Uwaga: wulgaryzmy
Mylnie zakładałam, że absurdalne zachowania gimbusów rozpoczynają się w chwili, gdy dzieciny te, rozkwitający kwiat naszego społeczeństwa, przekraczają progi szkoły zwanej Gimnazjum. Z moich ostatnich obserwacji wynika, że proces ogłupienia mózgu zaczyna się o wiele wcześniej. Już w szkole podstawowej!
Nie ma to jak być małym, wrzeszczącym hardkorem w słodkiej różowej kurteczce (kto w ogóle kupuje małym chłopcom różowe kurteczki?!), czapce z pomponikami wiązanej pod szyją i dzierżąc dzielnie w rączce plecak z naszywką Kubusia Puchatka, wieść prym pośród gromadki rówieśników.
Tupta taki malutki hardkor chodnikiem, wymachując dziarsko workiem na kapcie (czyt. obuwie zamienne) i wykrzykuje piszczącym głosikiem hasła w stylu: Jebać policję! Chwdp!
Towarzysząca mu gromadka patrzy na niego pełnym uwielbienia wzrokiem.
Zatkało mnie.
Najnormalniej w świecie zaniemówiłam.
Wryło mnie w chodnik, którym podążałam na wprost grupki maluchów. Tak na oko pierwsza, druga klasa podstawówki. Albo wyrośnięte przedszkole, jednak budynku, z którego mogła grupka wypełznąć w pobliżu nie było. Czyli, że jednak podstawówka. Za grupką, chybocząc się na wysokich obcasikach, drobiły jakieś dwie wymalowane panny w mini, których stałym adresem zameldowania chyba było solarium. Ewentualnie wróciły właśnie z wakacji w upalnym i słonecznym kraju, które to wakacje spędziły leżąc plackiem na plaży.
Tak więc zatrzymałam się na chodniku i spojrzałam z niedowierzaniem na maluchy, co spotkało się z reakcją pełną oburzenia:
- I co się gapis, stala kulwo? – wrzasnął mały hardkor.
Z tych kilku słów mój mózg wyłowił naprędce jedno: stara.
I nieco mi ciśnienie podskoczyło.
Że niby co? Mój nowy krem na zmarszczki nie działa?
Co tu takiemu maluchowi odpowiedzieć? Palnąć w łeb od razu? Przecież to nie moje dziecko, jeszcze mnie ktoś oskarży o znęcanie się.
- Naucz się dziecko „r” wymawiać – rzuciłam na odczepnego, z zamiarem odejścia (celem pilnego zakupu lepszego kremu).
- Pierldrol się! – odwrzasnęło to coś, co było chłopczykiem w słodkiej różowej kurteczce. Ubiór zapewne dla niepoznaki.
Czyli jednak da się „r” powiedzieć, jeśli się usilnie chce.
O dziwo reszta świty towarzyszącej hardkorowi stała spokojnie, w milczeniu kontemplując zaistniałą sytuację. Paniusie drepczące za grupką, zatrzymały się omawiając długość tipsów i najmodniejsze wzory ozdób świątecznych, umieszczonych na owych tipsach.
Sama nie wiem jak to się stało, ale moja ręka zbliżyła się niebezpiecznie blisko małego hardkora. Celem rozpłaszczenia smarkacza na pobliskim murze. Odruch chyba jakiś.
I w tym momencie rozległ się piskliwy krzyk:
- Zostaw moje dziecko!
Najwidoczniej sprawa tipsów nie była jednak priorytetem.
Jedna z pomarańczowych panienek ruszyła w moją stronę, drobiąc szybciutko po ośnieżonym chodniku.
Kobieto, uważaj, bo sobie raciczki połamiesz – tylko tyle przemknęło mi przez myśl, widząc tę desperacką próbę zbliżenia się.
- Ratunku! – wrzasnęła pomarańczowa panienka, wymachując w powietrzu tipsami – Zboczeniec!
Na wszelki wypadek cofnęłam rękę i obejrzałam się za siebie. Przystająca obok niemłoda już kobieta, a tuż za nią mężczyzna, którego wiek wskazywał na to, że jakiekolwiek ekscesy seksualne ma już dawno za sobą, nie wyglądali mi na zboczeńców.
- Jak ty się wyrażasz gówniarzu? – pan postanowił zainterweniować. – Kto cię nauczył takich słów? Za moich czasów...
Panu nie dane było skończyć, co było za jego czasów, bo z ust hardkora wypłynął potok słów.
- Gupi ciulu nie wpieldalaj się! Jebać policję! Chuj ci w dupe! – chłopczyk spojrzał buntowniczo na swój orszak, który powoli zaczynał się rozchodzić. – Gdzie kulwa idziecie? Boicie się tchórze? Co ci taka pizda może zlobić?
„R” dziecinko. Znowu nie wymawiasz „r”.
- Kubusiu! – pomarańczowa panienka uznała za stosowne odezwać się. Już wiem skąd Puchatek na tornistrze. Pewno bez tego, imienia własnego dziecka byś kobieto nie zapamiętała. – Odsuń się w tej chwili! Nie rozmawia się z obcymi!
- To pani dziecko? – zainteresowała się niemłoda już kobieta.
Starszy pan zamilkł, wpatrując się morderczym wzrokiem w różową kurteczkę, która przezornie schowała się za panterkowym mini.
- Kto wie, czy to w ogóle dziecko – wylazła ze mnie wredota. – I czyje...
- Co pani sobie wyobraża! – zapiszczała pomarańczowa panienka – że nie wiem kto jest jego ojcem?
Towarzysząca jej koleżanka milczała taktownie, obserwując swoje tipsy.
Wzruszyłam ramionami i ruszyłam z miejsca, próbując pohamować niedobry odruch przyłożenia komuś w pysk.
- Kubusiu! Idziemy! – zapiszczała ofiara solarium, łapiąc hardkora za rączkę i robiąc kilka niezdarnych kroczków.
Rozległ się pisk.
Zerknęłam przez ramię, akurat w chwili gdy mama foczka upadała w zaspę.
A przewidywałam, że raciczki sobie połamie. Kto normalny biega w takich obcasikach po ośnieżonym chodniku?
Pozostała dwójka potencjalnych zboczeńców ruszyła każde w swoją stronę, nie zważając już na wrzaski i przekleństwa dobywające się z usteczek panienki.
Tylko dziecka szkoda...
Niemniej podstawy pod Gimbusa już ma.
I ta różowa kurteczka... Ech... idealna do słit foci z rąsi.
Z pozdrowieniami dla Matki Roku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz