20 sierpnia 2014

Naprawdę Trudne sprawy...

Kończyłam śniadanko, zamierzając następnie zniknąć w otchłani swojego pokoju, gdzie popełniałam kolejny tekst, kiedy do kuchni wpadła Gimbusówna:
- Mamooo! – zaczęła od progu.
- Kasy nie mam, w domu masz być przed dwudziestą drugą – rzuciłam odruchowo, przełykając kęs kanapki – Z kim idziesz, gdzie idziesz itp.
- Mamooo, ale ja mam pytanie!
Mało co się nie zadławiłam. Zaczynało się robić niebezpiecznie.
- Pytaj – mruknęłam, zastanawiając się z drżeniem serca o co może chodzić.
Pytania Gimbusówny bywają skomplikowane równie mocno jak możliwe do udzielenia odpowiedzi.
- Bo jeśli chłopak ma żonę i ona urodzi mu dziecko, ale on potem ma dziecko z jej matką, to kim te dzieci są dla siebie? Albo dla niego?
Zatkało mnie. Zakrztusiłam się.
Noż jasna cholera, dziecko. Nie zadawaj mi takich pytań przy jedzeniu, bo to się dla mnie tragicznie skończy.
W myślach przebiegłam znajomych Gimbusówny, zadając sobie jednocześnie pytanie, któż byłby tam tak... hm.. powiedzmy... szalony... Bo zapewne pytanie z powietrza się nie wzięło. Czy naprawdę coś jeszcze jest w stanie mnie zaskoczyć? Jeśli chodzi o pożycie intymne gimbazy? Jeszcze rozumiem z obcą starszą kobietą, w ramach nazwijmy to edukacji... ale z... teściową?
Przezornie odsunęłam talerz z kanapkami, napiłam się i dopiero odezwałam:
- Możesz powtórzyć pytanie?
- No patrz, bo jak chłopak ma żonę. I zrobi jej dzieciaka. I potem przyjeżdża matka jego żony i on się w niej zakochuje i też mają dzieciaka, to kto jest kim?
Zamrugałam z niedowierzaniem.
Pomyliło mi się. Naprawdę. Nigdy nie byłam mocna w nazewnictwie rodzinnym. Mama, tata, syn, córka – w porządku. Ale stryjkowie, cioteczne rodzeństwa, dziadek kuzyna stryjecznego wujka... czy wujenka stryjkowej cioteczki...
A tu jeden facet, różne kobiety powiązane rodzinnie, dzieci...
- Gimubsówna, harem. To po prostu harem. Tyle, że w dzisiejszych czasach jego utrzymanie może przysporzyć przeciętnemu facetowi nieco kłopotu. Skąd w ogóle takie pytanie? – postanowiłam dociec przyczyn ciekawości dziecięcia.
- Bo oglądam na necie Trudne Sprawy i tam on też nie wie co i jak... – przyznało dziecię.
- No to pierwszy raz im chyba scenariusz wyszedł. Faktycznie mają problem – rzuciłam drwiąco. – Niech się do Arabii Saudyjskiej wyprowadzi...
- Gdzie? – Gimbusówna wytrzeszczyła oczka.
Tak to jest, jak po kilku latach nauki geografii słyszy się o czymś po raz pierwszy.
- Nigdzie, nigdzie, tak mi się tylko powiedziało – porwałam kubek z colą i przezornie zniknęłam w swoim pokoju, wracając do popełniania kolejnego tekstu.

28 kwietnia 2014

Sponsor komunikacji miejskiej

Uwielbiana przeze mnie cisza i spokój odeszły w zapomnienie, a wizja posiedzenia spokojnie przed kompem z kubkiem herbaty w dłoni rozmyła się z prędkością światła.
Wszystko za sprawą Gimbusówny, dzięki której nieświadomie zostałam sponsorem komunikacji miejskiej. Ciekawe, czy wpłynie to na obniżkę biletów w owej komunikacji, bo sądząc po zachowaniu dziecięcia, jeszcze przez trzy lata (do jej pełnoletności) będę sponsorować wyżej wymienione przedsiębiorstwo.
Technikus polazł ze śmieciami, a wracając przyniósł plik kopert ze skrzynki.
- Matka, poczta przyszła – oznajmił, przyglądając się z zaciekawieniem kopertom.
Widząc tak masowy napływ korespondencji, otworzyłam szerzej oczy. Z reguły moja realna skrzynka pocztowa świeci pustkami, nie licząc ulotek, reklam marketów. Moje zdziwienie sięgnęło zenitu, kiedy na wszystkich kopertach odczytałam dane nadawcy.
Komunikacja miejska? Pamięć mam dobrą. Z takową firmą nie korespondowałam, tym bardziej za pomocą tradycyjnej poczty, która działa jak działa.
W pierwszej chwili przeszło mi przez myśl, że może porozsyłali reklamy zachęcające do korzystania z ich usług. Pasażerów nie mają, czy jak?
No nic, otwieramy.
Jedna z kopert poszła na pierwszy ogień. „Wezwanie do zapłaty.” WTF? Zamrugałam oczkami. Może jeszcze śpię, może kawa nie działa, może moje myśli pomknęły nie w tę stronę, którą trzeba, a wzrok płata figle? Wczytałam się uważniej w treść, z której jasno wynikało, że Gimbusówna wsiadając w tramwaj, bądź autobus zapomniała o tak prozaicznej czynności jak wcześniejszy zakup i następne skasowanie biletu.
Zaraz... zaraz... Przecież zapłaciłam ostatnio podobny mandat, tyle, że pokazany mi przez Gimbusównę na zielonym druczku. I z tego co pamiętam wyłuszczyłam jasno dziecięciu swoje zdanie na temat jazdy na gapę. Łącznie ze szlabanem na przyjemności, dopóki nie odrobi kasy, która uszczupliła moje konto. Przyjrzałam się uważniej pismu. Wynikało z niego, że sprawa nie dotyczy zapłaconych wcześniej pieniędzy w niemałej kwocie ok. 160zł. Sprawa jest sprawą zupełnie nową...
- Technikus, pokaż mi dziecko pozostałe listy...
Pozostałe listy wyglądały podobnie. Różniła je tylko data i numer sprawy. I kwota na nich podana czasami różniła się o kilka groszy, wciąż jednak oscylowała wokoło magicznego 160zł.
Przez głowę przemknęła mi myśl, że Gimbusówna może i jest Gimbusówną, ale chyba nie jest aż tak gimbusowa, aby popełniać ten sam błąd kilka kolejnych razy? Może w komunikacji miejskiej się pomylili?
Trzeba to było wyjaśnić.
Ciśnienie podskoczyło mi w górę, bo kopert było kilka. Kilka razy po 160zł... Może moja dziecina uznała, że matka wygrała w lotto? I z wielką przyjemnością dołoży się do firmy oferującej przewóz pasażerów, a gratisowo dorzuci kilka nowych środków transportu do owego przewozu?
- Gimbusówna! – wydarłam się, czując, że krzyk po części uwalnia mnie od złości, powoli przeradzającej się w furię.
- Nooooo? – dotarło do mnie, leniwie wypowiedziane.
- Nie żadne nooooo, tylko przyjdź tu do mnie – wolałam pozostać w swojej ostoi, gdzie nie mam dostępu do rzeczy ciężkich, ostrych, które mogłyby zostać w tej chwili spożytkowane niezupełnie zgodnie z przeznaczeniem.
- Wyjaśnij mi co to jest – wskazałam ręką leżące pisma, gdy tylko dziecina z naburmuszoną miną dotarła do pokoju.
Trybiki w mózgu zaczynały zgrzytać, a błękitne oczka śledziły literki. Ja zaś zaczynałam odczuwać nieodpartą pokusę wydłubania tych niebieskich oczek. Obojętnie czym.
- Yyyy – Gimbusówna popatrzyła na mnie nieufnie – Nie wiem, to nie moje – od razu zastosowała popularny u gimbazy mechanizm zaprzeczenia.
- Jak nie twoje, jak są tam twoje dane?
- Ale ja nie jechałam!
- Gimbusówna.... – zawiesiłam ostrzegawczo głos. – Masz sobowtóra, który podróżuje po okolicy i podaje się za ciebie? Może twój duch oddzielił się od reszty ciała i sam postanowił pozwiedzać miasta ościenne?
- Ale ja nie mam mandatów – dziecina szła w zaparte – Niech ci udowodnią, że to ja jechałam i mnie spisali!
Ręce zaczęły mnie świerzbić. Powstrzymałam się od wstania z krzesła i potrząśnięcia dziecięciem tak, aby to coś, co zostało z jej mózgu zaczęło funkcjonować. Przynajmniej w stopniu ułatwiającym porozumiewanie się.
- Gimbusówna... – zaczęłam jeszcze spokojnie. „Jestem zajebiście wyluzowanym, opanowanym, pieprzonym kwiatem lotosu. Wdech, wydech, wdech, wydech.” – To nie oni mają cokolwiek udowadniać. Na wezwaniu są twoje dane, numer linii, daty i informacja o skierowaniu sprawy do sądu w przypadku nieuregulowania należności. Wszyscy wiemy jak kończy się nie zapłacenie długu. Sąd, komornik, masa nieprzyjemności. Mam tu oczywiście na myśli przeciętnego podatnika, bo wiadomo, że tych na górze to nie obowiązuje. A z tego co wiem, to zarówno ty jak i ja, jesteśmy zwykłymi, szarymi podatnikami, bo nie przypominam sobie, abym babrała się w korycie popularnie zwanym polityką, dzięki czemu mogłabyś takich rzeczy uniknąć powołując się na immunitet matki czy coś w tym rodzaju. I uwierz mi dziecko, że jeśli wystawili wezwanie do zapłaty to zapewne mają u siebie kopię mandatu, który ty być może wywaliłaś. Pamiętasz ten zielony druczek, który mi pokazałaś jakiś czas temu? Ten, który był przyczyną awantury i szlabanu? – spojrzałam na dziecinę, która z kolei stała i przyglądała się podłodze. – Pamiętasz o czym rozmawiałyśmy? Czy może niezbyt jasno wyraziłam wtedy swoje zdanie na temat jazdy bez biletu?
- Ten @#$%^ powiedział, że nie muszę płacić, bo komornik to sobie ściągnie z twojej wypłaty, albo podatku.
- Po pierwsze nie klnij, a po drugie co to znaczy, że nie musisz płacić?
- No on tak powiedział. Jak mu powiedziałam, że nie mam kasy i nie zapłacę.
- Gimbusówna... – ciśnienie podskoczyło mi w okolice 200/200, o ile takowe jest możliwe – czy ty sobie jaja robisz? Wiesz, ile to jest kasy?
Dziecina wzruszyła ramionami. Pogardliwie wzruszyła, co skłoniło mnie do złapania się za brzeg biurka, aby nie dać ponieść się emocjom i nie strzelić w blond łepek.
- Firmowych butów i tak mi nie kupisz – rzuciła bezczelnie – I to twoja wina, bo dałaś mi szlaban i nie chciałaś dać kasy! I nie dajesz mi kieszonkowego! I inne koleżanki to mają, a ja nie! I torby nowej nie chcesz mi kupić! I laptop mi się psuje i też nie dasz na nowy! I telefon mi się popsuł! – wyrzuciła z siebie, wielce obrażonym tonem.
- A wiesz, że po zapłaceniu tego – pomachałam plikiem wezwań – nowych rzeczy nie zobaczysz jeszcze długo? O jakiejkolwiek kasie możesz sobie zapomnieć. Wszystko pójdzie na spłacenie długu. – próbowałam jeszcze mówić spokojnie. – A i tak nie będę w stanie spłacić tego z jednej wypłaty, bo nie dość, że jej zabraknie, to za coś żyć trzeba! – tu już nie wytrzymałam i tym razem to z moich ust popłynął słowotok na temat nieodpowiedzialności dziecięcia.
Dziecię zaś stało i patrzyło na mnie jak na ufoludka, który tłumaczy zawiłą dziedzinę fizyki po chińsku. Nie docierało... noż jasna cholera, nie docierało...
Nie wiem czy to kolejny etap cofania się w rozwoju? Czy może wyjątkowa bezczelność i ignorancja? Niewiele pocieszyła mnie informacja, że podobno jeszcze kilka innych „uroczych gimnazjalnych aniołków” postawiło swoich rodziców przed faktem pozbycia się kasy z portfela. Bo im się wydawało, że są bezkarni... Bo skoro są nieletni, to nikt im nic nie może zrobić... Bo są jeszcze dziećmi... Bo w szkole mówili, że dzieci mają prawa...
Siła argumentów użytych przez Gimbusównę, gdy oddawała mi wymięte, zielone świstki mandatów, powaliła mnie w miejscu.
- Bo ja ci nie pokazałam tych mandatów, bo byłabyś zła i znowu dałabyś mi szlaban... – wystękała w końcu dziecina, przybierając ton i minę niewinnie udręczonej ofiary, mającej matkę sadystkę, która za nic nie chce tryskać radością, mając w perspektywie oddanie wypłaty na długi zaciągnięte przez dziecko. Dziecko nastoletnie, które sądziło, że jak schowa mandat, a komornik ściągnie to sobie z pensji rodzica, to rodzic o niczym się nie dowie...
Niech mi ktoś powie, że Gimbusówna wyrośnie... zmądrzeje... jej mózg zacznie funkcjonować... Błagam!
I wiecie co? Nawet moja zwykła wredota i złośliwość zniknęły gdzieś, przytłoczone kwotą do zapłaty. Bez żadnej gwarancji, że w ciągu kolejnych tygodni, nie przyjdą do domu następne wezwania.

20 kwietnia 2014

Wielkanoc

Jakiekolwiek Święta – jak co roku – napawają mnie pewną obawą co do zdolności umysłowych osobników szumnie zwanych ludźmi. Odnoszę wrażenie, że większości z nich święta, jakiekolwiek, kojarzą się z wybuchem wojny i koniecznością poczynienia zapasów w ilościach, które spokojnie starczyłby do wykarmienia połowy kuli ziemskiej. Kilka dni przed wiekopomnymi, corocznymi wydarzeniami, szarańcza zaczyna okupować markety, sklepy, targi, bazary, tak jakby od tego miało zależeć przetrwanie gatunku ludzkiego przez dwa, trzy dni wolnego od pracy. Aby było śmieszniej, święta wielkanocne związane są ściśle z religią, tak więc zastanawia mnie po jaką cholerę rzekomi ateiści ulegają modzie i pędzą do sklepów w tempie sugerującym, że właśnie nastąpiła tam wyprzedaż odpustów? Tak samo rozbawiło mnie pytanie Gimbusówny:
- A co dostanę na Zajączka?
- Zajączka? – powtórzyłam, niczym w brazylijskiej telenoweli
- No tak, święta są, pisanki, zajączek, dostaje się prezenty...
- O ile dobrze pamiętam, to Wielkanoc to święto chrześcijańskie – przypomniałam dziecięciu – Ty sama uparcie uważasz, że Boga nie ma, nie wierzysz itp., to o jakim zajączku mówimy? – przybrałam mądry wyraz twarzy. A przynajmniej chciałam się postarać, aby takowy swemu licu nadać.
- Bo ty to wredna jesteś! – dziecię pokopytkowało do swojego pokoju.
- Ponoć – w duchu przyznałam jej rację.
Muszę powiedzieć, że ostatnimi czasy Gimbusówna przestaje mi dostarczać tematów do pisania. Z jednej strony to dobrze, bo istnieje nikły cień szansy, że jedyna szara komórka jakimś cudem zaczęła odżywać, ale z drugiej... brak tematów nieco mnie trapi. Zawsze jednak pozostają znajomi Gimbusówny i chociaż część z nich ów pełen rozterek wiek ma dawno już za sobą, to nader często ich zachowanie wskazuje na to, że nie jest to tak do końca udowodnione. Śmiem nawet pokusić się o stwierdzenie, że z bycia gimbusem ciężko wyrosnąć.
- To co z tym zajączkiem? – zaniepokojone dziecię pojawiło się na progu mojej ostoi.
- A co ma być? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Kolczyki już powyciągałam, uczę się... – niebieskie, niewinne oczęta spoczęły na mojej sylwetce.
- No i ? – odwzajemniłam spojrzenie.
Odpowiedzi nie doczekałam się. Pewnie dlatego, że Gimbusówna wróciła do swojego pokoju, nie zapomniawszy uprzednio trzasnąć drzwiami. Niedługo potem zza wspomnianych dobiegły słowa jednej z piosenek pochodzących z filmu Kraina Lodu.
„Mam tę mooooooc” – rozbrzmiało dźwięcznym głosem.
- Jeśli ją masz, to nie używaj jej do dewastowania drzwi – mruknęłam pod nosem wracając do gierki, którą podsunął mi Technikus, w ramach pozbycia się interwencji ciekawskiej matki. Tyle, że na niewiele mu to się zdało. Teraz to on został do interwencji zmuszony, poganiany moimi okrzykami: „Technikuuuuuus! Bo Ezio* mi znowu spadł z belki!!!!!!!!! I znowu ktoś tu czasówkę wymyślił! No przejdź mi tę misję!”. Tak więc Technikus niejako zmuszony został do ponownego przejścia trudniejszych rzeczy w grze, której sam już miał dość. A trudniejszą rzeczą okazywało się prawie wszystko, pomijając zbieranie dropu ze skrzynek, dachów, czy zabitych strażników.
- Matka, bo to jest skrytobójca, Asasyn, a nie Rambo, który wpada w sam środek walki i rozwala wszystko dookoła. – tłumaczył mi cierpliwie, kiedy kolejny raz nie docierało do mnie, że postać ma się skradać, a nie wpadać i wybijać wszystko jak leci. Łącznie z cywilami... Pewnie dlatego część misji była dla mnie nie do przejścia... Na szczęście obietnica spaghetti zrobiła swoje i przebrnęłam (raczej przebrnęliśmy) przez całość.
A wracając do Wielkanocy. Kiedy już udało mi się dokonać niezbędnych, podstawowych zakupów, lawirując pomiędzy opętanymi szaleństwem ludźmi, wyrywającymi sobie z rąk barwniki do jajek, z ciężkim westchnieniem ulgi zasiadłam przed kompem. Włączyłam ulubioną muzyczkę i zagłębiłam w swoich rozmyślaniach. W perspektywie miałam trzy dni słodkiego nieróbstwa. Mogłam pisać, czytać, męczyć Ezio skokami. Wizyty rodzinne odpuściłam sobie od razu. Nie lubię ich i nie zamierzam uśmiechać uprzejmie i miło, kiedy nie mam na to nastroju. Młodzież chce, niech idzie...
Zdobyłam się jeszcze na wysiłek przygotowania jedzenia, postawienia na stole świątecznego koszyczka z cukierkami i na tym moje dobre chęci skończyły się. Zaopatrzona w słodycze, pomknęłam do siebie, by zaszyć się w kąciku ciszy i spokoju.
Niedługo potem tętent raciczek Gimbusówny rozbrzmiał złowieszczo. Dziecię nadchodziło.
- Patrz co mam! – wykrzyknęła radośnie, prezentując spodnie.
Przyjrzałam się im z pewną obawą. Moja nadzieja, że szara komórka w główce Gibmusówny zaczęła ożywiać się, zniknęła bezpowrotnie. Coś, szumnie nazwane spodniami, opinało szczupłe nogi Gimbusówny aż po same uda, poszarpanymi „artystycznie” nogawkami, czyli tak jakby dziecina właśnie przed chwilą stoczyła zażarty bój z tygrysem i ten pozostawił na nogawkach ślady swoich pazurów. Powyżej ud znajdował się luźny kawał materiału. „Bo to jest opuszczony krok! A ty się matka nie znasz!” objaśniło mnie dziecię, kiedy zasugerowałam, że tam to jest chyba miejsce na pampersa. Zapewne przydatnego po spotkaniu z owym tygrysem. Wyżej było już normalnie. Czyli reszta spodni była na właściwym miejscu.
- Zamierzasz w tym wyjść na ulicę? – spytałam z lękiem.
Naprawdę, poczułam ów lęk. Chyba jednak Gimbusówna nie jest aż tak gimbusowa, aby latać z pampersem po ulicy w wieku nastu lat?
- Taka jest moda!
Ach...no tak... Te trzy krótkie słówka wyjaśniały wszystko. Skoro taka jest moda... To może ja, człowiek konserwatywny, lepiej nie wtrącam się w to, o czym nie mam bladego pojęcia.
- Dobrze, dobrze – odparłam ugodowo, postanawiając wrócić w znacznie bezpieczniejszy świat pełen brutalnych morderstw, intryg, poszukiwań Fragmentów Edenu.
Ucieszone dziecię pognało do siebie, a ja patrząc na kolejnego przeciwnika, któremu właśnie Ezio podrzynał gardło, pożałowałam, że czasami nie można tego samego zrobić w świecie rzeczywistym, z niektórymi ludźmi. To znaczy teoretycznie niby można, ale podejrzewam, że konsekwencje byłyby opłakane.
W każdym razie – Wesołych Świąt!

* postać z Assassin Creed

03 kwietnia 2014

Bo on nie uprzedził!

Podziwiam niektórych nauczycieli, że mają siłę wykonywać swoją pracę. Jeszcze większy szacunek i zachwyt budzą we mnie ci, którzy próbują nauczyć gimnazjalistów czegokolwiek. Chociażby tego, aby nie łazili po drzewach jak małpy. W pewnych przypadkach nawet to się udaje. Tak słyszałam ; )
Rozbawiła mnie kiedyś pewna sytuacja. Dzieciaczki w szkole podstawowej miały coś tam pozaliczać. Dostały na karteczce zapisane 5 – słownie: pięć – dat. I musiały się ich nauczyć. Oczywiście celem tego zaliczenia. Zapamiętanie 5 dat dla przeciętnego dwunastolatka nie powinno być problemem. Z przykrością stwierdzam, że było. I to tak wielkim, że polegli, próbując wykonać to zadanie.
Próbowałam przypomnieć sobie swoje czasy szkolne. Tak, wiem. Dawne czasy, jednak dinozaury już wtedy nie biegały : P Gdyby nauczyciel w ramach zaliczenia materiału kazał mi wkuć tylko 5 dat, to podejrzewam, że zrobiłabym to. Z uśmiechem na ustach. Jednak dorastająca młodzież ma ważniejsze rzeczy na głowie niż nauka.
Tak ważne, że gdy nauczyciel każe wyjąć kartki, bo chce sprawdzić stan wiedzy swoich uczniów, czy zaczyna odpytywanie, w główkach gimbusów zaczyna szaleć tajfun przerażenia.
Nie wiem co mnie podkusiło, aby tego dnia zerknąć na słynnego Librusa. Spojrzałam i załamałam się.
- Gimbusówna! Do mnie! – wrzasnęłam, czując, że moje ciśnienie zaczyna niebezpiecznie piąć się w górę, a spokój, cisza i opanowanie uciekają w najciemniejsze zakamarki mojej ostoi.
- Nooooooo – odparło flegmatycznie dziecię, stając na progu.
- Co to jest? – spytałam retorycznie, wskazując palcem na ekran monitora.
- Monitor? – Gimbusówna patrzyła na mnie jak na wariata.
- Dziecko, nie przeginaj... – warknęłam ostrzegawczo, niczym nasz pies przebudzony z drzemki.
- Nooooooo, Librus? – Gimbusówna próbowała zmusić do myślenia szarą komórkę.
Spojrzałam na nią, zastanawiając się czy zamordować dziecinę teraz, czy poczekać do zmroku, kiedy to łatwiej będzie wynieść z domu poćwiartowane zwłoki.
- Ojjjj, nooooooo, jedynki. I w czym problem? – niebieskie oczka dziecięcia patrzyły na mnie, a szara komórka iskrzyła, próbując pojąć jaki może być związek między monitorem, Librusem i jedynkami.
- Może tak jakieś wyjaśnienie? Co w ogóle mają znaczyć takie, a nie inne stopnie?
- Nooooo, bo pan nie uprzedził – padła wielce zawiła odpowiedź.
- O czym nie uprzedził
- Nooooo, że będzie pytał.
Zatkało mnie.
- Gimbusówna, chcesz mi powiedzieć, że nauczyciel ma uprzedzać o tym, że będzie pytał? – upewniłam się.
- Nooooo, a skąd mamy wiedzieć, że akurat tego dnia zapyta?
- Dziecino, a słyszałaś o czymś takim jak nauka? Odrabianie zadań domowych? Powtórzenie materiału przed lekcjami?
Niebieskie oczka patrzyły na mnie z niedowierzaniem. Zawsze tak patrzą, kiedy zaczynam truć o nauce.
- Nauczyciel ma prawo odpytać z materiału, który był na poprzedniej lekcji
- Nooooo, ale w kodeksie ucznia... – zaczęła obronnie
- Nie wyjeżdżaj mi tu z kodeksem ucznia – najlepszą obroną jest atak – bo jak ja ci wyjadę z zakresem twoich domowych i szkolnych obowiązków, to doby ci nie wystarczy na ich wykonanie – zagroziłam.
- Noooo, bo ty to zawsze się czepiasz! A on nam nie powiedział, że będzie pytał! To jego wina! – wrzasnęła, po czym ciężko obrażona poszła do siebie.
Ręce mi opadły. To wina nauczyciela, że nie uprzedził gimbazy, że może sprawdzić ich wiedzę.
- Podanie z prośbą o możliwość odpytania, czy zrobienia kartkówki ma wam wysłać? – wrzasnęłam za Gimbusówną.
Nie odpowiedziała, ale jak podejrzewam, woleliby chyba, aby owo podanie ukazało się na fejsie.
Zerknęłam jeszcze raz na stopnie dziecięcia.
Pamiętacie jeszcze powiedzenie, że uczeń bez dwói, to jak żołnierz bez karabinu? Gimbusówna jest tak uzbrojona, że starczyłoby tego do opanowania świata. Nawet Putin wymięka tutaj.

30 marca 2014

Grey wkracza do gimnazjum

Lubię czytać. Gimbusówna nie lubi. Dlatego często dochodzi między nami do „małych” spięć dotyczących owego czytania. Zwłaszcza jeśli nagle okazuje się, że „ta lektura miała być na jutro! Nie masz streszczenia?”
Tym razem jednak moje oczka stanęły na słupkach, kiedy zauważyłam w ręce Gimbusówny książkę. I to nawet dosyć grubą. Dla pewności zamknęłam i otworzyłam oczęta. Kilka chwil później zamrugałam kilkanaście razy, ale widok dziecięca leżącego na łóżku i czytającego nie znikł.
- Yyyy – wydobyło się z trudem ze ściśniętego wzruszeniem gardła.
Wszak niecodziennie widzi się gimbusa z książką w dłoni.
- Gimbusówna... gorączkę masz? – spytałam wrednie.
Dziecina raczyła oderwać błękitne ślepia od książki i wlepiła je we mnie.
- Czytam sobie – odparła z wdziękiem.
- Yyyy – odchrząknęłam zaskoczona – Czytasz sobie? Pani od polskiego kazała?
- Nie – na ustach Gimbusówny pojawił się szeroki uśmiech zadowolenia.
- A co czytasz? – wyciągnęłam szyję, próbując dojrzeć okładkę
- Greya – dziecina powróciła do lektury.
- Eeeeee – tym razem to ja wlepiłam w nią oczy pełne niedowierzania. – Greya? Tego Greya? – wolałam się upewnić.
- Tak – Gimbusówna nie odrywała wzroku od powieści.
Przyznaję, że wrosłam w podłogę. W jednej chwili. Rozumiem, że młodzież nie przepada za klasykami literatury, za pięknem polszczyzny, uniwersalnymi przekazami i prawdami, ale... Grey? Określany mianem porna dla znudzonych gospodyń domowych, które żądne nowych doznań latają potem po targowisku w poszukiwaniu największego ogórka? Grey w rękach nieletniej Gimbusówny? Zdecydowanie to nie książka dla niej i nie w tym wieku. Nawet mimo przyspieszonego dorastania, dojrzewania młodzieży w obecnych czasach.
- A skąd masz tego... Greya? – ciekawość odnośnie tego, kogo ochrzanić za nieodpowiednią dla Gimbusówny lekturę, wzięła górę.
- Od Zuzi - wyjaśniło dziecię, nie odrywając wzroku od stronic. – Zuzia jest tym zachwycona. Ma wszystkie części i mówi, że to najwspanialsza książka pod słońcem! – w głosie dzieciny dało się słyszeć uwielbienie dla Zuzi, Greya i autorki owej szmiry.
- A nie mówi przypadkiem, że równie fascynujący może być podręcznik do fizyki, z której masz zagrożenie, bądź biologii?
- Mamoooo! Ty to wredna jesteś. Idź sobie – dziecię odwróciło się plecami.
No to sobie poszłam. Razem ze swoją wredotą. Postanawiając w wolnej chwili dowiedzieć się co też fascynującego jest w owej powieści.
Okazja trafiła się niebawem.
Pewnego spokojnego popołudnia Gimbusówna wpadła do domu wraz z gronem znajomych. Wpadła – to dobre określenie. Oni nigdy nie wchodzą normalnie. Zawsze wbiegają z niezrozumiałym bełkotem.
- Droga Młodzieży Gimnazjum – zaczęłam odważnie – a co wam tak się podoba w tym Greyu?
- No jak to co? Grey! – padła odpowiedź od blondyneczki w okularkach.
Dziecko, błagam pogadaj z okulistą, niech ci szkła zmieni, bo te co masz ewidentnie za słabe, jeśli Grey ci się podoba.
- No i przecież jak on ją traktuje! – w głosach kolejnych dwóch koleżanek Gimbusówny brzmiał nieskrywany podziw.
- To znaczy jak traktuje? – spytałam.
Przyznaję się, nie czytałam jeszcze owego rzekomego bestsellera, ale opinie o nim w zupełności mi wystarczyły, aby spadł na najbardziej odległe miejsce na liście tego co chcę, planuję przeczytać.
- No jak dziwkę! – nastolatki patrzyły na mnie jak na osobnika, który nie rozumie najprostszych rzeczy.
- Nooo! Jak tanią szmatę na telefon!
- A ona jedzie, jak on jej każe przyjechać!
- I on ją potem piep... – dzieciny umilkły patrząc niepewnie po sobie.
Chyba zorientowały się, że zachwycanie się tym, że ktoś kogoś ten teges, do tego w obecności matki jednego z nich, nie jest wskazane.
- Kocha się z nią? – podpowiedziałam jadowicie miłym głosem.
- Nie! – zabrzmiał chóralny okrzyk
- Eeee, nie? – tym razem to ja się zdziwiłam.
- No nie! On jej nie kocha! On ją ma tylko do seksu!
- I tam tak pisze? – upewniłam się.
- No, on jej mówi, że ma mu dawać dupy, kiedy mu się zachce.
- I ona musi go słuchać!
- I on ma taki pokój specjalny!
- I kazał jej umowę podpisać!
- I tam jest dużo takich fajnych scen!
- I może zamkniecie się? – nie wytrzymałam.
Nastolatki spojrzały na mnie z politowaniem.
- Słuchajcie no, jeśli chcecie, możemy sobie pogadać o seksie, miłości i tym podobnych. Ale teraz pytałam was o to, co wam się podoba w tej książce.
- Matka, ty to dzisiaj jakaś inna jesteś. Przecież to jest fajne! – Gimbusówna patrzyła na mnie z przyganą. Reszta jej koleżanek pokiwała twierdząco pustymi główkami. Tak pustymi, że wręcz słyszałam, jak ostatnia, szara komórka obija tam się gdzieś w kąciku, szepcząc błagalnie: Dobijcie mnie.
- Fajne jest to, że jakiś facet wykorzystuje dziewczynę? – spojrzałam badawczo na grupkę.
Grupka popatrzyła po sobie.
- Bo ty się matka nie znasz! – prychnęła Gimbusówna i zagarnęła koleżanki do swojego pokoju.
Widząc wchodzące dziewczęta, z pokoju w tempie przyspieszonym ewakuowała się kolejna, nowa kolonia bakterii.
A ja postanowiłam po cichu „pożyczyć” sobie ową „zachwycającą” powieść i na własne oczy przekonać się o czym tam pisze.
Najpierw odczytałam zachwalające recenzje umieszczone na tylnej okładce. „Trzyma w napięciu erotycznym”.
A potem...
Wybaczcie, ale wymiękłam przy umowie, którą koleś kazał lasce podpisać. Mimo najszczerszych chęci nie byłam w stanie czytać dalej. Śmiałam się jak głupi do sera. O ile jeszcze zniosłam w miarę spokojnie głupotę, naiwność rodem z gimnazjum głównej bohaterki, będącej ponoć na studiach, to reszta rozkładała mnie na łopatki. Wytrzymałam „westchnięcia prosto z falującej piersi Anastazji, które Grey zauważał”, próbowałam nie śmiać się przy „doprowadził ją do kosmicznego orgazmu pocierając palcami jej sutki”, ale kiedy przeczytałam słowa: „Teraz będę pieprzył cię... ostro...” następujące zaraz po opisie owego orgazmu, wybuchłam głośnym śmiechem.
Tak głośnym, że zaniepokojona Gimbusówna wyjrzała ze swojego pokoju i przybiegła do mnie.
- Nic dziecko, nic – machnęłam niedbale ręką, drugą próbując schować prędko „bestseller” pod biurkiem.
Dziecko odeszło, patrząc na mnie jak na kogoś niespełna rozumu.
A ja pobieżnie przejrzałam resztę owej „wspaniałej” powieści. Towarzyszyły temu kolejne głośne wybuchy śmiechu.
Przepraszam.
Naprawdę nie mogłam się powstrzymać.
Najwidoczniej nie dorosłam jeszcze do „arcydzieł” tego typu.
Przez głowę przemknęły mi opisy scen erotycznych, które czasami rozpisywaliśmy na sesjach. Opisy scen zamieszczane w różnych powieściach. Opisy, które często znajdują się w typowych romansidłach i wiele innych. I wiecie co? W tamtych opisach było owo napięcie erotyczne. W Greyu, za cholerę tego nie ma. Naprawdę.
Książkę Gimbusównie skonfiskowałam. Po co ma dziecina czytać coś, co nie nadaje się do czytania. Jeśli koniecznie chce poczytać literaturę erotyczną, to kiedy tylko ukończy owe magiczne piętnaście lat, wskażę jej kilka dobrych tytułów. I jeśli dalej będzie jej się podobała relacja : master – uległa suczka – posługując się terminologią zabaw sado-macho, to tutaj też znajdzie się kilka tytułów godnych przeczytania. Byle nie Grey.
A tymczasem... Skoro Gimbusówna taka zachwycona książką...
Zakupię kajdanki, przykuję nimi dziecinę do biurka, wcisnę w rękę podręcznik z fizyki i stojąc nad nią z pejczem, każę się uczyć. Nawet mogę jej umowę przygotować, którą będzie musiała podpisać. Oczywiście w umowie nie omieszkam zamieścić rozkazu sprzątania swojego pokoju oraz nauki :-)

25 lutego 2014

Szkoła óczy, wychowóje...

Wyrastają same ... – hasło wymalowane zieloną farbą na niedawno odnowionej elewacji przywołało jedno ze wspomnień.
Krążący po necie filmik z uczniami dręczącymi nauczyciela. Bezbronny człowiek z koszem na głowie i stado rozbawionej młodzieży. Aż korciło złapać karabin maszynowy i wywalić serię w roześmiane buźki dzieciaków. Przez dłuższy czas zastanawiałam się dlaczego ów nauczyciel nie reagował? Dlaczego pozwolił młodzieży na takie traktowanie? Odpowiedź otrzymałam po czasie i wyjaśniła ona wszelkie moje wątpliwości.
Coś za często ostatnio z ust Gimbusówny padało: „dzisiaj nie mamy lekcji”, „pani nas zwolniła”, „ akademia – mamy wolne” itp. Dziecko, to ty chodzisz do szkoły czy na jakiś kurs wakacyjny, gdzie zajęcia odbywają się w trybie jedna, dwie godziny co dwa dni?
Trzeba było sprawdzić to na miejscu. I wyjaśnić to i owo, bo ostatnim czasem usteczka Gimbusówny zaczynały wypluwać z siebie steki bzdur.
Opuściłam spokojne i ciche mury ostoi, podążając w stronę budynku szumnie zwanego szkołą. Niby lekcja była, a wrzało jak w ulu i co rusz jakiś osobnik przebiegał korytarzem. Ci co nie biegali, siedzieli na ławeczkach pstrykając sobie fotki i mażąc paluchami po ekranach swoich telefonów. Może wprowadzono do szkół jakiś nowy przedmiot, o którym zapomniano poinformować rodziców i lekcje odbywają się na korytarzu? Sale się skończyły, czy jak?
Odpuściłam zastanawianie się nad tym, skupiając na znacznie ważniejszej sprawie jaką był niecodzienny tryb zajęć Gimbusówny. Okazało się, że szkoła nie zmieniła nagle godzin otwarcia, ani planu lekcji. I co więcej, zajęcia klasowe odbywają się zgodnie z harmonogramem ustalonym odgórnie. Czyli, że ów harmonogram najwidoczniej nie przypadł dziecięciu do gustu, skoro próbowało go zmodyfikować podług siebie.
Okazało się również, że zeszyt uwag zaczyna pękać w szwach, a to zaledwie początek drugiego semestru. Czyżby Gimbusówna brała udział w konkursie p.t. „Najdurniejszy Gimbus” i próbowała zająć pierwsze miejsce?
- Nie wyciąga podręcznika i zeszytu, patrząc bezczelnie.
- Je kanapki na lekcji
- Dyskutuje z nauczycielem, obrażając go
- Bawi się telefonem
- Rozmawia z koleżankami i kolegami
- Wychodzi z klasy i nie mówi gdzie idzie
- Nie robi notatek
Z innych ciekawych rzeczy niekoniecznie dotyczących mojego dziecięcia o niewinnym wyglądzie aniołka dostrzegłam też: obściskiwanie się na lekcji, żucie gumy, rzucanie papierami w tablicę, urządzanie zawodów w pluciu do kosza, trzaskanie drzwiami szafek, przesuwanie ławek, szuranie krzesłami, obrywanie kwiatków.
Wow...
Gimbaza ma pomysły...
Popatrzyłam spokojnie i padło pytanie, które paść musiało:
- A gdzie w tym czasie jest nauczyciel i dlaczego nie reaguje na takie zachowania od razu? Dlaczego nie wyciągnie konsekwencji?
- Jakie konsekwencje ma wyciągnąć? – no nie, kobieto, to ty uczysz w tej szkole, nie ja. I ty mnie o to pytasz? To nie mnie przygotowywali do zawodu nauczyciela i to nie ja powinnam znać się na opanowaniu młodzieży w tzw. trudnym wieku. Mnie nader często kusi wywalić w nich magazynek, a to chyba nie najlepsza metoda.
- Może na przykład zabrać ten telefon? Może zadać większą pracę domową? Może przynajmniej zwrócić uwagę? Poinformować rodziców? Wysłać do pedagoga szkolnego? Albo na dywanik do dyrektora?
- Szkoła nie jest od tego, aby wychowywać.
I tu mnie zatkało. Ja, nieświadomie zawsze myślałam, że szkoła i rodzice powinni się uzupełniać. Okazało się, że byłam w błędzie.
- Poza tym to już nie są dzieci, tylko młodzież. Dobrze znają swoje prawa i obowiązki. O prawa upominają się i żądają ich przestrzegania, a obowiązki ich nie interesują.
- Ahaaaa – naprawdę nie wiedziałam co powiedzieć.
- Poza tym gdyby na przykład wyciągać konsekwencje z obrażania nauczyciela, to taki uczeń musiałby zostać wysłany do dyrektora, a nauczyciel powinien skierować sprawę do sądu, trzeba poinformować kuratorium, sprawić problemy rodzicom, a tego przecież nikt nie chce.
- Ahaaaa – no fakt, to mogłoby oznaczać zbytnie zaangażowanie nauczycieli, dyrekcji, w wychowanie nastolatka, a przecież jak już wspomniano wcześniej, szkoła nie jest od tego, aby wychowywać.
- Poza tym Gimbusówna nie jest jeszcze taka najgorsza, a nauczyciele już wiedzą, że powinni się z nią obchodzić jak z jajkiem, aby jej nie prowokować. Łatwiej jest udawać, że nie widzi się tego, co robi.
- To może jeszcze rozłóżcie czerwony dywan przed wejściem, jak tylko się tam dziecina pojawi – nie, tego nie powiedziałam głośno, chociaż kusiło. Obchodzenie się jak z jajkiem? Nie prowokowanie jej? Wygląda na to, że mam w domu super hiper gwiazdę z okładek i sama o tym nie wiem? A może nawet popełniam błąd, egzekwując od tejże „gwiazdy” obowiązki? Może głębokim nietaktem z mojej strony jest zmuszanie biednej dzieciny do nauki, pomagania w pracach domowych? No bo skoro w szkole tak bardzo uważają, aby się Gimbusówna nie zestresowała i w tym stresie nie nakrzyczała na nauczyciela...
Jak więc taki młody człowiek ma traktować szkołę, nauczyciela poważnie? Jak wychowawca ma być autorytetem, skoro trzęsie portkami przed smarkaczem?
I już nie dziwi mnie dręczenie nauczycieli przez uczniów. Sama miałam ochotę odszukać kosz.

29 stycznia 2014

Mordoksiążka

Przywiało mnie na fejsa. Tego prywatnego. Wyjątkowo nie w sprawach rozmów organizacyjnych, czy zamienienia kilku luźnych zdań ze znajomymi. Ot ileś tam wydarzeń, powiadomień czy tym podobnych, co świeciło się w lewym górnym rogu. Do dzisiaj nie wiem co to, ale czasami to sprawdzam.
Tak więc otworzyłam i posprawdzałam czy przypadkiem nie pominęłam czegoś co było godne mojej uwagi. Okazało się, że 99% to spam. Zwykły spam typu: X wrzucił fotkę, Y napisał komentarz, Z zaprasza do polubienia strony produktu, którego nie znoszę, W prosi o coś w grze, U powiadamia o urodzinach, S,T,O,P też czegoś chcą w podobnym stylu. Odznaczyłam jako przeczytane i z racji tego, że miałam nadmiar wolnego czasu, przejrzałam to, co wyświetla się pośrodku. Taki długi pasek pełen bzdetów, który przesuwasz, przesuwasz, a on wciąż wyrzuca z siebie setki informacji, cholera wie komu potrzebnych.
Zupełnie jak nasi politycy. Gadają, gadają, a nikt nie wie o co im chodzi. Poza tym, że pewnie znowu wyłudzą kasę od podatników, ewentualnie nakręcą kolejny kabaretowy odcinek obrad.
Przewijałam dzielnie ów pasek, ze znudzeniem odpalając papierosa. Fotka z rąsi, fotka w lustrze, fotka z dzióbkiem, fotka z gitarką, fotka z czymś w ustach, fotka z oczkiem, fotka z grzywką – aha, czyli gimbaza dostała do ręki aparat bądź któryś z tych telefonów co to zdjęcie zrobią, maila napiszą, film nakręcą, obliczą pierwiastki, przetłumaczą tekst, tylko... tylko dzwonić z nich chyba się nie da.
Miałam już zamykać, kiedy moją uwagę przyciągnęło kolorowe wielkie zdjęcie. Początkowo przypominało to wielobarwną papugę kakadu. Zamrugałam oczętami i wlepiłam je w ową fotkę. Fioletowe włosy do ramion, oczy w jakże modnym ponoć smok eyes, napompowane, chyba silikonem, wargi, ciemna cera rodem z solarki. A niżej... Wybuchnęłam głośnym śmiechem. Nie, nie cycki, jakże chętnie uwieczniane przez bezmózgie samiczki wabiące równie bezmózgich samców. Niżej, na szyi była słitaśna, różowa obróżka. Taka słodko cukierkowa. Podobną widziałam kiedyś na szyi yorka którejś z celebrytek. Przyjrzałam się uważniej, bo może to właśnie owa celebrytka? Może psinka jej zwiała i tylko obróżka została? Może pogrążona w rozpaczy postanowiła ją nosić? A może to jakieś przebranie do zabaw sado-maso? Tym bardziej, że podpis brzmi – Wspaniała sesja z pańcią.
Patrzę i patrzę na to zdjęcie i... niedowierzam własnym oczom.
W sumie do teraz jeszcze jestem w lekkim szoku.
Dla pewności zerknęłam na osobę umieszczającą ową fotkę. Starsza kobieta, prowadząca swoją firmę, bynajmniej nie mająca nic wspólnego z usługami erotycznymi typu bdsm.
Serio?
Rozumiem, że młodzi ludzie w wieku nastoletnim zamieszczają masę zdjęć, chwaląc się przed rówieśnikami, zdobywając popularność itp. Ale dorośli ludzie? I to osoby, które powinny dawać przykład właśnie tej nieraz zakręconej młodzieży?
Rozbawiona i nieco zdziwiona, kliknęłam fotki owej starszej pani. Wiecie, że można chwalić się tym, że leży się w szpitalu z nogą w gipsie? I z tej okazji zrobić całą serię zdjęć owego gipsu? Ostatnio równie głupi pomysł zapodała jedna ze znajomych Gimbusówny, zamieszczając na fejsie zdjęcia z własnego wypadku. Ona i nosze, ona i ratownicy próbujący jej pomóc, ona i wnętrze karetki, ona i sala szpitalna, ona i łóżko szpitalne i tak dalej w ten deseń. Sądząc po minie ratowników i zapewne lekarza uwiecznionych na fotkach, mieli ochotę wyrwać jej z ręki to coś czym robiła zdjęcia. W każdym razie na szczęśliwych modeli nie wyglądali. Natomiast ona, zakrwawiona, z wykrzywioną twarzą – być może coś ją bolało – znalazła świetny sposób na zainteresowanie swoją osobą rzeszy znajomych na fejsie. Co mnie rozwaliło? Komentarz jej matki. „Kochana córeczko, zdrowiej prędko. O i widzę, że mój ulubiony twój kolega, też się załapał na zdjęcia.” Tak, załapał – siedział z rozciętym czołem obok rozwalonego auta.
A wracając do starszej pani, szefowej poważnej firmy. Kilkanaście nudnych fotek gipsu, skrzywionej twarzy „modelki”, wnętrza sali szpitalnej, ramy łóżka, stolika nocnego, krzesła stojącego w rogu... Wow. Jeśli ktoś nie widział jeszcze jak jest w szpitalnej sali, wystarczy, że obejrzy tę foto relację. Skąd dorosłym ludziom przychodzą takie rzeczy do głowy?
Nie ukrywam, że w pierwszej chwili miałam ochotę wrzucić tam w komentarz skargę, że złamał mi się paznokieć. Doszłam jednak do wniosku, że taka zbyt mała tragedia nie wzbudzi raczej zainteresowania, a sarkazmu pewno nie zrozumieją.
Kolejną rzeczą, która rozwala przy takich fotkach są komentarze: „Słitaśnie!”, „Ślicznie wyszłaś!’, „Prześliczny gips!”, „Cuuuudowneeeee”, „Wspaaaaaniaaaleeee” i rosnąca ilość tzw. lajków.
Serio?
Przegapiłam jakiś etap w ewolucji? A może zaczynamy cofać się w rozwoju, tylko jeszcze tego nie zauważyłam?
Czy ktoś może mi to wyjaśnić? Dlaczego dorośli ludzie robią z siebie idiotów? I jak tu potem iść z takim do Media Marktu?

01 stycznia 2014

Barani skok w Nowy Rok

Uwaga: długie plus wulgaryzmy.

Pamiętam jeszcze jak kiedyś bawiło się w noc sylwestrową. Grono dobrych znajomych, składkowe żarcie, nieco procentów. Zabawa zaczynała już po południu, konsumowano, tańczono, rozmawiano, śmiano się. Wesoło było i przyjemnie, a i wspólnie spędzony czas uciekał nader prędko. Z wybiciem północy wychodziło się na ulice, piło szampana, składało życzenia innym, spacerowano, odpalano fajerwerki, sztuczne ognie, petardy. Ludzie cieszyli się, ściskali, świętowali, zachowując kulturę.
A teraz?
Po wczorajszej nocy, podczas której hucznie witano Nowy Rok, moim marzeniem jest zaszycie się na bezludnej wyspie w tym czasie.
Naprawdę.
Gimbusówna wyszła świętować w gronie znajomych.
Młody Grizzli zaszył się przed kompem – event w grze mieli.
W mieszkaniu panował spokój i cisza – czyli to co lubię.
Nawet na ulicach było pusto, jedynie gdzieniegdzie z okien dobiegały dźwięki niezbyt głośnej muzyki.
Idąc na wieczorny spacer z bestią, przemknęło mi przez głowę, że to będzie jeden ze spokojniejszych Sylwestrów.
O jakże się pomyliłam!
To była cisza przed burzą.
Zaczęło się już o dwudziestej trzeciej.
- Kurwa, ja pierdolę! – dobiegło mnie zza okna.
- No kurwa, ja pierdolę! – zabrzmiało drugi raz tym samym męskim głosem.
- Nie idę! – odezwał się damski głos.
- Chodź!
- Nie idę!
- Chodź!
- Nie idę!
- No kurwa, ja pierdolę! Chodź!
- Nie idę!
- Chodź!
- Nie idę!
Gdy wymiana tych trzech zdań nie przestawała wdzierać się w moje uszy półgodziny później, nieco poddenerwowana (czyt. wkurzona jak głodna smoczyca) wyjrzałam przez okno. Ileż można słuchać jednego i tego samego? Nie ukrywam, że najchętniej wylałabym na osobniki toczące tę nader interesującą dyskusję, garnek gorącego oleju. Byle tylko zakończyć bezsensowny spór. Na usta cisnęło mi się jedno:
- No kurwa, idź! – byle jak najdalej spod moich okien.
Obawiam się, że nie wypadało jednak odezwać się w taki sposób do pracownicy urzędu, zajmującej w tymże urzędzie odpowiedzialne i ważne stanowisko.
Zamrugałam oczami, bo może mnie wzrok mylił?
Okazało się, że niestety nie.
Stojąca na ulicy ubrana w elegancką kreację sylwestrową urzędniczka, drobiąca chwiejnym krokiem w miejscu, patrzyła na siedzącego na chodniku mężczyznę w średnim wieku, który na pewno nie był jej mężem i powtarzała uparcie - Nie idę.
Jak zdarta płyta.
Oboje pijani.
I pewnie spędziliby w ten sposób resztę nocy, gdyby zza rogu nie wypadła grupka dzieci.
Tak, dobrze czytacie. Dzieci. Sądząc po wzroście – na bank podstawówka.
Zaczęły puszczać petardy.
Przy wtórze okrzyków wydawanych dziecięcymi głosikami:
- No kurwa, ja pierdolę!
- Aleś dojebał!
- Odpierdol się!
- Kuuuurwaaaa!
I tak na zmianę.
Wybuch, okrzyk. Wybuch, okrzyk.
Parka pod oknami doszła widać do porozumienia, bo oddaliła się zygzakiem.
Zadowolone dzieci odpaliły fajerwerki i wywrzaskując radośnie to co wcześniej, podziwiały feerię barw rozbłyskujących na niebie.
Zdziwiło mnie nieco, że smarkacze biegają przed północą bez opieki rodziców, a do tego bawią się czymś, co niekiedy wybucha w rękach. I przyznaję. Przez myśl mi przemknęło, że przynajmniej raz, mieszczące się niedaleko pogotowie ratunkowe, może się do czegoś przydać. Na przykład gdy jednemu czy drugiemu z berbeci pourywa paluszki, bądź wypali oczka.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy grupka dzieci zużyła zapas wybuchających zabawek i oddaliła się w sobie tylko wiadomym kierunku.
Do północy było coraz bliżej, a na ulicy zapadła na powrót cisza i spokój.
Zerknęłam na zegarek. Jeszcze kwadrans tego spokoju i zacznie się...
- Dosieego rokuuu! – rozbrzmiał znienacka czyjś pijacki głos.
Co ci się facet wskazówki na zegarku przestawiły, czy jak?
- Ja pierdolę!
- Kurwa!
Zabrzmiały kolejne pijane głosy.
Czyli, że nadchodziła większa ekipa zaprawionych w walce z alkoholem sylwestrowiczów.
- Dosiegoooo!
- Dosiegoooo!
- Szcze... Scze... Szce...
- Szczęśliwego!
- No! Kurwa! Sczesliwwwwych... tych.... dosieeegooo! – wydukał wreszcie jeden z imprezowiczów, z wrażenia kładąc się na ulicy.
Aż pożałowałam, że jakiś walec nie przejeżdża nią w tej chwili.
I wreszcie wybiła dwunasta.
Wokoło zaczęły wybuchać odpalane fajerwerki, petardy i wszystko to co zdążyli ludzie zakupić, a co powodowało hałas znacznie przekraczający ilość decybeli normowanych przez unię.
Muszę przyznać, że zapasy porobili spore.
Ubrałam się i wyszłam z domu.
Przynajmniej powitam Nowy Rok, składając życzenia innym. Popatrzę na rozjaśnione wybuchami niebo, przejdę się, pogadam ze znajomymi, których spotykam tak co roku.
Dotarłam do centrum tego całego zamieszania, które skupiło się na jednej z głównych ulic.
Ludzi sporo. Osób starszych, dorosłych, dostrzegam zaledwie kilka. I raczej przechodzą szybkim krokiem. Przeważa młodzież.
Część z nich próbuje jeszcze chodzić, część po kilku nieudolnych próbach decyduje się na pozostanie w miejscu, w którym upadła. Towarzysze zabawy próbują ich podnieść, ale nie za bardzo im to wychodzi.
Ci bardziej trzeźwi przy wtórze okrzyków: „kurwa!” i „ja pierdolę!”, odpalają wybuchowy asortyment. Widać zakupy w hurtowni robili, bo sporo tego mają.
Dostrzegam kilka szkolnych koleżanek Gimbusówny.
Jedną z nich jej niewiele starszy kolega przyparł do sklepowej witryny i rozbiera z bluzki, a ona chichocze zadowolona.
Druga, popijając piwo siedzi na kamiennym kwietniku kilka metrów dalej, z szeroko rozkraczonymi nogami, a uczynny kolega z klasy maturalnej sprawdza ręką, czy temperatura ciała pomiędzy jej udami jest odpowiednia.
Fakt, mogła w tej miniówce zmarznąć.
I nikt z pozostałych nie zwraca na to uwagi, tak jakby była to najzupełniej normalna rzecz pod słońcem. Przepraszam – pod księżycem.
Kilka innych stoi w roześmianej grupce otaczającej dwóch siłujących się ze sobą nastolatków.
Wymachują ochoczo na wpół opróżnionymi butelkami wódki, przytykając je do ust w krótkich odstępach czasu.
Serio? Tak bez soku? Żadnej przepitki? Niczym najwytrawniejsi alkoholicy?
Na szczęście w gromadzie rozbawionej i pijanej młodzieży nie dostrzegłam Gimbusówny, ani ekipy, z którą miała powitać Nowy Rok.
Delikatnie mówiąc, chyba bym jej kark skręciła za takie zachowanie, a i reszcie by się dostało.
Rozejrzałam się wokoło i doszłam do wniosku, że pora wracać.
Znajomych nie było, w sumie ludzi dorosłych też raczej nie. I przez chwilę poczułam się jak dinozaur, który pomylił epoki.
Życzeń też nie za bardzo było komu składać. A o miłej rozmowie mogłam zapomnieć. Powymieniać uściski? Z czym? Ze śmierdzącym wódką nastolatkiem?
Powolnym krokiem skierowałam się do domu.
Po drodze minęło mnie jeszcze kilka niewielkich grupek młodzieży, z butelkami w rękach. Ci przynajmniej wykrzyknęli radośnie „Dosiego Roku!” I nawet nie łazili zygzakiem po całej szerokości ulicy. Z ich ust nie dobywały się steki przekleństw, a dziewczyny uśmiechały się grzecznie.
Czyli, że można bawić się jeszcze w gronie znajomych nie zalewając w trupa i nie obmacując publicznie.
Z okien mijanych domów dobiegały dźwięki muzyki i wesołe rozmowy. Znaczy się normalni ludzie jeszcze żyją.
Podbudowało mnie to trochę.
I tym miłym akcentem kończę ten tekst.
Dosiego Roku!