Uwaga: długie plus wulgaryzmy.
Pamiętam jeszcze jak kiedyś bawiło się w noc sylwestrową. Grono dobrych znajomych, składkowe żarcie, nieco procentów. Zabawa zaczynała już po południu, konsumowano, tańczono, rozmawiano, śmiano się. Wesoło było i przyjemnie, a i wspólnie spędzony czas uciekał nader prędko. Z wybiciem północy wychodziło się na ulice, piło szampana, składało życzenia innym, spacerowano, odpalano fajerwerki, sztuczne ognie, petardy. Ludzie cieszyli się, ściskali, świętowali, zachowując kulturę.
A teraz?
Po wczorajszej nocy, podczas której hucznie witano Nowy Rok, moim marzeniem jest zaszycie się na bezludnej wyspie w tym czasie.
Naprawdę.
Gimbusówna wyszła świętować w gronie znajomych.
Młody Grizzli zaszył się przed kompem – event w grze mieli.
W mieszkaniu panował spokój i cisza – czyli to co lubię.
Nawet na ulicach było pusto, jedynie gdzieniegdzie z okien dobiegały dźwięki niezbyt głośnej muzyki.
Idąc na wieczorny spacer z bestią, przemknęło mi przez głowę, że to będzie jeden ze spokojniejszych Sylwestrów.
O jakże się pomyliłam!
To była cisza przed burzą.
Zaczęło się już o dwudziestej trzeciej.
- Kurwa, ja pierdolę! – dobiegło mnie zza okna.
- No kurwa, ja pierdolę! – zabrzmiało drugi raz tym samym męskim głosem.
- Nie idę! – odezwał się damski głos.
- Chodź!
- Nie idę!
- Chodź!
- Nie idę!
- No kurwa, ja pierdolę! Chodź!
- Nie idę!
- Chodź!
- Nie idę!
Gdy wymiana tych trzech zdań nie przestawała wdzierać się w moje uszy półgodziny później, nieco poddenerwowana (czyt. wkurzona jak głodna smoczyca) wyjrzałam przez okno. Ileż można słuchać jednego i tego samego? Nie ukrywam, że najchętniej wylałabym na osobniki toczące tę nader interesującą dyskusję, garnek gorącego oleju. Byle tylko zakończyć bezsensowny spór. Na usta cisnęło mi się jedno:
- No kurwa, idź! – byle jak najdalej spod moich okien.
Obawiam się, że nie wypadało jednak odezwać się w taki sposób do pracownicy urzędu, zajmującej w tymże urzędzie odpowiedzialne i ważne stanowisko.
Zamrugałam oczami, bo może mnie wzrok mylił?
Okazało się, że niestety nie.
Stojąca na ulicy ubrana w elegancką kreację sylwestrową urzędniczka, drobiąca chwiejnym krokiem w miejscu, patrzyła na siedzącego na chodniku mężczyznę w średnim wieku, który na pewno nie był jej mężem i powtarzała uparcie - Nie idę.
Jak zdarta płyta.
Oboje pijani.
I pewnie spędziliby w ten sposób resztę nocy, gdyby zza rogu nie wypadła grupka dzieci.
Tak, dobrze czytacie. Dzieci. Sądząc po wzroście – na bank podstawówka.
Zaczęły puszczać petardy.
Przy wtórze okrzyków wydawanych dziecięcymi głosikami:
- No kurwa, ja pierdolę!
- Aleś dojebał!
- Odpierdol się!
- Kuuuurwaaaa!
I tak na zmianę.
Wybuch, okrzyk. Wybuch, okrzyk.
Parka pod oknami doszła widać do porozumienia, bo oddaliła się zygzakiem.
Zadowolone dzieci odpaliły fajerwerki i wywrzaskując radośnie to co wcześniej, podziwiały feerię barw rozbłyskujących na niebie.
Zdziwiło mnie nieco, że smarkacze biegają przed północą bez opieki rodziców, a do tego bawią się czymś, co niekiedy wybucha w rękach. I przyznaję. Przez myśl mi przemknęło, że przynajmniej raz, mieszczące się niedaleko pogotowie ratunkowe, może się do czegoś przydać. Na przykład gdy jednemu czy drugiemu z berbeci pourywa paluszki, bądź wypali oczka.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy grupka dzieci zużyła zapas wybuchających zabawek i oddaliła się w sobie tylko wiadomym kierunku.
Do północy było coraz bliżej, a na ulicy zapadła na powrót cisza i spokój.
Zerknęłam na zegarek. Jeszcze kwadrans tego spokoju i zacznie się...
- Dosieego rokuuu! – rozbrzmiał znienacka czyjś pijacki głos.
Co ci się facet wskazówki na zegarku przestawiły, czy jak?
- Ja pierdolę!
- Kurwa!
Zabrzmiały kolejne pijane głosy.
Czyli, że nadchodziła większa ekipa zaprawionych w walce z alkoholem sylwestrowiczów.
- Dosiegoooo!
- Dosiegoooo!
- Szcze... Scze... Szce...
- Szczęśliwego!
- No! Kurwa! Sczesliwwwwych... tych.... dosieeegooo! – wydukał wreszcie jeden z imprezowiczów, z wrażenia kładąc się na ulicy.
Aż pożałowałam, że jakiś walec nie przejeżdża nią w tej chwili.
I wreszcie wybiła dwunasta.
Wokoło zaczęły wybuchać odpalane fajerwerki, petardy i wszystko to co zdążyli ludzie zakupić, a co powodowało hałas znacznie przekraczający ilość decybeli normowanych przez unię.
Muszę przyznać, że zapasy porobili spore.
Ubrałam się i wyszłam z domu.
Przynajmniej powitam Nowy Rok, składając życzenia innym. Popatrzę na rozjaśnione wybuchami niebo, przejdę się, pogadam ze znajomymi, których spotykam tak co roku.
Dotarłam do centrum tego całego zamieszania, które skupiło się na jednej z głównych ulic.
Ludzi sporo. Osób starszych, dorosłych, dostrzegam zaledwie kilka. I raczej przechodzą szybkim krokiem. Przeważa młodzież.
Część z nich próbuje jeszcze chodzić, część po kilku nieudolnych próbach decyduje się na pozostanie w miejscu, w którym upadła. Towarzysze zabawy próbują ich podnieść, ale nie za bardzo im to wychodzi.
Ci bardziej trzeźwi przy wtórze okrzyków: „kurwa!” i „ja pierdolę!”, odpalają wybuchowy asortyment. Widać zakupy w hurtowni robili, bo sporo tego mają.
Dostrzegam kilka szkolnych koleżanek Gimbusówny.
Jedną z nich jej niewiele starszy kolega przyparł do sklepowej witryny i rozbiera z bluzki, a ona chichocze zadowolona.
Druga, popijając piwo siedzi na kamiennym kwietniku kilka metrów dalej, z szeroko rozkraczonymi nogami, a uczynny kolega z klasy maturalnej sprawdza ręką, czy temperatura ciała pomiędzy jej udami jest odpowiednia.
Fakt, mogła w tej miniówce zmarznąć.
I nikt z pozostałych nie zwraca na to uwagi, tak jakby była to najzupełniej normalna rzecz pod słońcem. Przepraszam – pod księżycem.
Kilka innych stoi w roześmianej grupce otaczającej dwóch siłujących się ze sobą nastolatków.
Wymachują ochoczo na wpół opróżnionymi butelkami wódki, przytykając je do ust w krótkich odstępach czasu.
Serio? Tak bez soku? Żadnej przepitki? Niczym najwytrawniejsi alkoholicy?
Na szczęście w gromadzie rozbawionej i pijanej młodzieży nie dostrzegłam Gimbusówny, ani ekipy, z którą miała powitać Nowy Rok.
Delikatnie mówiąc, chyba bym jej kark skręciła za takie zachowanie, a i reszcie by się dostało.
Rozejrzałam się wokoło i doszłam do wniosku, że pora wracać.
Znajomych nie było, w sumie ludzi dorosłych też raczej nie. I przez chwilę poczułam się jak dinozaur, który pomylił epoki.
Życzeń też nie za bardzo było komu składać. A o miłej rozmowie mogłam zapomnieć. Powymieniać uściski? Z czym? Ze śmierdzącym wódką nastolatkiem?
Powolnym krokiem skierowałam się do domu.
Po drodze minęło mnie jeszcze kilka niewielkich grupek młodzieży, z butelkami w rękach. Ci przynajmniej wykrzyknęli radośnie „Dosiego Roku!” I nawet nie łazili zygzakiem po całej szerokości ulicy. Z ich ust nie dobywały się steki przekleństw, a dziewczyny uśmiechały się grzecznie.
Czyli, że można bawić się jeszcze w gronie znajomych nie zalewając w trupa i nie obmacując publicznie.
Z okien mijanych domów dobiegały dźwięki muzyki i wesołe rozmowy. Znaczy się normalni ludzie jeszcze żyją.
Podbudowało mnie to trochę.
I tym miłym akcentem kończę ten tekst.
Dosiego Roku!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz