Swoim leniwym zwyczajem wbiłam na demoty. W przerwach pomiędzy ubijaniem wroga (w końcu nie samą grą nolife żyje), a czyszczeniem Vikinga - bo się maleństwo uświniło po deszczowej rajzie. Wyskoczyły mi dziwne obrazki i teksty dotyczące słitaśnych pokemonków.
Myślę sobie - oooo, czyżby bajka wróciła do łask? Pikachu był całkiem fajny - żółciutki i wyglądał jak mięciutka kaczuszka rodem z reklam produktów dziecięcych.
Jednak po tekście, że Pokemon Go jest podobny do Tindera, bo w obu przypadkach chodzi o upolowanie potwora z pobliskiej okolicy - nieco zwątpiłam. Czyli to nie o bajkę chodziło. Może zatem to nowy portal randkowy? Dla japończyków?
Rozkminiałabym pewnie do białego rana o co tu biega, ale domowa młodzież wykazała się empatią i wytłumaczyła starej matce co to jest to całe Pokemon Go.
Z jednej strony zarąbiście, że ktoś stworzył aplikację, która zmusza ludzi do wychodzenia z domu i przemieszczania się po mieście. Trochę ruchu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
Z drugiej strony - oczami wyobraźni już widzę te sfory zombiaków pochylające się nad srajfonami (w nadziei upolowania pokemonka), bezmyślnie pakujące się na jezdnię, włażące pod koła aut, motocykli, obijające się o latarnie, słupy, wpadające na innych. Będzie trzeba jeszcze bardziej uważać na drodze, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zombie zaatakuje.
A z trzeciej strony - podziwiam genialny umysł pomysłodawcy, twórcy aplikacji. Stworzyć coś, co spowoduje, że rzesze ludzi będą chodzić pod czyjeś dyktando :D Kierować ich spacerem, krokami, wytyczać im trasę do pokonania, a w nagrodę pozwolić im złapać wirtualnego pokemonka! :D
Toż to lepsze od psa pasterskiego oganiającego stado baranów :D
Ba! To jest lepsze od kierowania Simsami!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz