21 czerwca 2016

Samotna starość boli

Szpitale, poradnie, kliniki onkologiczne – miejsca, w które nikt nie chce trafić. Czasami jednak życie nas tam kieruje. Albo chęć uratowania życia, nadzieja...
Przez pewien czas bywałam tam w charakterze osoby towarzyszącej.
Dużym szokiem było dla mnie to, że jest tam bardzo dużo pacjentów. Przyznam, że nie spodziewałam się takiej ilości chorych. Począwszy od młodziutkich osób, które mają przed sobą całe swoje życie (mam nadzieję, że mają...), po osoby naprawdę wiekowe, których świeczka życia już dogasa.
Zastanowiła mnie ilość osób towarzyszących chorej osobie. Pacjenci młodzi i w średnim wieku – zwykle przychodzili z kimś.
Natomiast osoby starsze... na palcach jednej ręki mogłam policzyć ilu z nich ktoś towarzyszył.
Tam zobaczyłam jak wygląda samotność. Samotna starość.
Starsi ludzie pozostawieni sami sobie, z bólem, strachem, nierzadko mający trudności z poruszaniem się, pamięcią czy komunikacją z innymi.
Zdani na łaskę obcych ludzi i personelu.
Smutne widoki, które tam zobaczyłam, zapewne będę pamiętać długo.
Staruszkę z trudem poruszającą się o kulach i próbującą dotrzeć pod drzwi gabinetu.
Staruszka z balkonikiem, rozglądającego się bezradnie po poczekalni. Czy tego, dopytującego się niespokojnie o numer gabinetu. Innego, ściskającego kurczowo teczkę z badaniami i dopytującego ludzi czy na pewno stoi we właściwej kolejce do rejestracji. Komuś upadła saszetka, wypuszczona z drżących rąk, komuś rozsypały się wyniki, a siedzące w pobliżu osoby próbowały pomóc i podać upuszczone przedmioty.
Samotni starsi ludzie zagubieni, smutni, z strachem, przerażeniem, widocznym w ich oczach i na twarzach. Bez bliskich, bez przyjaciół, bez znajomych, którzy wsparliby ich w tych trudnych dla nich chwilach.
Nie powinni być sami.

Personel medyczny odwalał tam kawał wspaniałej roboty. Byli pełni życzliwości, uprzejmości, współczucia i zrozumienia. Wspierali i pocieszali przerażonych staruszków. Dodawali otuchy. Troskliwie i z anielską cierpliwością tłumaczyli po kilkanaście razy jedną i tę samą rzecz. Ułatwiali pacjentom życie jak tylko mogli. Tu podsunęli wózek, tu podprowadzili do windy, tu zaprowadzili (zawieźli wózkiem) do lekarza, na badania, posadzili na ławce, podali upuszczone przedmioty. Przechodząc obok, dopytywali czy wszystko w porządku. Nie było po nich poznać zniecierpliwienia, pośpiechu. Nawet gdy jedna ze starszych pań uparła się, że zamiast jechać na wózku, pójdzie pieszo.
- Bo ja siostrzyczko jeszcze siły mam. Muszę mieć. Nie trzeba mnie wozić. – twierdziła, wspierając się na pielęgniarce. I szły korytarzem w iście żółwim tempie, kroczek po kroczku, przystając co trochę, by starsza pani mogła odpocząć. Z twarzy pielęgniarki nie schodził życzliwy uśmiech. Cierpliwie wysłuchiwała opowieści o wspaniałych dzieciach i wnukach. Tylko gdzie do cholery te „wspaniałe dzieci i wnuki” były? Na pewno nie było ich przy osobie, której w tej chwili były potrzebne.
Życzliwy ochrzan, który dostała bliska mi osoba, na długo pozostanie w mojej pamięci:
- Pan doktor każe przyjść do kontroli, a ja nie wiem czy dożyję... – ten strach w głosie słyszałam często.
- Ależ co mi pan tu opowiada, że pan nie dożyje! – „oburzył się” lekarz – Tu przychodzą ludzie starsi od pana! Chcę tu pana widzieć na kontroli i zobaczyć bardzo dobre wyniki.
- Ale w moim wieku...
- Co w pana wieku, no co? Młody pan jeszcze jest. Dbać o siebie i korzystać z życia!
Ktoś mi bliski zaczął się niepewnie uśmiechać.
- To umawiamy się, że widzimy się (data). I nie gadać mi to, że pan nie dożyje. Bo ja tu będę czekał na pana.
Pokuszę się o stwierdzenie, że tam nie ma personelu medycznego – tam są anioły, które pomagają ludziom.

Na szczęście nie wszystkie starsze osoby były osamotnione i pozbawione wsparcia.
W sercu coś mnie ściskało, kiedy widziałam dresa przyprowadzającego schorowaną matkę na zabieg i opiekującego się nią z delikatnością. Czy dwóch młodych mężczyzn zmieniających obuwie ojcu, który sam nie był w stanie sięgnąć do butów.
- Tata nie chodzi, zaraz podjadę pod wejście.
- Nie trzeba synku – bronił się dzielnie staruszek.
- Nie trzeba, ale chcę – chłopak uśmiechnął się.
Dwie starsze panie, z których rozmowy wynikało, że są sąsiadkami. Jedna wspierała drugą.
Starsze, kochające się małżeństwo. Te uczucie biło od nich. Ona usadziła troskliwie jego na ławce, a sama poszła załatwiać rejestrację. Próbował protestować, że to on powinien opiekować się nią, a nie odwrotnie. Uciszyła jego protesty słowami, że jak ona zachoruje, to wtedy on będzie się opiekował nią. Pokiwał prędko głową. W ich spojrzeniach dało się zauważyć ogromną miłość.

Samotna starość to bardzo przykra rzecz.
To co zobaczyłam na onkologii uświadomiło mi, że zbyt wiele osób zapomina o swoich bliskich. Nie udziela im wsparcia, pomocy, odtrąca brutalnie, wyrzuca ze swojego życia, tak jak wyrzuca się odpadki na śmietnik. Zapominają. Uznając, że stary człowiek to już długo nie pożyje, można o nim zapomnieć. I tak umrze.
Ludzie żyją w ciągłej gonitwie za pieniędzmi, stresie, brakuje im czasu, by poświęcić go na bliskich. A jeśli już nawet mają czas, to wolą go wykorzystać na swoje przyjemności. Bo przecież ten stary człowiek i tak umrze...
W oczach tych samotnych, starszych ludzi widziałam łzy wzruszenia, na zwykłe życzliwe gesty. Podanie upuszczonej rzeczy (ot coś banalnego, co robimy odruchowo, kiedy osobie obok nas coś upadnie. Podnosisz, podajesz i nie przywiązujesz do tego wagi) spotykało się z wieloma podziękowaniami, żarliwymi podziękowaniami.
Zwykłe podprowadzenie do gabinetu, udzielenie informacji o numerze gabinetu, czy życzliwy uśmiech anielskiego personelu sprawiało, że ci starsi ludzie byli wdzięczni za okazane im zainteresowanie i pomoc. Było to dla nich coś niezwykle cennego, wartościowego. Coś, czego najwidoczniej nie doświadczali na co dzień.
Wielu starszych ludzi nie przyjdzie i nie powie: potrzebuję cię, potrzebuję twojej pomocy, kilku ciepłych słów, pocieszenia, czy wsparcia. Są wychowani inaczej niż młode pokolenie. Przeżyli o wiele więcej, nieraz ciężkich, tragicznych wydarzeń. Przeważnie zmuszeni byli sami troszczyć się o siebie i swoich bliskich. Są twardzi. Próbują być twardzi. Próbują wciąż być samodzielni. Nie chcą obarczać swoimi problemami innych, uznając, że nic im się już nie należy od życia.

Rozejrzyjcie się czasami dookoła siebie. Prosty gest, życzliwy uśmiech, pomoc, chwila rozmowy – was to nic nie kosztuje, a możecie w jednej chwili rozjaśnić komuś dzień.
I pamiętajcie – wy też kiedyś będziecie starzy. Obyście nigdy nie odczuli na własnej skórze obojętności i samotnej starości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz