Zaczęło się niewinnie.
- Ty, Thori, a może byś tak wróciła do Lorda (jedna z gier)? Miasto rozbudujesz, surki mi wyślesz, zbierze się wojska i zaatakuje jakiegoś cieniasa (na silnych nie porywamy się – nie ma co ryzykować).
- Jasne, stary, jasne – wyszczerzyłam zęby w szerokim uśmiechu. – Zaraz lognę.
I tu mógłby być koniec tej jakże krótkiej, ale treściwej rozmowy.
Komp odpalony, gra też...
Jednak za dobrze byłoby gdyby wszystko poszło gładko.
Dawno nie logowałam się na swoje konto, a po kolejnym z rzędu formacie kompa, który nie wiedzieć dlaczego odmawia posłuszeństwa i komunikacji w momencie, w którym jest potrzebny, jak zwykle utraciłam wszystkie swoje zapisane loginy i hasła.
A trochę tego było, jako, że kobieta zmienną jest.
Cóż pozostało?
Albo wpisywać na chybił trafił – pogratulowałam sobie w duchu, że nie wymyśliłam loginów typu: gujtkiejsidyj gty679435 i haseł: qwerty1, albo przekopać nieprzebrane pokłady pamięci.
Przeleciałam w myślach swoje nicki z gier, poddając się głębokim medytacjom i zmuszeniu mózgu do wysiłku. Co jako blondynce, nieraz przychodzi mi z wyraźnym trudem (w końcu nie powinno się zanadto odbiegać od stereotypu), mniej więcej takim samym jak wtaczanie przez Syzyfa głazu na górę. Już u szczytu, a tu nagle bęc... Zupełnie jak sex z kolesiem szybko kończącym. Jak to mówią – tak dobrze żarło i zdechło.
Niestety obie metody zawiodły. Kto wie czy nawet sobie czegoś tam nie zablokowałam poprzez to namiętne wpisywanie na chybił trafił literek i cyferek.
Byle nie konta bankowego, bo to już nie byłoby wesołe.
Ciśnienie mi znacznie podrosło.
W grze event, istnieje szansa na wbicie wyższego lvl niż mam, a ja tu obijam się, próbując przypomnieć sobie loginy i hasła, zamiast tłuc moby i robić questy.
Zgrzytnęłam zębami, odpaliłam kolejną fajkę, zrobiłam sobie spory kubek melisy, chociaż nie wiem czy w tym przypadku nie lepsze byłoby opakowanie Relanium i usiadłam przed monitorem, wgapiając się w niego bezmyślnie.
Promyczki słońca przebiły się przez warstwę kurzu zalegającą na szybach i połaskotały w nos, zalewając swoim światłem – oślepiającym w chwili, kiedy nawalasz bossa i nie widzisz co robisz, bo skubane świecą po oczach.
To musiała być naprawdę desperacja, bo przez głowę przemknęło mi w tej chwili tylko jedno.
Trzeba umyć te cholerne okna. Spróbowałam sobie przypomnieć kiedy ostatni raz miało to miejsce. Okazało się, że moja pamięć tak daleko nie sięga.
Pamiętała jednak, że na stres najlepszy jest wysiłek fizyczny...
Dobra – umyłam okna.
Szyby też, aby nie było wątpliwości.
Zmachałam się jak norka, ale zalśniły czystością i zapachem świeżo wypranych firanek.
Słońce wydawało się tym wyraźnie ucieszone i w mieszkaniu zrobiło się jakoś jaśniej.
To ważne dla ludzkości wydarzenie przyczyniło się do tego co nastąpiło później.
Rozejrzałam się po mieszkaniu i doszłam do wniosku, że skoro już dokonałam tak heroicznego czynu jak doprowadzenie okien do porządku, to może w ramach tej bohaterskości zajmę się resztą?
Pokoje mojej młodzieży odpuściłam sobie od razu.
Młoda u siebie ma strefę radioaktywną, a drzwi przypominają wejście do tajnego laboratorium pełnego groźnych wirusów i bakterii szalejących na wolności po całych kilku metrach kwadratowych jej pokoju. Podobno zaprzyjaźnione wyłącznie z Młodą, resztę traktują wrogo.
Nie zamierzałam ryzykować aż tak.
Młody z kolei ma u siebie coś w rodzaju jaskini, zawierającej w środku groźnego, rozdrażnionego niedźwiedzia grizzli. Niedźwiedź ten czasami wydaje podejrzane odgłosy takie jak: „Uważaj, bomba!” „Za tobą!” czy też całą serię zupełnie niezrozumiałych dla obserwatora krzyków.
Czasami wydaje mi się, że ów rozdrażniony grizzli i Młody to jedna i ta sama osoba.
Młody Grizzli dobrowolnie wychyla się z jaskini wyłącznie w celu zaspokojenia podstawowych potrzeb potrzebnych do przetrwania, czyli pozostawienia resztek niestrawionego żarcia w toalecie ( w końcu to nie kot, żeby mu kuwetę w pokoju wstawiać) oraz zdobycia nowych porcji żarcia w lodówce.
Wszelkie inne wyjścia – jak na przykład wygonienie do szkoły, zapędzenie do sprzątania, pomocy w domu itp. – wymagają odpowiedniego kuszenia, wabienia, obłaskawiania, najlepiej dużą porcją spaghetti.
Tak więc, skoro odpuściłam sobie pokoje młodzieży, pozostało mi ogarnięcie reszty mieszkania.
Tu już poszło łatwo i szybko.
Napięcie i stres związane z próbami dostania się na swoje konto zostały znacznie załagodzone, po dokonaniu rytualnego oczyszczenia mieszkania, umycia podłóg, wygonienia ze zlewu kolonii zarazków, próbujących wynaleźć koło, nawet pokusiłam się o wstawienie obiadu, a raczej bardzo późnej kolacji, bo trochę mi na tym sprzątaniu zeszło.
I wtedy mój wzrok padł na jedną z półek z książkami – a te gromadzę namiętnie.
Wychylający się spomiędzy zaczytanych fantasy, obyczajówek, kryminałów i książeczek z humorami, kawałek czegoś różowego, zastanowił mnie.
Sięgnęłam po niego bez wahania.
Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech zadowolenia, radości, błogości i wszystkiego tego, co może świadczyć o nadmiernym upojeniu szczęściem.
Jakbym trafiła szóstkę w totka i to kilkanaście razy pod rząd.
Niepozorny różowy zeszycik był odpowiedzią na moje wszystkie pytania dotyczące loginów i haseł.
Pozostawało pytanie, skąd wziął się w tym miejscu, miast leżeć grzecznie koło kompa, ale pewnie chciałam go schować przed moją młodzieżą.
A już tak mam, że jak coś schowam, to rzadko kiedy się odnajduje.
Moja młodzież domowa już o tym wie i dlatego często z ich ust padają takie słowa:
„Matka, tylko tego broń boże nie chowaj! „ czy też: „Zostaw! Nie ruszaj! To nie może zaginąć!”
Z oczami pełnymi łez wzruszenia przekartkowałam na szybko zeszycik.
Były!
Wszystkie moje passy tam były!
Popatrzyłam ze smutkiem na próbę przygotowania późnej kolacji dla naszej trójki, porwałam kawałek chałwy z lodówki ( w końcu młodzież domowa ma ręce, to coś sobie sama zrobi jak zgłodnieje) i pędem puściłam się w stronę kompa, celem powrotu do środowiska zaprzyjaźnionego, czyli gier, for i netu.
I jak zwykle wsiąkłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz