Uwielbiana przeze mnie cisza i spokój odeszły w zapomnienie, a wizja posiedzenia spokojnie przed kompem z kubkiem herbaty w dłoni rozmyła się z prędkością światła.
Wszystko za sprawą Gimbusówny, dzięki której nieświadomie zostałam sponsorem komunikacji miejskiej. Ciekawe, czy wpłynie to na obniżkę biletów w owej komunikacji, bo sądząc po zachowaniu dziecięcia, jeszcze przez trzy lata (do jej pełnoletności) będę sponsorować wyżej wymienione przedsiębiorstwo.
Technikus polazł ze śmieciami, a wracając przyniósł plik kopert ze skrzynki.
- Matka, poczta przyszła – oznajmił, przyglądając się z zaciekawieniem kopertom.
Widząc tak masowy napływ korespondencji, otworzyłam szerzej oczy. Z reguły moja realna skrzynka pocztowa świeci pustkami, nie licząc ulotek, reklam marketów. Moje zdziwienie sięgnęło zenitu, kiedy na wszystkich kopertach odczytałam dane nadawcy.
Komunikacja miejska? Pamięć mam dobrą. Z takową firmą nie korespondowałam, tym bardziej za pomocą tradycyjnej poczty, która działa jak działa.
W pierwszej chwili przeszło mi przez myśl, że może porozsyłali reklamy zachęcające do korzystania z ich usług. Pasażerów nie mają, czy jak?
No nic, otwieramy.
Jedna z kopert poszła na pierwszy ogień. „Wezwanie do zapłaty.” WTF? Zamrugałam oczkami. Może jeszcze śpię, może kawa nie działa, może moje myśli pomknęły nie w tę stronę, którą trzeba, a wzrok płata figle? Wczytałam się uważniej w treść, z której jasno wynikało, że Gimbusówna wsiadając w tramwaj, bądź autobus zapomniała o tak prozaicznej czynności jak wcześniejszy zakup i następne skasowanie biletu.
Zaraz... zaraz... Przecież zapłaciłam ostatnio podobny mandat, tyle, że pokazany mi przez Gimbusównę na zielonym druczku. I z tego co pamiętam wyłuszczyłam jasno dziecięciu swoje zdanie na temat jazdy na gapę. Łącznie ze szlabanem na przyjemności, dopóki nie odrobi kasy, która uszczupliła moje konto. Przyjrzałam się uważniej pismu. Wynikało z niego, że sprawa nie dotyczy zapłaconych wcześniej pieniędzy w niemałej kwocie ok. 160zł. Sprawa jest sprawą zupełnie nową...
- Technikus, pokaż mi dziecko pozostałe listy...
Pozostałe listy wyglądały podobnie. Różniła je tylko data i numer sprawy. I kwota na nich podana czasami różniła się o kilka groszy, wciąż jednak oscylowała wokoło magicznego 160zł.
Przez głowę przemknęła mi myśl, że Gimbusówna może i jest Gimbusówną, ale chyba nie jest aż tak gimbusowa, aby popełniać ten sam błąd kilka kolejnych razy? Może w komunikacji miejskiej się pomylili?
Trzeba to było wyjaśnić.
Ciśnienie podskoczyło mi w górę, bo kopert było kilka. Kilka razy po 160zł... Może moja dziecina uznała, że matka wygrała w lotto? I z wielką przyjemnością dołoży się do firmy oferującej przewóz pasażerów, a gratisowo dorzuci kilka nowych środków transportu do owego przewozu?
- Gimbusówna! – wydarłam się, czując, że krzyk po części uwalnia mnie od złości, powoli przeradzającej się w furię.
- Nooooo? – dotarło do mnie, leniwie wypowiedziane.
- Nie żadne nooooo, tylko przyjdź tu do mnie – wolałam pozostać w swojej ostoi, gdzie nie mam dostępu do rzeczy ciężkich, ostrych, które mogłyby zostać w tej chwili spożytkowane niezupełnie zgodnie z przeznaczeniem.
- Wyjaśnij mi co to jest – wskazałam ręką leżące pisma, gdy tylko dziecina z naburmuszoną miną dotarła do pokoju.
Trybiki w mózgu zaczynały zgrzytać, a błękitne oczka śledziły literki. Ja zaś zaczynałam odczuwać nieodpartą pokusę wydłubania tych niebieskich oczek. Obojętnie czym.
- Yyyy – Gimbusówna popatrzyła na mnie nieufnie – Nie wiem, to nie moje – od razu zastosowała popularny u gimbazy mechanizm zaprzeczenia.
- Jak nie twoje, jak są tam twoje dane?
- Ale ja nie jechałam!
- Gimbusówna.... – zawiesiłam ostrzegawczo głos. – Masz sobowtóra, który podróżuje po okolicy i podaje się za ciebie? Może twój duch oddzielił się od reszty ciała i sam postanowił pozwiedzać miasta ościenne?
- Ale ja nie mam mandatów – dziecina szła w zaparte – Niech ci udowodnią, że to ja jechałam i mnie spisali!
Ręce zaczęły mnie świerzbić. Powstrzymałam się od wstania z krzesła i potrząśnięcia dziecięciem tak, aby to coś, co zostało z jej mózgu zaczęło funkcjonować. Przynajmniej w stopniu ułatwiającym porozumiewanie się.
- Gimbusówna... – zaczęłam jeszcze spokojnie. „Jestem zajebiście wyluzowanym, opanowanym, pieprzonym kwiatem lotosu. Wdech, wydech, wdech, wydech.” – To nie oni mają cokolwiek udowadniać. Na wezwaniu są twoje dane, numer linii, daty i informacja o skierowaniu sprawy do sądu w przypadku nieuregulowania należności. Wszyscy wiemy jak kończy się nie zapłacenie długu. Sąd, komornik, masa nieprzyjemności. Mam tu oczywiście na myśli przeciętnego podatnika, bo wiadomo, że tych na górze to nie obowiązuje. A z tego co wiem, to zarówno ty jak i ja, jesteśmy zwykłymi, szarymi podatnikami, bo nie przypominam sobie, abym babrała się w korycie popularnie zwanym polityką, dzięki czemu mogłabyś takich rzeczy uniknąć powołując się na immunitet matki czy coś w tym rodzaju. I uwierz mi dziecko, że jeśli wystawili wezwanie do zapłaty to zapewne mają u siebie kopię mandatu, który ty być może wywaliłaś. Pamiętasz ten zielony druczek, który mi pokazałaś jakiś czas temu? Ten, który był przyczyną awantury i szlabanu? – spojrzałam na dziecinę, która z kolei stała i przyglądała się podłodze. – Pamiętasz o czym rozmawiałyśmy? Czy może niezbyt jasno wyraziłam wtedy swoje zdanie na temat jazdy bez biletu?
- Ten @#$%^ powiedział, że nie muszę płacić, bo komornik to sobie ściągnie z twojej wypłaty, albo podatku.
- Po pierwsze nie klnij, a po drugie co to znaczy, że nie musisz płacić?
- No on tak powiedział. Jak mu powiedziałam, że nie mam kasy i nie zapłacę.
- Gimbusówna... – ciśnienie podskoczyło mi w okolice 200/200, o ile takowe jest możliwe – czy ty sobie jaja robisz? Wiesz, ile to jest kasy?
Dziecina wzruszyła ramionami. Pogardliwie wzruszyła, co skłoniło mnie do złapania się za brzeg biurka, aby nie dać ponieść się emocjom i nie strzelić w blond łepek.
- Firmowych butów i tak mi nie kupisz – rzuciła bezczelnie – I to twoja wina, bo dałaś mi szlaban i nie chciałaś dać kasy! I nie dajesz mi kieszonkowego! I inne koleżanki to mają, a ja nie! I torby nowej nie chcesz mi kupić! I laptop mi się psuje i też nie dasz na nowy! I telefon mi się popsuł! – wyrzuciła z siebie, wielce obrażonym tonem.
- A wiesz, że po zapłaceniu tego – pomachałam plikiem wezwań – nowych rzeczy nie zobaczysz jeszcze długo? O jakiejkolwiek kasie możesz sobie zapomnieć. Wszystko pójdzie na spłacenie długu. – próbowałam jeszcze mówić spokojnie. – A i tak nie będę w stanie spłacić tego z jednej wypłaty, bo nie dość, że jej zabraknie, to za coś żyć trzeba! – tu już nie wytrzymałam i tym razem to z moich ust popłynął słowotok na temat nieodpowiedzialności dziecięcia.
Dziecię zaś stało i patrzyło na mnie jak na ufoludka, który tłumaczy zawiłą dziedzinę fizyki po chińsku. Nie docierało... noż jasna cholera, nie docierało...
Nie wiem czy to kolejny etap cofania się w rozwoju? Czy może wyjątkowa bezczelność i ignorancja? Niewiele pocieszyła mnie informacja, że podobno jeszcze kilka innych „uroczych gimnazjalnych aniołków” postawiło swoich rodziców przed faktem pozbycia się kasy z portfela. Bo im się wydawało, że są bezkarni... Bo skoro są nieletni, to nikt im nic nie może zrobić... Bo są jeszcze dziećmi... Bo w szkole mówili, że dzieci mają prawa...
Siła argumentów użytych przez Gimbusównę, gdy oddawała mi wymięte, zielone świstki mandatów, powaliła mnie w miejscu.
- Bo ja ci nie pokazałam tych mandatów, bo byłabyś zła i znowu dałabyś mi szlaban... – wystękała w końcu dziecina, przybierając ton i minę niewinnie udręczonej ofiary, mającej matkę sadystkę, która za nic nie chce tryskać radością, mając w perspektywie oddanie wypłaty na długi zaciągnięte przez dziecko. Dziecko nastoletnie, które sądziło, że jak schowa mandat, a komornik ściągnie to sobie z pensji rodzica, to rodzic o niczym się nie dowie...
Niech mi ktoś powie, że Gimbusówna wyrośnie... zmądrzeje... jej mózg zacznie funkcjonować... Błagam!
I wiecie co? Nawet moja zwykła wredota i złośliwość zniknęły gdzieś, przytłoczone kwotą do zapłaty. Bez żadnej gwarancji, że w ciągu kolejnych tygodni, nie przyjdą do domu następne wezwania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz