego jak wrócić do Zabrza i poinformować o zaistniałej sytuacji. Lekarz prowadzący posprawdzał i okazało się, że Tilt Test na pewno robi szpital na ul. Legionów w Bytomiu. Odpowiednie skierowanie zostały wypisane i można ruszać w drogę.
Nauczona doświadczeniem bezsensownego przejeżdżania kilometrów od miasta do miasta, najpierw tam zadzwoniłam. Połączono mnie z kardiologią i przedstawiłam miłej pani sytuację. Okazało się, że oczywiście, mają pracownię, robią. Pani nawet mi przedstawiła jak to będzie wyglądać, i że mam tylko przywieźć skierowanie, a oni ustalą termin przyjęcia Młodej na oddział.
Super! Kolejnego dnia z rana (bo rano będzie oddziałowa i ustali kiedy Młodą przyjmą) pocisnęłam na Bytom. I tu się zdziwiłam po raz kolejny: ale jak to? Kto pani kazał przyjechać? (Mój błąd, bo nie zapytałam o nazwisko osoby odbierającej telefon, ani nie nagrałam rozmowy – ale ja dosyć szybko uczę się na błędach). Kto pani w ogóle powiedział, że to zrobimy? Owszem jest pracownia, robimy to badanie, ale to ordynator musi wyrazić zgodę. Niech pani przyjedzie jutro z rana, szef ma dyżur, to będzie.
Wiecie co oznacza dla nocnego marka dotarcie gdzieś z rana? No masakra... Toż to środek nocy!
Jednak pozbierałam się i na wpół przytomna dotarłam do szpitala. I przestało być miło. Okazało się, że jednak szpital nie robi tego badania (zdaje się, że nagle im wyparowała pracownia), jak poinformował mnie sam szef oddziału, nie ma w ogóle takiej możliwości, a co za tym idzie nie przyjmą Młodej, no i poza tym: „taka ta klinika niby dobra w tym Zabrzu...”, „niech pani przekaże lekarzowi, żeby mi tu nie wysyłał pacjentów!”.

Miałam wystarczająco dużo czasu wracając do domu, by spróbować ogarnąć swoim mózgiem blondynki co się tu odjaniepawliło, ale przyznam, że dalej nie ogarniam.
Co to ma być? Pole bitwy lekarzy?
Oficjalnie są pracownie, w których można zrobić badanie (ale jednak ich nie ma), są oddziały, ale Młodej nie przyjmą, bo jest pacjentką Zabrza, bo nie przywiozła jej karetka, bo... cholera wie co.
Co prawda zostaje nam jeszcze opcja Wrocławia, Łodzi, ale jak dotrę tam z rana i spotka mnie to samo co w Bytomiu, to pójdę siedzieć za morderstwo.
Na razie czekam na odpowiedź NFZ – bo kto jak kto, ale chyba oni najlepiej powinni wiedzieć, które placówki ten Tilt Test robią, bo w końcu płacą tym placówkom za to.

Nawiasem mówiąc ta cała sytuacja przypomina mi tę, w efekcie której Młoda sama musiała ściągnąć sobie gips z całej nogi (po wypadku), bo termin miała na maj, a był luty... Żadna poradnia nie chciała jej przyjąć (bo nie u nas zakładali, wracajcie na SOR, który to założył. Tyle, że na Sorze też nie chcieli zdjąć, bo od tego są poradnie...). Tak, że ten tego...







10 czerwca 2016

Młoda v Glonojad

Trzeba było uzupełnić akwarium o nowe rybki. Jako, że sklep otworzyli mi prawie pod nosem i odpadł problem z transportem rybek, nie było już wymówki.

Polazłam tam z Młodą. Powybierałyśmy co chciałyśmy, uprzejmy personel zaczął nam rybki wyławiać. I wszystko byłoby fajnie i cacy, gdyby nie zachciało mi się glonojada. Ot taki tam był na dnie, malutki, raptem z dwa centymetry miał. Glonojad ma to do siebie, że jak się do czegoś przyssie, to nie chce odpuścić. Najlepszy klej przy nim wymięka. Podobno jednak taką siłę przysysania się do czegokolwiek, wykazują większe osobniki. Podobno...
Miła pani ze sklepu zabrała się za wyławiania glonojadka. Tego malutkiego (ok. 2cm!), którego najpierw trzeba było namierzyć, bo chował się pod rybkami. Namierzony, pani działa.
Okazało się, że to, że ktoś go chce wyłowić, nie oznacza, że on da się wyłowić. Nagle dostał turbo powera i zaczął zwiewać po całym akwarium. Nie miałam pojęcia, że coś, co przed chwilą udawało nieruchomą przyssawkę, nagle może zapierd... w wodzie tak, że żaglica* wpada w kompleksy. Po akcji całego personelu sklepowego (trzy osoby), udało się go złapać na podbierak. Pierwsza próba przełożenia glonojada z podbieraka do kubeczka z wodą skończyła się niepowodzeniem. Druga i trzecia też. Przyssał się do siatki podbieraka... I za nic w świecie nie zamierzał odpuścić. Po kilku kolejnych próbach (i panice mojej i Młodej, że mu się zdechnie z powodu braku wody) udało się go oderwać. Żywego, nieuszkodzonego.
Ufff, znalazł się w kubeczku.
Reszta rybek też tam trafiła, można było zacząć je pakować do transportu, czyli: poprzekładać do woreczka z wodą i zabezpieczyć ów woreczek.
Rybki znalazły się w woreczku bardzo szybko. Zgadnijcie, kto pozostał na dnie kubeczka...
Tak... przyssany glonojad. Panika. Prędkie dolewanie wody do kubeczka, żeby maleństwo się nie wykończyło i kolejne próby przełożenia drania do woreczka. Próba zastukania w dno kubeczka, żeby odpuścił i się przemieścił, spowodowała okrzyk jednej z pań z personelu: Nie tak! Zabijecie go! Trzeba z nim jakoś inaczej.
Tylko kurde jak? Namawiać go mamy czy co? Może jak usłyszy prośby pięciu osób, żeby jednak oderwał się od kubeczka, to się odessie od niego?
Po kilkunastu kolejnych próbach łagodnego przełożenia upartego glonojada do woreczka (i w międzyczasie dolewania wody, poruszania kubeczkiem itp.), okazało się, że nie jesteśmy w stanie go „zmusić” do dobrowolnego wpłynięcia, tam gdzie powinien być.
Decyzja zapadła. Zepchniemy go na siłę. W końcu przecież musi się odkleić. Co prawda była obawa, że najzwyczajniej w świecie, zamiast zepchnąć skubańca końcem łyżeczki do woreczka z wodą, wyprujemy mu przez przypadek flaki, ale...
Udało się!
Młoda uśmiana, personel rozbawiony. Tak upartego glonojada jeszcze nikt nie widział.
- Jak wy go sobie w domu przełożycie do akwarium?
- Będzie prościej – uznałam – wypuści się rybki, pewnie wypłynie razem z nimi...
Dotargałyśmy skubańca do domu.
Akwa otworzone, ryby wpuszczone, a kto został we woreczku?
Glonojad...
Uparcie przyssany do woreczka. I ani go wypchnąć (bo zgnieciemy maleństwo), ani zmusić do wypłynięcia (a sam od siebie nie chciał wypłynąć).
Po kilku minutach manewrowania woreczkiem, łapania w niego powietrza i próbie wypchnięcia tego pieprzonego glonojada (!), poddałam się i poszłam po nożyczki z zamiarem rozcięcia worka. A dokładniej wycięcia dziury z glonojadem w tle.
- Mama, udało się! – wrzasnęła Młoda, kiedy wróciłam z nożyczkami. – Puścił się!
Puścił i zniknął w odmętach akwarium.
Znalazł się niedługo potem. Przyssany do tylnej ścianki...

*- najszybsza ryba świata.

20 maja 2016

Rozmówki z Młodym (7)

Młody wstał po nocy zarwanej na granie. Wstanie obwieścił gromkim: wstałem!, które rozległo się w promieniu kilku kilometrów.
- Jesteś? – padło pytanie.
No jestem, a niby gdzie mam być, jak rozwalam potwory w grze.
- Ta – mruknęłam, tłukąc moba.
Młody przyczłapał do mojego pokoju.
- Wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet! – wrzasnął radośnie.
- Młody, tobie się coś nie pomyliło?
- Nie. Święto dzisiaj jakieś masz, co nie? – zastanowił się.
- Podobno. Dzień matki…
- Aha… – pomyślał chwilę. – ale matka to też kobieta!

16 marca 2016

Zatracenie

Są takie dni, kiedy największego nolife, wolącego świat wirtualny i walkę z potworami, życie zmusza do przejścia do lokacji o nazwie: Rzeczywistość.
A potem zbiera się mu się na wynurzenia filozoficzne.
Wyrwana z ciepłego i spokojnego miejsca, jakim była gra, oderwana od pisanie kolejnych rozdziałów książki, tudzież poprawiania tego, co napisał ktoś inny, wylądowałam nagle w środku czegoś, co na pierwszy rzut oka przypominało zawieruchę.
Z kłębiącej się szarej mgły, wyłonił się napis: Rzeczywistość.
Chyba ktoś zapomniał dopisać: brutalna... i sztuczna...
Z pewną nieśmiałością ;) weszłam w środek owej mgły...
Od razu uderzyła we mnie pierwsza fala reklam wszelkiej maści i wszelakich cudownych lekarstw i maści. Brakowało tam tylko tej najważniejszej – na ból dupy. Ale podobno tego co dobre, nie trzeba reklamować. Do większości reklam dołączony był seksowny, kobiecy android. Dlaczego android? No bo za Chiny Ludowe żadna kobieta najbardziej zadbana, nie jest w stanie wyglądać tak sztucznie. Chociaż... może ewentualnie taka, która padła ofiarą błędu chirurga plastycznego. Ale nie wiem czy wtedy nadawałaby się do reklamy. W każdym razie poziom sztuczności mniej więcej ten sam.
Gdybym była mniej pewna siebie, mogłabym w tamtej chwili dołączyć do grona kobiet, które wpadają w kompleksy z powodu tego, że nie dorównują androidom i genialnym programom do obróbki grafiki.
Na swoje szczęście i nieszczęście twórców reklam – nie dołączyłam.
Pierwsza fala reklam spłynęła po mnie jak przysłowiowa woda po kaczce. Nie przekonałam się do ingerencji chemicznej we własny organizm, za pomocą tabletek, czopków, kapsułek, proszków, syropów – wszystkich oczywiście skutecznych. Nie od dziś wiadomo, że nikt w przemyśle farmaceutycznym nie jest tak głupi, by podawać klientowi działający lek. Po co tracić kasę, którą można zarobić na kliencie? Kupi najpierw jedno, potem drugie, żeby zniwelować skutki uboczne tego pierwszego. Potem trzecie, bo trzeba wzmocnić organizm po dwóch pierwszych. I tak w kółko.
Otrząsnęłam piórka i powędrowałam dalej, w głąb mgły.
Wraz z drugą falą przywędrowały informacje, że najzdrowsze pożywienie, to wyłącznie te ze słoiczków. Brakuje ci witamin? Weź pigułkę, zjedz zawartość słoiczka, a będziesz zdrowo odżywiony. Dbasz o swoją rodzinę? Ugotuj jej zupę z proszku. Bo jest w niej o wiele więcej zdrowych składników niż w tej, którą przyrządziłabyś sama... Kochasz swoje dziecko? Koniecznie kup mu gotowe, już starte jabłko. Doprawione konserwantami. Zamiast kupić zwykłe od rolnika i zetrzeć je na tarce. Trzeba przyzwyczajać organizm do sztuczności za młodu. Poza tym przecież nie masz czasu, żeby stać przy garach, prawda?
I tu zalała mnie fala trzecia.
Tym razem była to fala krzyku: Szybko! Prędko! Pospiesz się! Kątem oka dostrzegłam wir napędzany codzienną gonitwą społeczeństwa. W porę udało mi się zwiać i oddalić na bezpieczną odległość. Ale nawet stamtąd do moich uszu dochodziło potępieńcze wycie skazańców, którzy dali się porwać wirowi. Szybciej! To miało być na wczoraj! Biegiem odebrać dziecko z przedszkola! Zrób szybko zakupy! Przygotuj prędko obiad! Do pracy! Do obowiązków! Nie leń się! Trud! Znój!
Wir wypluł z siebie umęczonego osobnika. Otarł pot z czoła i opadł bezsilnie na ziemię. Ze środka wiru dobiegł pogardliwy rechot: Cienias! Obibok! Odpadł z wyścigu szczurów! Osobnik odpełznął od wiru i zapłakał gorzko. Z spękanych ust wydobyło się: Nie zarobię na nowy tablet, samochód. Nie spłacę kredytu za dom. Podkrążone oczy patrzyły na mnie z wyrzutem. Ośmielałam się stać z boku i przyglądać owemu pędowi ku... no właśnie, ku czemu?
Fala czwarta odpowiedziała mi na to pytanie.
Musisz mieć nowy telefon. Duży dom. Auto lepsze niż sąsiad. Zarabiać więcej niż twój brat. Musisz kupić najmodniejsze ubranie. Pójść na koncert, na który idą wszyscy. Bo tak wypada, bo tak trzeba. Bo co ludzie powiedzą?
Przezornie wycofałam się w skłębiony kawałek mgły, w nadziei, że pozostanę niezauważona przez falę piątą, która nadpływała z szybkością ponaddźwiękową.
Ta jednak uderzyła we mnie, prawie zwalając z nóg.
Jadowity głos sączył do ucha nienawistne słowa przeciwko bliźniemu. Zazdrość, złośliwość, poniżenie, zdrada. Podłożenie świni. Wszystko po to, aby być lepszym, aby dać porwać się wirowi pędu, by nie wypaść z gry.
Nie dołączysz do tych, którzy dali porwać się falom, jesteś nikim. Nie jesteś z nimi, jesteś wrogiem. Wrogiem... zniszcz... zabij...
Uciekłam.
Na sam koniec mgły.
Tu napotkałam kilka osób, które z obłędem w oczach próbowały wskoczyć do którejś z nadchodzących fal. Obojętnie której. Byle nie pozostawać samym. Samym ze sobą. Przyglądałam im się chwilę. Szamotały się niczym ryby wyciągnięte z sieci. Byle nie pozostać w mgle samotnie. Bo przebywanie w samotności sprawia, że do głosu dochodzą myśli. A nie zawsze chcemy myśleć. Często wolimy, żeby ktoś zrobił to za nas. Żeby wrzucił nas do którejś z fal, dzięki której nie będziemy musieli używać mózgu. Która będzie nami sterowała.
O wiele łatwiej jest pędzić wraz z resztą stada, zatracając się w konsumpcji, sztuczności. Nie czując samego siebie, nie dopuszczając do głosu intuicji, emocji. Próby powrotu do naturalności tłumione są „cudownymi” pigułkami.
Naturalność, bycie sobą, swoboda myślenia, zatraciły swoje znaczenie. Nie da się ich wepchnąć na żadną z fal. Nie da się ich wcisnąć w szufladkę. No, może jedynie taką z napisem: wariaci.
Nie zastanawiałam się dłużej. Wydostałam się z oparów mgły. W pewnej odległości dostrzegłam znajomy napis: świat wirtualny. Odetchnęłam z ulgą.
Pora na powrót i ucieczkę od rzeczywistości...

05 marca 2016

Rozmówki z Młódym (6)

Tuptamy przez miasto celem powrotu w bezpieczne pielesze domowe. Młody pyta o esperal. Jak działa, po co to komu itp. Starałam się wytłumaczyć, ale, że sama mam o tym nikłe pojęcie, skończyło się na podsumowaniu: wszywają pijakom, żeby nie pili. Ale chyba nie działa, bo i tak piją. A zresztą nie wiem. Sprawdź sobie w googlach, jak wrócimy.
- Mama, ty nie wiesz? Przecież moja mama zawsze wszystko wie.
- Młody ty uważasz, że twoja mama wszystko wie?
Na krótką chwilę moja duma została mile połechtana. Tylko na krótką, bo Młody spojrzał na mnie i wypalił.
- Kiedyś to wszystko wiedziałaś… Teraz już nie. Nie wiesz na przykład, że nie powinno się odinstalowywać sterowników graficznych, bo potem gra nie działa i masz problem.
Drań… będzie mi to wypominał jeszcze długi czas :D

19 lutego 2016

Rozmówki z Młodym (5)

Robię kolację i słyszę z pokoju dziwne odgłosy – czyli instruował swoją gildię odnośnie starcia z bossem. Głośno instruował. Zainteresowałam się tym bliżej i bezczelnie podsłuchałam.
- Moja matka grała w… ( tu wymienił kilka gier) i dała radę, to wy też dacie!- coś tam jeszcze ponawijał o moich osiągnięciach jako nolife.
Zatkało mnie. Wróciłam po cichutku do kuchni. Młody czując zapach kolacji przytuptał chwilę później.
- Młody, a ty co tak im nawijasz o matce.
- Zmotywować ich muszę. Jak ty dałaś radę, to oni też dadzą.
Hah, urosłam w piórka…
- Młody, czyżbyś był dumny z matki?
Popatrzył na mnie, uśmiech od ucha do ucha:
- Noooo…
Uśmiech mu zniknął.
- Dobra, co na kolację? – zainteresował się.
Ech, ta wylewność uczuć Młodego.

13 lutego 2016

"Katolik"

Stoję sobie w kolejce do kasy, dzierżąc dzielnie w łapkach zakupione produkty. Tak to jest jak się koszyka nie chce zabrać przy wejściu. Dwie panie stojące za mną, rozmawiają o szkole, przedmiotach szkolnych, wredności nauczycieli względem uczniów itp. Temat zszedł na religię.
- No, moja córka to już na szczęście nie musi chodzić na religię. – oznajmiła pierwsza pani.
- Jak to nie musi? – zdziwiła się druga.
- W bierzmowaniu już była, to po co? Poza tym duża już jest, sama zdecydowała, że nie chce, bo jej to się nie podoba.
- Mój syn też rezygnował po bierzmowaniu. W sumie to ślub kościelny będą mogli wziąć, dziecko chrzest dostanie, to pewnie, że niech już nie chodzi, jak nie lubi.

Ot „katolicy”…

07 lutego 2016

Stara Ciri

Wraca człowiek do domu z rajzy, spieszy się, żeby wstawić dziecku obiecany rano obiad, a dziecko włazi do kuchni, przygląda się i rzecze tymi oto słowy:
- Matka – rzucił odważnie Młody – Wiesz, że ty masz już siwe włosy? – przyjrzał się bacznie resztkom mojej czupryny.
- No wiem, farbować mi się nie chciało, a co? – może dziecko wykaże się dobrymi chęciami i powie: to ja ci je zafarbuję? albo: pójdę z tobą do fryzjera?
- A nic… pełno masz tych siwych włosów. Stresów dużo chyba miałaś. Niedługo to będziesz wyglądać jak Wiedźmin…
Wiedźmin… hm… zabrzmiało lepiej niż jego ostatni Bazyliszek…
- Albo jak stara Ciri – dorzucił Młody niewinnie i zniknął z kuchni, zanim zdążyłam rzucić w niego udkiem z indyka.
Chyba refleks coś mi ostatnio osłabł ;)

31 stycznia 2016

Rozmówki z Młodym (3)

Rozmówki z Młodym.
Trochę mi się nagromadziło do posprzątania… Dzielnie to dzisiaj ogarnęłam. Młody wyłazi ze swojego pokoju. Patrzy na mnie, mruga z ewidentnym niedowierzaniem. Paskudny uśmieszek pojawił się na jego ustach.
- Sprzątałaś? – dostanie kiedyś w dziób za to zdziwienie w głosie.
- Noooo…
- Jak w innym wymiarze…
Zniknął w swojej jaskini, zanim zdążyłam w niego ścierką rzucić.
- Ze śmieciami leć! – wrzasnęłam.
- Pooooteeeem… – dobiegło zza drzwi.
Standard.

26 stycznia 2016

Rozmówki z Młodym (2)

Tuptamy z Młodym przez miasto. Godzina południowa. Miasto szare, zachmurzone, zamglone, a mokre ulice… prawie puste. Przechodniów można policzyć na palcach jednej ręki. W sklepach też pusto. Bez kolejek, bez tłoku. Nieco się zdziwiłam. Pytam Młodego:
- Ty, Młody, ale godzina taka, że powinni łazić. Z pracy, do pracy, na zakupy, ogólnie powinni łazić. Zawsze łazili. Gdzie są ludzie?
- Przespałaś apokalipsę.

17 stycznia 2016

Mag prądu!

Wspólne gotowanie zbliża ludzi, czyli rozmówki kuchenne z Młodym (Technikusem).
Temat dotyczył broni palnej, pozwoleń oraz tego kiedy wskazane jest używanie broni palnej (to ja) i tego kiedy nie powinno tego się robić (to Młody i jego podejście: życie ludzkie jest cenne).
Moje podejście różni się znacznie od podejścia Młody. Wychodzę z założenia, że jak ktoś wlezie nieproszony na mój teren (np.dom), próbuje zrobić mi krzywdę, dokonać kradzieży, tudzież gorszych rzeczy, to mam prawo go po prostu odstrzelić jak kaczkę. Szkoda tylko, że przepisy prawne mają na ten temat inne zdanie.
Wywiązała się dyskusja. Uwielbiam dyskusje z Młodym.
- Młody, ale patrz. Włazi ci typ, to celujesz do niego i po problemie. Pif, paf, masz go z głowy. Pożytek dla ciebie i innych.
- Matka, życie ludzkie jest cenne.
Poprychałam pod nosem. Nie zaliczam typa włażącego na mój teren w złych zamiarach do kategorii: ludzie. To raczej kategoria: kaczka do odstrzału, ewentualnie: mob do ubicia.
- Ja to bym chciała, żeby można było w takich typów celować z daleka... tak jak w grze... mag odpala kulę ognia, puszcza z odległości i mobek ubity.
Młody popatrzył na mnie:
- To sobie matka taser kup.
- A co to jest?
- No właśnie taki paralizator na odległość.
Zainteresowałam się tematem, a Młody wyjaśnił nolifowi na czym polega obsługa tasera:
- Wyciągasz, celujesz, odpalasz. Typ od razu stuna dostaje (dla niewtajemniczonych - unieruchamia go).Tyle, że jak trafisz w gardło to może być tak, że przypadkiem ubijesz, a typ się nie zrespi i będziesz miała przewalone. Poza tym łuk masz, miecz masz, po co tobie jeszcze traser?
Poleciałam obejrzeć te trasery.
Już za ok. 2 tysiaki mogę zostać w realu magiem prądu.

23 grudnia 2015

W tym roku nie stroję choinki...

W tym roku nie zamierzałam wyciągać dużej choinki. Domowa młodzież miała swoje wigilijne plany, które nie uwzględniały strojenia iglaka przy wtórze kolęd polskich. To co będę sama się wygłupiać. Nie chciało mi się. Lepiej było pograć w coś, tym bardziej, że w evencie była możliwość zdobycia fajnego dropu.
A co do choinki... Postanowiłam zrobić dobrze sobie i otoczeniu, dwoma malutkimi (tak małymi, że mogłyby udawać broszki), już przystrojonymi. Od zeszłego roku leżały w kartonie na szafie, zapakowane w śliczne, zielone worki na śmieci. Przynajmniej kolorystycznie się zgadzało.
Uspokoiwszy sumienie, polazłam pograć.
No i ubiło mi wojska. Trzeba było poczekać, aż koszary wyprodukują nowe. W czasie czekania zdążyłam wyżreć pół lodówki, łamiąc tym samym zakaz: Nie ruszaj, to na święta.
Wróciłam do kompa... zerknęłam na produkcję wojska... jeszcze prawie dwie godziny. Może lepiej iść spać? Tym bardziej, że dawno wybiła już północ. Eeee nie... prawdziwy nolife w nocy gra, a nie śpi.
Doszłam do wniosku, że w takim razie ruszę tyłek i wyjmę te dwie maciupkie choineczki.
Przynajmniej w Wigilię będę miała o tyle mniej roboty.
Żeby dostać się do kartonu z choineczkami, najpierw musiałam iść po drabinę i zdjąć pudło z dużą choinką. Po drabinę nie chciało mi się iść. Metodą :spróbujmy podskoczyć jak najwyżej, zdjęłam pudło. Znaczy się zleciało mi na łeb. Razem z nim poleciał karton z ozdobami świątecznymi i lampkami. Karton udało mi się złapać, pudło wkopałam pod stół.
Dobra jest, połowa roboty za mną.
Zaczęłam grzebać w pudle. Na pierwszy ogień poszedł sznur lampek. Hm... ciekawe czy działają? Sprawdziłam – działały. Ślicznie, kolorowo. Rozłożyłam sznur na podłodze. O dziwo nie był zaplątany... Praktycznie gotowy do owinięcia nim choinki. Pudło z choinką zerkało na mnie spod stołu. Jakoś tak z wyrzutem zerkało...
No dobra, to ostatecznie wyjmę już tę choinkę. Ale tylko tymi lampkami oplotę i z głowy. Tak też zrobiłam, po czym wróciłam do przeszukiwania kartonu.
O... jakie ładne bombki. Kiedy ja je kupowałam? Hm... ciekawe jak by wyglądały w połączeniu z lampkami? Po przymiarce okazało się, że nawet całkiem, całkiem. Lampki ładnie odbijały się od złotych kulek.
O... szpic! Niesamowite. Byłam pewna, że dawno go rozwaliłam – znaczy się przy rozbieraniu choinki w zeszłym roku. Pasował jak ulał na czubek.
Potem w kartonie znalazłam dwie średnie choinki, które kiedyś domowa młodzież miała u siebie w pokojach. I wprost niesamowite, ale były też dwa sznury mini lampek (działały!) i dwa mini szpice (pasowały!)...
Maciupeńkie choinki, gotowe do postawienia, znalazły się na samym dole kartonu.
Wyciągnęłam je dumna z siebie i postawiłam na stole.
Potem rozejrzałam się wokoło....
Oprócz dwóch choineczek, miałam przystrojoną dużą i dwie średnie... Nie wiem po co mi tego tyle.
Wrzuciłam karton i pudło z powrotem na szafę. Polazłam sprawdzić jak idzie produkcja wojska. Była na ukończeniu. Można było grać dalej.
Technikus wstał rano i popatrzył na pokój :
- Matka, tobie w nocy naprawdę się nudziło.
- Na wojsko czekałam...

Nauczka na przyszły rok: Maciupkie choineczki schować w kartonie na samej górze.

24 listopada 2015

Próbna matura to bzdura

Zaczęło się o 1.30 w nocy. Bo 1.30 to najlepsza pora na naukę, pisanie, granie, myślenie itp. Przynajmniej dla Grizzli i dla mnie.
- Mama, wyprasujesz koszulę?
- Yyy, teraz?
- Nieee, na rano. O 8.30 mam egzamin, koszulę trzeba by włożyć.
- A, to rano ogarnę.
Rano koszula gotowa, Młody wybył z domku. Na egzamin. Siadam i rozkminiam o jaki egzamin mogło chodzić. Nie przypominam sobie, żeby mówił coś o zakuwaniu, nawiasem mówiąc nie zakuwał, tylko napierd... w gry.
Może jakiś zawodowy? Młody ma irytujący zwyczaj informowania mnie o egzaminach "pięć minut przed", w formie: " wyprasuj mi koszulę".
O jednym z nich dowiedziałam się, jak wrócił z budy i pytałam jak minął dzień. Odpowiedź brzmiała - spoko, egzamin napisałem, potem lekcje były.
No cóż, widać niegodna jestem takich informacji :D
Przypadkowo w necie natknęłam się na info, w którym ktoś chwalił się próbną maturą. Moje szare komórki mózgowe włączyły tryb pracy: myślenie.
O kurde! Przecież Grizzli w tym roku ma maturę!
Dziecię wróciło do domu i od razu swoim zwyczajem zainstalowało się przed lapkiem, celem dokończenia tego, co robiło przed wyjściem z domu. Dopadłam wrednie w pokoju i pytam:
- I jak egzamin?
- Spoko, łatwe było. Rozprawka.
- Yyy, rozprawka? Młody, a może ty pisałeś maturę próbną?
- No, maturę. Dwa byki zrobiłem w tekście, ale jest spoko.
- Młody, a może powiesz coś więcej? Jak to wyglądało? Jakie pytania?
Dziecię popatrzyło na mnie zdumione.
- Oj matka, matura jak matura. Kilka pytań, machnąć rozprawkę. Machnąłem i z głowy.
Powrócił do swoich zajęć komputerowych.
No tak... kiedyś to matury (próbne czy normalne) się przeżywało, zakuwało, a teraz... ot przerwać grę, iść napisać, wrócić do gry...
Szkoda, że ja będąc w jego wieku nie miałam takiego podejścia do życia i zdawania egzaminów, a każdy z nich przypłacałam porządnym stresem. A żeby mieć takie wyniki w nauce jak on, to musiałabym pewnie solidnie zakuwać dniami i nocami.

Wrednie dopadłam dziecię kolejny raz w jego ostoi i pytam:
- Młody, a te matury to jutro chyba też masz, co nie?
- Nooo - po długiej chwili oderwał wzrok od kompa.
- I co nic? Może jakaś nauka, może przejrzenie zeszytów?
- Po co?
- No, żeby sprawdzić stan wiedzy?
- Swoją wiedzę to ja znam - uwielbiam tę jego pewność siebie - A matura jest jeszcze jutro i w czwartek. Rano.
Posłał mi spojrzenie typu: Koniec przesłuchania?
Nie pozostało nic innego, jak opuścić jaskinię lwa :D

20 sierpnia 2014

Naprawdę Trudne sprawy...

Kończyłam śniadanko, zamierzając następnie zniknąć w otchłani swojego pokoju, gdzie popełniałam kolejny tekst, kiedy do kuchni wpadła Gimbusówna:
- Mamooo! – zaczęła od progu.
- Kasy nie mam, w domu masz być przed dwudziestą drugą – rzuciłam odruchowo, przełykając kęs kanapki – Z kim idziesz, gdzie idziesz itp.
- Mamooo, ale ja mam pytanie!
Mało co się nie zadławiłam. Zaczynało się robić niebezpiecznie.
- Pytaj – mruknęłam, zastanawiając się z drżeniem serca o co może chodzić.
Pytania Gimbusówny bywają skomplikowane równie mocno jak możliwe do udzielenia odpowiedzi.
- Bo jeśli chłopak ma żonę i ona urodzi mu dziecko, ale on potem ma dziecko z jej matką, to kim te dzieci są dla siebie? Albo dla niego?
Zatkało mnie. Zakrztusiłam się.
Noż jasna cholera, dziecko. Nie zadawaj mi takich pytań przy jedzeniu, bo to się dla mnie tragicznie skończy.
W myślach przebiegłam znajomych Gimbusówny, zadając sobie jednocześnie pytanie, któż byłby tam tak... hm.. powiedzmy... szalony... Bo zapewne pytanie z powietrza się nie wzięło. Czy naprawdę coś jeszcze jest w stanie mnie zaskoczyć? Jeśli chodzi o pożycie intymne gimbazy? Jeszcze rozumiem z obcą starszą kobietą, w ramach nazwijmy to edukacji... ale z... teściową?
Przezornie odsunęłam talerz z kanapkami, napiłam się i dopiero odezwałam:
- Możesz powtórzyć pytanie?
- No patrz, bo jak chłopak ma żonę. I zrobi jej dzieciaka. I potem przyjeżdża matka jego żony i on się w niej zakochuje i też mają dzieciaka, to kto jest kim?
Zamrugałam z niedowierzaniem.
Pomyliło mi się. Naprawdę. Nigdy nie byłam mocna w nazewnictwie rodzinnym. Mama, tata, syn, córka – w porządku. Ale stryjkowie, cioteczne rodzeństwa, dziadek kuzyna stryjecznego wujka... czy wujenka stryjkowej cioteczki...
A tu jeden facet, różne kobiety powiązane rodzinnie, dzieci...
- Gimubsówna, harem. To po prostu harem. Tyle, że w dzisiejszych czasach jego utrzymanie może przysporzyć przeciętnemu facetowi nieco kłopotu. Skąd w ogóle takie pytanie? – postanowiłam dociec przyczyn ciekawości dziecięcia.
- Bo oglądam na necie Trudne Sprawy i tam on też nie wie co i jak... – przyznało dziecię.
- No to pierwszy raz im chyba scenariusz wyszedł. Faktycznie mają problem – rzuciłam drwiąco. – Niech się do Arabii Saudyjskiej wyprowadzi...
- Gdzie? – Gimbusówna wytrzeszczyła oczka.
Tak to jest, jak po kilku latach nauki geografii słyszy się o czymś po raz pierwszy.
- Nigdzie, nigdzie, tak mi się tylko powiedziało – porwałam kubek z colą i przezornie zniknęłam w swoim pokoju, wracając do popełniania kolejnego tekstu.

28 kwietnia 2014

Sponsor komunikacji miejskiej

Uwielbiana przeze mnie cisza i spokój odeszły w zapomnienie, a wizja posiedzenia spokojnie przed kompem z kubkiem herbaty w dłoni rozmyła się z prędkością światła.
Wszystko za sprawą Gimbusówny, dzięki której nieświadomie zostałam sponsorem komunikacji miejskiej. Ciekawe, czy wpłynie to na obniżkę biletów w owej komunikacji, bo sądząc po zachowaniu dziecięcia, jeszcze przez trzy lata (do jej pełnoletności) będę sponsorować wyżej wymienione przedsiębiorstwo.
Technikus polazł ze śmieciami, a wracając przyniósł plik kopert ze skrzynki.
- Matka, poczta przyszła – oznajmił, przyglądając się z zaciekawieniem kopertom.
Widząc tak masowy napływ korespondencji, otworzyłam szerzej oczy. Z reguły moja realna skrzynka pocztowa świeci pustkami, nie licząc ulotek, reklam marketów. Moje zdziwienie sięgnęło zenitu, kiedy na wszystkich kopertach odczytałam dane nadawcy.
Komunikacja miejska? Pamięć mam dobrą. Z takową firmą nie korespondowałam, tym bardziej za pomocą tradycyjnej poczty, która działa jak działa.
W pierwszej chwili przeszło mi przez myśl, że może porozsyłali reklamy zachęcające do korzystania z ich usług. Pasażerów nie mają, czy jak?
No nic, otwieramy.
Jedna z kopert poszła na pierwszy ogień. „Wezwanie do zapłaty.” WTF? Zamrugałam oczkami. Może jeszcze śpię, może kawa nie działa, może moje myśli pomknęły nie w tę stronę, którą trzeba, a wzrok płata figle? Wczytałam się uważniej w treść, z której jasno wynikało, że Gimbusówna wsiadając w tramwaj, bądź autobus zapomniała o tak prozaicznej czynności jak wcześniejszy zakup i następne skasowanie biletu.
Zaraz... zaraz... Przecież zapłaciłam ostatnio podobny mandat, tyle, że pokazany mi przez Gimbusównę na zielonym druczku. I z tego co pamiętam wyłuszczyłam jasno dziecięciu swoje zdanie na temat jazdy na gapę. Łącznie ze szlabanem na przyjemności, dopóki nie odrobi kasy, która uszczupliła moje konto. Przyjrzałam się uważniej pismu. Wynikało z niego, że sprawa nie dotyczy zapłaconych wcześniej pieniędzy w niemałej kwocie ok. 160zł. Sprawa jest sprawą zupełnie nową...
- Technikus, pokaż mi dziecko pozostałe listy...
Pozostałe listy wyglądały podobnie. Różniła je tylko data i numer sprawy. I kwota na nich podana czasami różniła się o kilka groszy, wciąż jednak oscylowała wokoło magicznego 160zł.
Przez głowę przemknęła mi myśl, że Gimbusówna może i jest Gimbusówną, ale chyba nie jest aż tak gimbusowa, aby popełniać ten sam błąd kilka kolejnych razy? Może w komunikacji miejskiej się pomylili?
Trzeba to było wyjaśnić.
Ciśnienie podskoczyło mi w górę, bo kopert było kilka. Kilka razy po 160zł... Może moja dziecina uznała, że matka wygrała w lotto? I z wielką przyjemnością dołoży się do firmy oferującej przewóz pasażerów, a gratisowo dorzuci kilka nowych środków transportu do owego przewozu?
- Gimbusówna! – wydarłam się, czując, że krzyk po części uwalnia mnie od złości, powoli przeradzającej się w furię.
- Nooooo? – dotarło do mnie, leniwie wypowiedziane.
- Nie żadne nooooo, tylko przyjdź tu do mnie – wolałam pozostać w swojej ostoi, gdzie nie mam dostępu do rzeczy ciężkich, ostrych, które mogłyby zostać w tej chwili spożytkowane niezupełnie zgodnie z przeznaczeniem.
- Wyjaśnij mi co to jest – wskazałam ręką leżące pisma, gdy tylko dziecina z naburmuszoną miną dotarła do pokoju.
Trybiki w mózgu zaczynały zgrzytać, a błękitne oczka śledziły literki. Ja zaś zaczynałam odczuwać nieodpartą pokusę wydłubania tych niebieskich oczek. Obojętnie czym.
- Yyyy – Gimbusówna popatrzyła na mnie nieufnie – Nie wiem, to nie moje – od razu zastosowała popularny u gimbazy mechanizm zaprzeczenia.
- Jak nie twoje, jak są tam twoje dane?
- Ale ja nie jechałam!
- Gimbusówna.... – zawiesiłam ostrzegawczo głos. – Masz sobowtóra, który podróżuje po okolicy i podaje się za ciebie? Może twój duch oddzielił się od reszty ciała i sam postanowił pozwiedzać miasta ościenne?
- Ale ja nie mam mandatów – dziecina szła w zaparte – Niech ci udowodnią, że to ja jechałam i mnie spisali!
Ręce zaczęły mnie świerzbić. Powstrzymałam się od wstania z krzesła i potrząśnięcia dziecięciem tak, aby to coś, co zostało z jej mózgu zaczęło funkcjonować. Przynajmniej w stopniu ułatwiającym porozumiewanie się.
- Gimbusówna... – zaczęłam jeszcze spokojnie. „Jestem zajebiście wyluzowanym, opanowanym, pieprzonym kwiatem lotosu. Wdech, wydech, wdech, wydech.” – To nie oni mają cokolwiek udowadniać. Na wezwaniu są twoje dane, numer linii, daty i informacja o skierowaniu sprawy do sądu w przypadku nieuregulowania należności. Wszyscy wiemy jak kończy się nie zapłacenie długu. Sąd, komornik, masa nieprzyjemności. Mam tu oczywiście na myśli przeciętnego podatnika, bo wiadomo, że tych na górze to nie obowiązuje. A z tego co wiem, to zarówno ty jak i ja, jesteśmy zwykłymi, szarymi podatnikami, bo nie przypominam sobie, abym babrała się w korycie popularnie zwanym polityką, dzięki czemu mogłabyś takich rzeczy uniknąć powołując się na immunitet matki czy coś w tym rodzaju. I uwierz mi dziecko, że jeśli wystawili wezwanie do zapłaty to zapewne mają u siebie kopię mandatu, który ty być może wywaliłaś. Pamiętasz ten zielony druczek, który mi pokazałaś jakiś czas temu? Ten, który był przyczyną awantury i szlabanu? – spojrzałam na dziecinę, która z kolei stała i przyglądała się podłodze. – Pamiętasz o czym rozmawiałyśmy? Czy może niezbyt jasno wyraziłam wtedy swoje zdanie na temat jazdy bez biletu?
- Ten @#$%^ powiedział, że nie muszę płacić, bo komornik to sobie ściągnie z twojej wypłaty, albo podatku.
- Po pierwsze nie klnij, a po drugie co to znaczy, że nie musisz płacić?
- No on tak powiedział. Jak mu powiedziałam, że nie mam kasy i nie zapłacę.
- Gimbusówna... – ciśnienie podskoczyło mi w okolice 200/200, o ile takowe jest możliwe – czy ty sobie jaja robisz? Wiesz, ile to jest kasy?
Dziecina wzruszyła ramionami. Pogardliwie wzruszyła, co skłoniło mnie do złapania się za brzeg biurka, aby nie dać ponieść się emocjom i nie strzelić w blond łepek.
- Firmowych butów i tak mi nie kupisz – rzuciła bezczelnie – I to twoja wina, bo dałaś mi szlaban i nie chciałaś dać kasy! I nie dajesz mi kieszonkowego! I inne koleżanki to mają, a ja nie! I torby nowej nie chcesz mi kupić! I laptop mi się psuje i też nie dasz na nowy! I telefon mi się popsuł! – wyrzuciła z siebie, wielce obrażonym tonem.
- A wiesz, że po zapłaceniu tego – pomachałam plikiem wezwań – nowych rzeczy nie zobaczysz jeszcze długo? O jakiejkolwiek kasie możesz sobie zapomnieć. Wszystko pójdzie na spłacenie długu. – próbowałam jeszcze mówić spokojnie. – A i tak nie będę w stanie spłacić tego z jednej wypłaty, bo nie dość, że jej zabraknie, to za coś żyć trzeba! – tu już nie wytrzymałam i tym razem to z moich ust popłynął słowotok na temat nieodpowiedzialności dziecięcia.
Dziecię zaś stało i patrzyło na mnie jak na ufoludka, który tłumaczy zawiłą dziedzinę fizyki po chińsku. Nie docierało... noż jasna cholera, nie docierało...
Nie wiem czy to kolejny etap cofania się w rozwoju? Czy może wyjątkowa bezczelność i ignorancja? Niewiele pocieszyła mnie informacja, że podobno jeszcze kilka innych „uroczych gimnazjalnych aniołków” postawiło swoich rodziców przed faktem pozbycia się kasy z portfela. Bo im się wydawało, że są bezkarni... Bo skoro są nieletni, to nikt im nic nie może zrobić... Bo są jeszcze dziećmi... Bo w szkole mówili, że dzieci mają prawa...
Siła argumentów użytych przez Gimbusównę, gdy oddawała mi wymięte, zielone świstki mandatów, powaliła mnie w miejscu.
- Bo ja ci nie pokazałam tych mandatów, bo byłabyś zła i znowu dałabyś mi szlaban... – wystękała w końcu dziecina, przybierając ton i minę niewinnie udręczonej ofiary, mającej matkę sadystkę, która za nic nie chce tryskać radością, mając w perspektywie oddanie wypłaty na długi zaciągnięte przez dziecko. Dziecko nastoletnie, które sądziło, że jak schowa mandat, a komornik ściągnie to sobie z pensji rodzica, to rodzic o niczym się nie dowie...
Niech mi ktoś powie, że Gimbusówna wyrośnie... zmądrzeje... jej mózg zacznie funkcjonować... Błagam!
I wiecie co? Nawet moja zwykła wredota i złośliwość zniknęły gdzieś, przytłoczone kwotą do zapłaty. Bez żadnej gwarancji, że w ciągu kolejnych tygodni, nie przyjdą do domu następne wezwania.

20 kwietnia 2014

Wielkanoc

Jakiekolwiek Święta – jak co roku – napawają mnie pewną obawą co do zdolności umysłowych osobników szumnie zwanych ludźmi. Odnoszę wrażenie, że większości z nich święta, jakiekolwiek, kojarzą się z wybuchem wojny i koniecznością poczynienia zapasów w ilościach, które spokojnie starczyłby do wykarmienia połowy kuli ziemskiej. Kilka dni przed wiekopomnymi, corocznymi wydarzeniami, szarańcza zaczyna okupować markety, sklepy, targi, bazary, tak jakby od tego miało zależeć przetrwanie gatunku ludzkiego przez dwa, trzy dni wolnego od pracy. Aby było śmieszniej, święta wielkanocne związane są ściśle z religią, tak więc zastanawia mnie po jaką cholerę rzekomi ateiści ulegają modzie i pędzą do sklepów w tempie sugerującym, że właśnie nastąpiła tam wyprzedaż odpustów? Tak samo rozbawiło mnie pytanie Gimbusówny:
- A co dostanę na Zajączka?
- Zajączka? – powtórzyłam, niczym w brazylijskiej telenoweli
- No tak, święta są, pisanki, zajączek, dostaje się prezenty...
- O ile dobrze pamiętam, to Wielkanoc to święto chrześcijańskie – przypomniałam dziecięciu – Ty sama uparcie uważasz, że Boga nie ma, nie wierzysz itp., to o jakim zajączku mówimy? – przybrałam mądry wyraz twarzy. A przynajmniej chciałam się postarać, aby takowy swemu licu nadać.
- Bo ty to wredna jesteś! – dziecię pokopytkowało do swojego pokoju.
- Ponoć – w duchu przyznałam jej rację.
Muszę powiedzieć, że ostatnimi czasy Gimbusówna przestaje mi dostarczać tematów do pisania. Z jednej strony to dobrze, bo istnieje nikły cień szansy, że jedyna szara komórka jakimś cudem zaczęła odżywać, ale z drugiej... brak tematów nieco mnie trapi. Zawsze jednak pozostają znajomi Gimbusówny i chociaż część z nich ów pełen rozterek wiek ma dawno już za sobą, to nader często ich zachowanie wskazuje na to, że nie jest to tak do końca udowodnione. Śmiem nawet pokusić się o stwierdzenie, że z bycia gimbusem ciężko wyrosnąć.
- To co z tym zajączkiem? – zaniepokojone dziecię pojawiło się na progu mojej ostoi.
- A co ma być? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Kolczyki już powyciągałam, uczę się... – niebieskie, niewinne oczęta spoczęły na mojej sylwetce.
- No i ? – odwzajemniłam spojrzenie.
Odpowiedzi nie doczekałam się. Pewnie dlatego, że Gimbusówna wróciła do swojego pokoju, nie zapomniawszy uprzednio trzasnąć drzwiami. Niedługo potem zza wspomnianych dobiegły słowa jednej z piosenek pochodzących z filmu Kraina Lodu.
„Mam tę mooooooc” – rozbrzmiało dźwięcznym głosem.
- Jeśli ją masz, to nie używaj jej do dewastowania drzwi – mruknęłam pod nosem wracając do gierki, którą podsunął mi Technikus, w ramach pozbycia się interwencji ciekawskiej matki. Tyle, że na niewiele mu to się zdało. Teraz to on został do interwencji zmuszony, poganiany moimi okrzykami: „Technikuuuuuus! Bo Ezio* mi znowu spadł z belki!!!!!!!!! I znowu ktoś tu czasówkę wymyślił! No przejdź mi tę misję!”. Tak więc Technikus niejako zmuszony został do ponownego przejścia trudniejszych rzeczy w grze, której sam już miał dość. A trudniejszą rzeczą okazywało się prawie wszystko, pomijając zbieranie dropu ze skrzynek, dachów, czy zabitych strażników.
- Matka, bo to jest skrytobójca, Asasyn, a nie Rambo, który wpada w sam środek walki i rozwala wszystko dookoła. – tłumaczył mi cierpliwie, kiedy kolejny raz nie docierało do mnie, że postać ma się skradać, a nie wpadać i wybijać wszystko jak leci. Łącznie z cywilami... Pewnie dlatego część misji była dla mnie nie do przejścia... Na szczęście obietnica spaghetti zrobiła swoje i przebrnęłam (raczej przebrnęliśmy) przez całość.
A wracając do Wielkanocy. Kiedy już udało mi się dokonać niezbędnych, podstawowych zakupów, lawirując pomiędzy opętanymi szaleństwem ludźmi, wyrywającymi sobie z rąk barwniki do jajek, z ciężkim westchnieniem ulgi zasiadłam przed kompem. Włączyłam ulubioną muzyczkę i zagłębiłam w swoich rozmyślaniach. W perspektywie miałam trzy dni słodkiego nieróbstwa. Mogłam pisać, czytać, męczyć Ezio skokami. Wizyty rodzinne odpuściłam sobie od razu. Nie lubię ich i nie zamierzam uśmiechać uprzejmie i miło, kiedy nie mam na to nastroju. Młodzież chce, niech idzie...
Zdobyłam się jeszcze na wysiłek przygotowania jedzenia, postawienia na stole świątecznego koszyczka z cukierkami i na tym moje dobre chęci skończyły się. Zaopatrzona w słodycze, pomknęłam do siebie, by zaszyć się w kąciku ciszy i spokoju.
Niedługo potem tętent raciczek Gimbusówny rozbrzmiał złowieszczo. Dziecię nadchodziło.
- Patrz co mam! – wykrzyknęła radośnie, prezentując spodnie.
Przyjrzałam się im z pewną obawą. Moja nadzieja, że szara komórka w główce Gibmusówny zaczęła ożywiać się, zniknęła bezpowrotnie. Coś, szumnie nazwane spodniami, opinało szczupłe nogi Gimbusówny aż po same uda, poszarpanymi „artystycznie” nogawkami, czyli tak jakby dziecina właśnie przed chwilą stoczyła zażarty bój z tygrysem i ten pozostawił na nogawkach ślady swoich pazurów. Powyżej ud znajdował się luźny kawał materiału. „Bo to jest opuszczony krok! A ty się matka nie znasz!” objaśniło mnie dziecię, kiedy zasugerowałam, że tam to jest chyba miejsce na pampersa. Zapewne przydatnego po spotkaniu z owym tygrysem. Wyżej było już normalnie. Czyli reszta spodni była na właściwym miejscu.
- Zamierzasz w tym wyjść na ulicę? – spytałam z lękiem.
Naprawdę, poczułam ów lęk. Chyba jednak Gimbusówna nie jest aż tak gimbusowa, aby latać z pampersem po ulicy w wieku nastu lat?
- Taka jest moda!
Ach...no tak... Te trzy krótkie słówka wyjaśniały wszystko. Skoro taka jest moda... To może ja, człowiek konserwatywny, lepiej nie wtrącam się w to, o czym nie mam bladego pojęcia.
- Dobrze, dobrze – odparłam ugodowo, postanawiając wrócić w znacznie bezpieczniejszy świat pełen brutalnych morderstw, intryg, poszukiwań Fragmentów Edenu.
Ucieszone dziecię pognało do siebie, a ja patrząc na kolejnego przeciwnika, któremu właśnie Ezio podrzynał gardło, pożałowałam, że czasami nie można tego samego zrobić w świecie rzeczywistym, z niektórymi ludźmi. To znaczy teoretycznie niby można, ale podejrzewam, że konsekwencje byłyby opłakane.
W każdym razie – Wesołych Świąt!

* postać z Assassin Creed

03 kwietnia 2014

Bo on nie uprzedził!

Podziwiam niektórych nauczycieli, że mają siłę wykonywać swoją pracę. Jeszcze większy szacunek i zachwyt budzą we mnie ci, którzy próbują nauczyć gimnazjalistów czegokolwiek. Chociażby tego, aby nie łazili po drzewach jak małpy. W pewnych przypadkach nawet to się udaje. Tak słyszałam ; )
Rozbawiła mnie kiedyś pewna sytuacja. Dzieciaczki w szkole podstawowej miały coś tam pozaliczać. Dostały na karteczce zapisane 5 – słownie: pięć – dat. I musiały się ich nauczyć. Oczywiście celem tego zaliczenia. Zapamiętanie 5 dat dla przeciętnego dwunastolatka nie powinno być problemem. Z przykrością stwierdzam, że było. I to tak wielkim, że polegli, próbując wykonać to zadanie.
Próbowałam przypomnieć sobie swoje czasy szkolne. Tak, wiem. Dawne czasy, jednak dinozaury już wtedy nie biegały : P Gdyby nauczyciel w ramach zaliczenia materiału kazał mi wkuć tylko 5 dat, to podejrzewam, że zrobiłabym to. Z uśmiechem na ustach. Jednak dorastająca młodzież ma ważniejsze rzeczy na głowie niż nauka.
Tak ważne, że gdy nauczyciel każe wyjąć kartki, bo chce sprawdzić stan wiedzy swoich uczniów, czy zaczyna odpytywanie, w główkach gimbusów zaczyna szaleć tajfun przerażenia.
Nie wiem co mnie podkusiło, aby tego dnia zerknąć na słynnego Librusa. Spojrzałam i załamałam się.
- Gimbusówna! Do mnie! – wrzasnęłam, czując, że moje ciśnienie zaczyna niebezpiecznie piąć się w górę, a spokój, cisza i opanowanie uciekają w najciemniejsze zakamarki mojej ostoi.
- Nooooooo – odparło flegmatycznie dziecię, stając na progu.
- Co to jest? – spytałam retorycznie, wskazując palcem na ekran monitora.
- Monitor? – Gimbusówna patrzyła na mnie jak na wariata.
- Dziecko, nie przeginaj... – warknęłam ostrzegawczo, niczym nasz pies przebudzony z drzemki.
- Nooooooo, Librus? – Gimbusówna próbowała zmusić do myślenia szarą komórkę.
Spojrzałam na nią, zastanawiając się czy zamordować dziecinę teraz, czy poczekać do zmroku, kiedy to łatwiej będzie wynieść z domu poćwiartowane zwłoki.
- Ojjjj, nooooooo, jedynki. I w czym problem? – niebieskie oczka dziecięcia patrzyły na mnie, a szara komórka iskrzyła, próbując pojąć jaki może być związek między monitorem, Librusem i jedynkami.
- Może tak jakieś wyjaśnienie? Co w ogóle mają znaczyć takie, a nie inne stopnie?
- Nooooo, bo pan nie uprzedził – padła wielce zawiła odpowiedź.
- O czym nie uprzedził
- Nooooo, że będzie pytał.
Zatkało mnie.
- Gimbusówna, chcesz mi powiedzieć, że nauczyciel ma uprzedzać o tym, że będzie pytał? – upewniłam się.
- Nooooo, a skąd mamy wiedzieć, że akurat tego dnia zapyta?
- Dziecino, a słyszałaś o czymś takim jak nauka? Odrabianie zadań domowych? Powtórzenie materiału przed lekcjami?
Niebieskie oczka patrzyły na mnie z niedowierzaniem. Zawsze tak patrzą, kiedy zaczynam truć o nauce.
- Nauczyciel ma prawo odpytać z materiału, który był na poprzedniej lekcji
- Nooooo, ale w kodeksie ucznia... – zaczęła obronnie
- Nie wyjeżdżaj mi tu z kodeksem ucznia – najlepszą obroną jest atak – bo jak ja ci wyjadę z zakresem twoich domowych i szkolnych obowiązków, to doby ci nie wystarczy na ich wykonanie – zagroziłam.
- Noooo, bo ty to zawsze się czepiasz! A on nam nie powiedział, że będzie pytał! To jego wina! – wrzasnęła, po czym ciężko obrażona poszła do siebie.
Ręce mi opadły. To wina nauczyciela, że nie uprzedził gimbazy, że może sprawdzić ich wiedzę.
- Podanie z prośbą o możliwość odpytania, czy zrobienia kartkówki ma wam wysłać? – wrzasnęłam za Gimbusówną.
Nie odpowiedziała, ale jak podejrzewam, woleliby chyba, aby owo podanie ukazało się na fejsie.
Zerknęłam jeszcze raz na stopnie dziecięcia.
Pamiętacie jeszcze powiedzenie, że uczeń bez dwói, to jak żołnierz bez karabinu? Gimbusówna jest tak uzbrojona, że starczyłoby tego do opanowania świata. Nawet Putin wymięka tutaj.

30 marca 2014

Grey wkracza do gimnazjum

Lubię czytać. Gimbusówna nie lubi. Dlatego często dochodzi między nami do „małych” spięć dotyczących owego czytania. Zwłaszcza jeśli nagle okazuje się, że „ta lektura miała być na jutro! Nie masz streszczenia?”
Tym razem jednak moje oczka stanęły na słupkach, kiedy zauważyłam w ręce Gimbusówny książkę. I to nawet dosyć grubą. Dla pewności zamknęłam i otworzyłam oczęta. Kilka chwil później zamrugałam kilkanaście razy, ale widok dziecięca leżącego na łóżku i czytającego nie znikł.
- Yyyy – wydobyło się z trudem ze ściśniętego wzruszeniem gardła.
Wszak niecodziennie widzi się gimbusa z książką w dłoni.
- Gimbusówna... gorączkę masz? – spytałam wrednie.
Dziecina raczyła oderwać błękitne ślepia od książki i wlepiła je we mnie.
- Czytam sobie – odparła z wdziękiem.
- Yyyy – odchrząknęłam zaskoczona – Czytasz sobie? Pani od polskiego kazała?
- Nie – na ustach Gimbusówny pojawił się szeroki uśmiech zadowolenia.
- A co czytasz? – wyciągnęłam szyję, próbując dojrzeć okładkę
- Greya – dziecina powróciła do lektury.
- Eeeeee – tym razem to ja wlepiłam w nią oczy pełne niedowierzania. – Greya? Tego Greya? – wolałam się upewnić.
- Tak – Gimbusówna nie odrywała wzroku od powieści.
Przyznaję, że wrosłam w podłogę. W jednej chwili. Rozumiem, że młodzież nie przepada za klasykami literatury, za pięknem polszczyzny, uniwersalnymi przekazami i prawdami, ale... Grey? Określany mianem porna dla znudzonych gospodyń domowych, które żądne nowych doznań latają potem po targowisku w poszukiwaniu największego ogórka? Grey w rękach nieletniej Gimbusówny? Zdecydowanie to nie książka dla niej i nie w tym wieku. Nawet mimo przyspieszonego dorastania, dojrzewania młodzieży w obecnych czasach.
- A skąd masz tego... Greya? – ciekawość odnośnie tego, kogo ochrzanić za nieodpowiednią dla Gimbusówny lekturę, wzięła górę.
- Od Zuzi - wyjaśniło dziecię, nie odrywając wzroku od stronic. – Zuzia jest tym zachwycona. Ma wszystkie części i mówi, że to najwspanialsza książka pod słońcem! – w głosie dzieciny dało się słyszeć uwielbienie dla Zuzi, Greya i autorki owej szmiry.
- A nie mówi przypadkiem, że równie fascynujący może być podręcznik do fizyki, z której masz zagrożenie, bądź biologii?
- Mamoooo! Ty to wredna jesteś. Idź sobie – dziecię odwróciło się plecami.
No to sobie poszłam. Razem ze swoją wredotą. Postanawiając w wolnej chwili dowiedzieć się co też fascynującego jest w owej powieści.
Okazja trafiła się niebawem.
Pewnego spokojnego popołudnia Gimbusówna wpadła do domu wraz z gronem znajomych. Wpadła – to dobre określenie. Oni nigdy nie wchodzą normalnie. Zawsze wbiegają z niezrozumiałym bełkotem.
- Droga Młodzieży Gimnazjum – zaczęłam odważnie – a co wam tak się podoba w tym Greyu?
- No jak to co? Grey! – padła odpowiedź od blondyneczki w okularkach.
Dziecko, błagam pogadaj z okulistą, niech ci szkła zmieni, bo te co masz ewidentnie za słabe, jeśli Grey ci się podoba.
- No i przecież jak on ją traktuje! – w głosach kolejnych dwóch koleżanek Gimbusówny brzmiał nieskrywany podziw.
- To znaczy jak traktuje? – spytałam.
Przyznaję się, nie czytałam jeszcze owego rzekomego bestsellera, ale opinie o nim w zupełności mi wystarczyły, aby spadł na najbardziej odległe miejsce na liście tego co chcę, planuję przeczytać.
- No jak dziwkę! – nastolatki patrzyły na mnie jak na osobnika, który nie rozumie najprostszych rzeczy.
- Nooo! Jak tanią szmatę na telefon!
- A ona jedzie, jak on jej każe przyjechać!
- I on ją potem piep... – dzieciny umilkły patrząc niepewnie po sobie.
Chyba zorientowały się, że zachwycanie się tym, że ktoś kogoś ten teges, do tego w obecności matki jednego z nich, nie jest wskazane.
- Kocha się z nią? – podpowiedziałam jadowicie miłym głosem.
- Nie! – zabrzmiał chóralny okrzyk
- Eeee, nie? – tym razem to ja się zdziwiłam.
- No nie! On jej nie kocha! On ją ma tylko do seksu!
- I tam tak pisze? – upewniłam się.
- No, on jej mówi, że ma mu dawać dupy, kiedy mu się zachce.
- I ona musi go słuchać!
- I on ma taki pokój specjalny!
- I kazał jej umowę podpisać!
- I tam jest dużo takich fajnych scen!
- I może zamkniecie się? – nie wytrzymałam.
Nastolatki spojrzały na mnie z politowaniem.
- Słuchajcie no, jeśli chcecie, możemy sobie pogadać o seksie, miłości i tym podobnych. Ale teraz pytałam was o to, co wam się podoba w tej książce.
- Matka, ty to dzisiaj jakaś inna jesteś. Przecież to jest fajne! – Gimbusówna patrzyła na mnie z przyganą. Reszta jej koleżanek pokiwała twierdząco pustymi główkami. Tak pustymi, że wręcz słyszałam, jak ostatnia, szara komórka obija tam się gdzieś w kąciku, szepcząc błagalnie: Dobijcie mnie.
- Fajne jest to, że jakiś facet wykorzystuje dziewczynę? – spojrzałam badawczo na grupkę.
Grupka popatrzyła po sobie.
- Bo ty się matka nie znasz! – prychnęła Gimbusówna i zagarnęła koleżanki do swojego pokoju.
Widząc wchodzące dziewczęta, z pokoju w tempie przyspieszonym ewakuowała się kolejna, nowa kolonia bakterii.
A ja postanowiłam po cichu „pożyczyć” sobie ową „zachwycającą” powieść i na własne oczy przekonać się o czym tam pisze.
Najpierw odczytałam zachwalające recenzje umieszczone na tylnej okładce. „Trzyma w napięciu erotycznym”.
A potem...
Wybaczcie, ale wymiękłam przy umowie, którą koleś kazał lasce podpisać. Mimo najszczerszych chęci nie byłam w stanie czytać dalej. Śmiałam się jak głupi do sera. O ile jeszcze zniosłam w miarę spokojnie głupotę, naiwność rodem z gimnazjum głównej bohaterki, będącej ponoć na studiach, to reszta rozkładała mnie na łopatki. Wytrzymałam „westchnięcia prosto z falującej piersi Anastazji, które Grey zauważał”, próbowałam nie śmiać się przy „doprowadził ją do kosmicznego orgazmu pocierając palcami jej sutki”, ale kiedy przeczytałam słowa: „Teraz będę pieprzył cię... ostro...” następujące zaraz po opisie owego orgazmu, wybuchłam głośnym śmiechem.
Tak głośnym, że zaniepokojona Gimbusówna wyjrzała ze swojego pokoju i przybiegła do mnie.
- Nic dziecko, nic – machnęłam niedbale ręką, drugą próbując schować prędko „bestseller” pod biurkiem.
Dziecko odeszło, patrząc na mnie jak na kogoś niespełna rozumu.
A ja pobieżnie przejrzałam resztę owej „wspaniałej” powieści. Towarzyszyły temu kolejne głośne wybuchy śmiechu.
Przepraszam.
Naprawdę nie mogłam się powstrzymać.
Najwidoczniej nie dorosłam jeszcze do „arcydzieł” tego typu.
Przez głowę przemknęły mi opisy scen erotycznych, które czasami rozpisywaliśmy na sesjach. Opisy scen zamieszczane w różnych powieściach. Opisy, które często znajdują się w typowych romansidłach i wiele innych. I wiecie co? W tamtych opisach było owo napięcie erotyczne. W Greyu, za cholerę tego nie ma. Naprawdę.
Książkę Gimbusównie skonfiskowałam. Po co ma dziecina czytać coś, co nie nadaje się do czytania. Jeśli koniecznie chce poczytać literaturę erotyczną, to kiedy tylko ukończy owe magiczne piętnaście lat, wskażę jej kilka dobrych tytułów. I jeśli dalej będzie jej się podobała relacja : master – uległa suczka – posługując się terminologią zabaw sado-macho, to tutaj też znajdzie się kilka tytułów godnych przeczytania. Byle nie Grey.
A tymczasem... Skoro Gimbusówna taka zachwycona książką...
Zakupię kajdanki, przykuję nimi dziecinę do biurka, wcisnę w rękę podręcznik z fizyki i stojąc nad nią z pejczem, każę się uczyć. Nawet mogę jej umowę przygotować, którą będzie musiała podpisać. Oczywiście w umowie nie omieszkam zamieścić rozkazu sprzątania swojego pokoju oraz nauki :-)

15 grudnia 2013

Zadatki na Gimbusowego stwora

Uwaga: wulgaryzmy

Mylnie zakładałam, że absurdalne zachowania gimbusów rozpoczynają się w chwili, gdy dzieciny te, rozkwitający kwiat naszego społeczeństwa, przekraczają progi szkoły zwanej Gimnazjum. Z moich ostatnich obserwacji wynika, że proces ogłupienia mózgu zaczyna się o wiele wcześniej. Już w szkole podstawowej!
Nie ma to jak być małym, wrzeszczącym hardkorem w słodkiej różowej kurteczce (kto w ogóle kupuje małym chłopcom różowe kurteczki?!), czapce z pomponikami wiązanej pod szyją i dzierżąc dzielnie w rączce plecak z naszywką Kubusia Puchatka, wieść prym pośród gromadki rówieśników.
Tupta taki malutki hardkor chodnikiem, wymachując dziarsko workiem na kapcie (czyt. obuwie zamienne) i wykrzykuje piszczącym głosikiem hasła w stylu: Jebać policję! Chwdp!
Towarzysząca mu gromadka patrzy na niego pełnym uwielbienia wzrokiem.
Zatkało mnie.
Najnormalniej w świecie zaniemówiłam.
Wryło mnie w chodnik, którym podążałam na wprost grupki maluchów. Tak na oko pierwsza, druga klasa podstawówki. Albo wyrośnięte przedszkole, jednak budynku, z którego mogła grupka wypełznąć w pobliżu nie było. Czyli, że jednak podstawówka. Za grupką, chybocząc się na wysokich obcasikach, drobiły jakieś dwie wymalowane panny w mini, których stałym adresem zameldowania chyba było solarium. Ewentualnie wróciły właśnie z wakacji w upalnym i słonecznym kraju, które to wakacje spędziły leżąc plackiem na plaży.
Tak więc zatrzymałam się na chodniku i spojrzałam z niedowierzaniem na maluchy, co spotkało się z reakcją pełną oburzenia:
- I co się gapis, stala kulwo? – wrzasnął mały hardkor.
Z tych kilku słów mój mózg wyłowił naprędce jedno: stara.
I nieco mi ciśnienie podskoczyło.
Że niby co? Mój nowy krem na zmarszczki nie działa?
Co tu takiemu maluchowi odpowiedzieć? Palnąć w łeb od razu? Przecież to nie moje dziecko, jeszcze mnie ktoś oskarży o znęcanie się.
- Naucz się dziecko „r” wymawiać – rzuciłam na odczepnego, z zamiarem odejścia (celem pilnego zakupu lepszego kremu).
- Pierldrol się! – odwrzasnęło to coś, co było chłopczykiem w słodkiej różowej kurteczce. Ubiór zapewne dla niepoznaki.
Czyli jednak da się „r” powiedzieć, jeśli się usilnie chce.
O dziwo reszta świty towarzyszącej hardkorowi stała spokojnie, w milczeniu kontemplując zaistniałą sytuację. Paniusie drepczące za grupką, zatrzymały się omawiając długość tipsów i najmodniejsze wzory ozdób świątecznych, umieszczonych na owych tipsach.
Sama nie wiem jak to się stało, ale moja ręka zbliżyła się niebezpiecznie blisko małego hardkora. Celem rozpłaszczenia smarkacza na pobliskim murze. Odruch chyba jakiś.
I w tym momencie rozległ się piskliwy krzyk:
- Zostaw moje dziecko!
Najwidoczniej sprawa tipsów nie była jednak priorytetem.
Jedna z pomarańczowych panienek ruszyła w moją stronę, drobiąc szybciutko po ośnieżonym chodniku.
Kobieto, uważaj, bo sobie raciczki połamiesz – tylko tyle przemknęło mi przez myśl, widząc tę desperacką próbę zbliżenia się.
-  Ratunku! – wrzasnęła pomarańczowa panienka, wymachując w powietrzu tipsami – Zboczeniec!
Na wszelki wypadek cofnęłam rękę i obejrzałam się za siebie. Przystająca obok niemłoda już kobieta, a tuż za nią mężczyzna, którego wiek wskazywał na to, że jakiekolwiek ekscesy seksualne ma już dawno za sobą, nie wyglądali mi na zboczeńców.
- Jak ty się wyrażasz gówniarzu? – pan postanowił zainterweniować. – Kto cię nauczył takich słów? Za moich czasów...
Panu nie dane było skończyć, co było za jego czasów, bo z ust hardkora wypłynął potok słów.
- Gupi ciulu nie wpieldalaj się! Jebać policję! Chuj ci w dupe! – chłopczyk spojrzał buntowniczo na swój orszak, który powoli zaczynał się rozchodzić. – Gdzie kulwa idziecie? Boicie się tchórze? Co ci taka pizda może zlobić?
„R” dziecinko. Znowu nie wymawiasz „r”.
- Kubusiu! – pomarańczowa panienka uznała za stosowne odezwać się. Już wiem skąd Puchatek na tornistrze. Pewno bez tego, imienia własnego dziecka byś kobieto nie zapamiętała. – Odsuń się w tej chwili! Nie rozmawia się z obcymi!
- To pani dziecko? – zainteresowała się niemłoda już kobieta.
Starszy pan zamilkł, wpatrując się morderczym wzrokiem w różową kurteczkę, która przezornie schowała się za panterkowym mini.
- Kto wie, czy to w ogóle dziecko – wylazła ze mnie wredota. – I czyje...
- Co pani sobie wyobraża! – zapiszczała pomarańczowa panienka – że nie wiem kto jest jego ojcem?
Towarzysząca jej koleżanka milczała taktownie, obserwując swoje tipsy.
Wzruszyłam ramionami i ruszyłam z miejsca, próbując pohamować niedobry odruch przyłożenia komuś w pysk.
- Kubusiu! Idziemy! – zapiszczała ofiara solarium, łapiąc hardkora za rączkę i robiąc kilka niezdarnych kroczków.
Rozległ się pisk.
Zerknęłam przez ramię, akurat w chwili gdy mama foczka upadała w zaspę.
A przewidywałam, że raciczki sobie połamie. Kto normalny biega w takich obcasikach po ośnieżonym chodniku?
Pozostała dwójka potencjalnych zboczeńców ruszyła każde w swoją stronę, nie zważając już na wrzaski i przekleństwa dobywające się z usteczek panienki.

Tylko dziecka szkoda...
Niemniej podstawy pod Gimbusa już ma.
I ta różowa kurteczka... Ech... idealna do słit foci z rąsi.

Z pozdrowieniami dla Matki Roku.

02 grudnia 2013

Jak Gimbusówna obchodziła Andrzejki

Już od kilku dni moje oczy i uszy były bombardowane reklamami ostatniego listopadowego wieczoru. Tylko u nas! (tak, akurat). Wieczór andrzejkowy, wróżby i dobra zabawa! Dwie stówy od pary! (a gdzie gwarancja ekscytujących doznań? Za tę kasę, to spodziewam się, że na stole zatańczy półnagi wróżbita). Sprawdź co czeka cię w przyszłym roku! Czy twój wybranek oświadczy się, a ty trafisz szóstkę w totka! (nieprzystojny rechot). Jasnowidz przepowie ci przyszłość! (koszt sms 99,99zł).
Daj porwać się magii tego wyjątkowego wieczoru!
Dałam.
Wzięłam kocyk, kubek z ulubioną herbatą i zaszyłam się w swojej ostoi. Właśnie zaczynałam magicznie odpalać ulubioną grę, kiedy rozległo się cichutkie stukanie do drzwi wejściowych.
Chwilę potem usłyszałam tętent raciczek Gimbusówny pędzącej na złamanie karku w ich stronę. Tu muszę zwrócić uwagę na zadziwiający słuch dziecięcia, które nie słyszy uwag wrednej matki stojącej obok, a z drugiego końca mieszkania słyszy ciche pukanie do drzwi. Jestem pod wrażeniem zmysłu słuchu, potrafiącego tak doskonale rozróżniać właściwe dźwięki.
Drzwi skrzypnęły – wciąż zapominam je naoliwić – i nastąpiła kakofonia wrzasków powitalnych. Widzieliście kiedyś w zoo małpy cieszące się, że ktoś rzucił im ciastko? Tak to mnie więcej wyglądało. Łącznie z naśladownictwem dźwięków.
Za ścianką działową mojej ostoi przebiegło stado rozpędzonych koni, najwyraźniej szykujących się do skomplikowanej szarży na wroga, by z głośnym trzaśnięciem zniknąć za drzwiami pokoju Gimbusówny.
Sama zainteresowana pojawiła się na progu mojego zakątka niedługo potem.
- Mamooooo! – zaczęła, odrywając mnie od logowania w grze – Bo przyszli znajomi... – to stado w przedpokoju to jednak byli ludzie? - ... i dzisiaj są andrzejki, i będziemy sobie wróżyć, i zrobisz nam coś do jedzenia i picia, i dasz świeczki na wosk, i jakie są jeszcze wróżby, i mamy w domu coś słodkiego, i... – chyba zapowietrzyła się, bo umilkła niespodziewanie.
Popatrzyła na mnie, coś tam widać w łebku zaświtało, bo odwróciła się na pięcie i powędrowała do kuchni. Rozległ się odgłos trzaskania garnkami, otwierania szafek i głośne: „no kurde”.
Najwidoczniej przypomniała sobie ostatnią lekcję, której głównym tematem było: „Masz gości, to obsłuż ich sobie sama”.
W myślach zrobiłam przegląd sklepów, gdzie będzie można uzupełnić stłuczoną zastawę.
- A możemy w kuchni sobie powróżyć? – Gimbusówna pojawiła się na progu ostoi niczym duch.
- Możecie – wyraziłam zgodę, tym razem oddając się rozmyślaniom nad skutecznymi środkami czystości do uporządkowania kuchni po wizycie młodzieży.
- Mamooooo! To my sobie weźmiemy ten garnuszek, z którego nalewa się wodę psu! – poinformował mnie wrzask z kuchni.
- Tylko karmy mu z miski nie wyżerajcie! – odkrzyknęłam, ubijając kolejnego potwora w grze.
Rechot śmiechu młodzieży, zagłuszył cienki pisk padającego stwora, a sama młodzież snuła się pomiędzy kuchnią, a pokojem dziecięcia, wydając z siebie dziwne odgłosy.
Spacja i kolejny, spacja i kolejny.
Pociągnęłam nosem.
Coś zaczynało się palić.
- Gimbusówna! – wrzasnęłam, z prędkością światła wyskakując zza biurka i wpadając do kuchni. – Chyba wosk wam się zanadto roztopił! – w ostatniej chwili zdjęłam z palnika poczerniały garnuszek.
Sorry, pies, kupimy nowy.
Młodzież wpadła do kuchni.
- Ale my klucza nie mamy! Ma pani jakiś klucz z dziurką? – posypały się pytania.
O nie, moi drodzy. Tego klucza to wy w swoje łapki nie dostaniecie – przemknęło mi przez głowę. Instynkt samozachowawczy zadziałał.
- Z papieru sobie wytnijcie. Macie bloki, pełno kartek. Wróżba też będzie ważna i... – uśmiechnęłam się lekko – na pewno się spełni – nie odmówiłam sobie małej ironii, wracając do swojej ostoi.
Kolejne potwory padały niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy moich uszu znowu dobiegło wołanie.
- Mamooooo! Chodź zobacz co mi wyszło! – pełen radości głos Gimbusówny sprawił, że podniosłam swoje leniwe cztery litery i powędrowałam w strefę radioaktywną, jaką zwykle stanowi pokój dziecięcia. Z czego też ona może tak się cieszyć?
- No patrz! – wystawiła w moją stronę nieforemny kawałek wosku, gdy tylko wsunęłam głowę przez drzwi.
- Yyyy – nie wiedziałam co powiedzieć. Bryłka niczego mi nie przypominała. No, może poza skamieliną z epoki dinozaurów, albo grudką ziemi. – Ładne? – spytałam, próbując być miłą.
- Mamooooo! Bo mi wyszedł domek z ogródkiem! I kominek! – wywrzeszczało wciąż radośnie dziecię.
- Hm... – zamyśliłam się na krótką chwilę – To chyba już wiem, kto na wiosnę pomoże przekopać ogródek. W komórce stoją szpadle, no wiesz... to ten domek. – oznajmiłam – I w nagrodę może nawet jakieś ognisko będzie można rozpalić. Oczywiście w ramach tego kominka.
- Mamooooo! Ty to wredna jesteś! Idź sobie! – radość Gimbusówny zgasła, a ja przezornie wróciłam do ubijania potworów, ciesząc się, że nikomu wózek dziecięcy się nie ulał.
Spacja i kolejny, spacja i kolejny. W międzyczasie łyk chłodnej już herbaty.
- Mamooooo!
Noż kurde... Zgrzytnęłam zębami.
- Mamooooo! I dasz nam jakieś igły? – Gimbusówna znów stała na progu.
- Skarbie, w andrzejki rytuałów voodoo nie odprawia się – zauważyłam.
- Czego? – dziecię zatrzepotało rzęsami.
- Nic, nic – machnęłam ręką – zobacz przy maszynie – podpowiedziałam jej kierunek poszukiwań.
Najwidoczniej znalazła, bo nie przyszła kolejny raz, a z pokoju wciąż dobiegały odgłosy zabawy.
A to, że jeszcze nic mnie nagle nie zabolało ani zakłuło, świadczyło, że jednak wykorzystała owe igły do czegoś innego. Co za ulga.
Setki ubitych potworów dalej, stado... o przepraszam – znajomi Gimbusówny – zmaterializowali się przy drzwiach wyjściowych. Wrzaski towarzyszące pożegnaniu przypominały teraz te, które wydają małpy w zoo, kiedy ktoś zabierze im rzucone wcześniej ciastko.
Głośny trzask drzwi. Tętent raciczek Gimbusówny zmierzający w stronę jej pokoju. Kolejny trzask drzwi.
I wreszcie nastała upragniona cisza.
Podniosłam się ciężko, postanawiając zrobić kolejną herbatę i powędrowałam do kuchni.
Stojąc na progu, poklepałam psi łeb, który wsunął się odważnie za mną.
- Nie martw się stary – rzuciłam, patrząc na wnętrze jeszcze niedawno czystego pomieszczenia – jutro znajdziemy hurtownię z super, hiper środkami do sprzątania. I może nawet nam powiedzą, czym ściąga się wosk ze ścian.