Jakiekolwiek Święta – jak co roku – napawają mnie pewną obawą co do zdolności umysłowych osobników szumnie zwanych ludźmi. Odnoszę wrażenie, że większości z nich święta, jakiekolwiek, kojarzą się z wybuchem wojny i koniecznością poczynienia zapasów w ilościach, które spokojnie starczyłby do wykarmienia połowy kuli ziemskiej. Kilka dni przed wiekopomnymi, corocznymi wydarzeniami, szarańcza zaczyna okupować markety, sklepy, targi, bazary, tak jakby od tego miało zależeć przetrwanie gatunku ludzkiego przez dwa, trzy dni wolnego od pracy. Aby było śmieszniej, święta wielkanocne związane są ściśle z religią, tak więc zastanawia mnie po jaką cholerę rzekomi ateiści ulegają modzie i pędzą do sklepów w tempie sugerującym, że właśnie nastąpiła tam wyprzedaż odpustów? Tak samo rozbawiło mnie pytanie Gimbusówny:
- A co dostanę na Zajączka?
- Zajączka? – powtórzyłam, niczym w brazylijskiej telenoweli
- No tak, święta są, pisanki, zajączek, dostaje się prezenty...
- O ile dobrze pamiętam, to Wielkanoc to święto chrześcijańskie – przypomniałam dziecięciu – Ty sama uparcie uważasz, że Boga nie ma, nie wierzysz itp., to o jakim zajączku mówimy? – przybrałam mądry wyraz twarzy. A przynajmniej chciałam się postarać, aby takowy swemu licu nadać.
- Bo ty to wredna jesteś! – dziecię pokopytkowało do swojego pokoju.
- Ponoć – w duchu przyznałam jej rację.
Muszę powiedzieć, że ostatnimi czasy Gimbusówna przestaje mi dostarczać tematów do pisania. Z jednej strony to dobrze, bo istnieje nikły cień szansy, że jedyna szara komórka jakimś cudem zaczęła odżywać, ale z drugiej... brak tematów nieco mnie trapi. Zawsze jednak pozostają znajomi Gimbusówny i chociaż część z nich ów pełen rozterek wiek ma dawno już za sobą, to nader często ich zachowanie wskazuje na to, że nie jest to tak do końca udowodnione. Śmiem nawet pokusić się o stwierdzenie, że z bycia gimbusem ciężko wyrosnąć.
- To co z tym zajączkiem? – zaniepokojone dziecię pojawiło się na progu mojej ostoi.
- A co ma być? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Kolczyki już powyciągałam, uczę się... – niebieskie, niewinne oczęta spoczęły na mojej sylwetce.
- No i ? – odwzajemniłam spojrzenie.
Odpowiedzi nie doczekałam się. Pewnie dlatego, że Gimbusówna wróciła do swojego pokoju, nie zapomniawszy uprzednio trzasnąć drzwiami. Niedługo potem zza wspomnianych dobiegły słowa jednej z piosenek pochodzących z filmu Kraina Lodu.
„Mam tę mooooooc” – rozbrzmiało dźwięcznym głosem.
- Jeśli ją masz, to nie używaj jej do dewastowania drzwi – mruknęłam pod nosem wracając do gierki, którą podsunął mi Technikus, w ramach pozbycia się interwencji ciekawskiej matki. Tyle, że na niewiele mu to się zdało. Teraz to on został do interwencji zmuszony, poganiany moimi okrzykami: „Technikuuuuuus! Bo Ezio* mi znowu spadł z belki!!!!!!!!! I znowu ktoś tu czasówkę wymyślił! No przejdź mi tę misję!”. Tak więc Technikus niejako zmuszony został do ponownego przejścia trudniejszych rzeczy w grze, której sam już miał dość. A trudniejszą rzeczą okazywało się prawie wszystko, pomijając zbieranie dropu ze skrzynek, dachów, czy zabitych strażników.
- Matka, bo to jest skrytobójca, Asasyn, a nie Rambo, który wpada w sam środek walki i rozwala wszystko dookoła. – tłumaczył mi cierpliwie, kiedy kolejny raz nie docierało do mnie, że postać ma się skradać, a nie wpadać i wybijać wszystko jak leci. Łącznie z cywilami... Pewnie dlatego część misji była dla mnie nie do przejścia... Na szczęście obietnica spaghetti zrobiła swoje i przebrnęłam (raczej przebrnęliśmy) przez całość.
A wracając do Wielkanocy. Kiedy już udało mi się dokonać niezbędnych, podstawowych zakupów, lawirując pomiędzy opętanymi szaleństwem ludźmi, wyrywającymi sobie z rąk barwniki do jajek, z ciężkim westchnieniem ulgi zasiadłam przed kompem. Włączyłam ulubioną muzyczkę i zagłębiłam w swoich rozmyślaniach. W perspektywie miałam trzy dni słodkiego nieróbstwa. Mogłam pisać, czytać, męczyć Ezio skokami. Wizyty rodzinne odpuściłam sobie od razu. Nie lubię ich i nie zamierzam uśmiechać uprzejmie i miło, kiedy nie mam na to nastroju. Młodzież chce, niech idzie...
Zdobyłam się jeszcze na wysiłek przygotowania jedzenia, postawienia na stole świątecznego koszyczka z cukierkami i na tym moje dobre chęci skończyły się. Zaopatrzona w słodycze, pomknęłam do siebie, by zaszyć się w kąciku ciszy i spokoju.
Niedługo potem tętent raciczek Gimbusówny rozbrzmiał złowieszczo. Dziecię nadchodziło.
- Patrz co mam! – wykrzyknęła radośnie, prezentując spodnie.
Przyjrzałam się im z pewną obawą. Moja nadzieja, że szara komórka w główce Gibmusówny zaczęła ożywiać się, zniknęła bezpowrotnie. Coś, szumnie nazwane spodniami, opinało szczupłe nogi Gimbusówny aż po same uda, poszarpanymi „artystycznie” nogawkami, czyli tak jakby dziecina właśnie przed chwilą stoczyła zażarty bój z tygrysem i ten pozostawił na nogawkach ślady swoich pazurów. Powyżej ud znajdował się luźny kawał materiału. „Bo to jest opuszczony krok! A ty się matka nie znasz!” objaśniło mnie dziecię, kiedy zasugerowałam, że tam to jest chyba miejsce na pampersa. Zapewne przydatnego po spotkaniu z owym tygrysem. Wyżej było już normalnie. Czyli reszta spodni była na właściwym miejscu.
- Zamierzasz w tym wyjść na ulicę? – spytałam z lękiem.
Naprawdę, poczułam ów lęk. Chyba jednak Gimbusówna nie jest aż tak gimbusowa, aby latać z pampersem po ulicy w wieku nastu lat?
- Taka jest moda!
Ach...no tak... Te trzy krótkie słówka wyjaśniały wszystko. Skoro taka jest moda... To może ja, człowiek konserwatywny, lepiej nie wtrącam się w to, o czym nie mam bladego pojęcia.
- Dobrze, dobrze – odparłam ugodowo, postanawiając wrócić w znacznie bezpieczniejszy świat pełen brutalnych morderstw, intryg, poszukiwań Fragmentów Edenu.
Ucieszone dziecię pognało do siebie, a ja patrząc na kolejnego przeciwnika, któremu właśnie Ezio podrzynał gardło, pożałowałam, że czasami nie można tego samego zrobić w świecie rzeczywistym, z niektórymi ludźmi. To znaczy teoretycznie niby można, ale podejrzewam, że konsekwencje byłyby opłakane.
W każdym razie – Wesołych Świąt!
* postać z Assassin Creed
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz