20 października 2013

Jak Gimbusówna szukała legitymacji

Spokojne, leniwe popołudnie. Promienie jesiennego słoneczka zaglądały leniwie przez okno, kładąc się jasną smugą na panelach. Wirujące w ich poświacie drobinki kurzu przypominały, że wypadałoby wreszcie włączyć odkurzacz i zrobić porządek. Parująca na biurku kawa, włączony komputer i potwory w grze, które należało ubić, aby zdobyć kolejny level, kusiły obietnicą porządnego dropu. O wiele ciekawszego niż to, co mogło wypaść z odkurzacza po porządkach. Decyzję mogłam podjąć jedną.
Gramy, sprzątanie poczeka.
Gimbusówna poszła ze znajomymi, Młody Grizzli zaszył się w swojej jaskini, czyli że nikt nie będzie mi przeszkadzał – pomyślałam z satysfakcją wciskając spację, aby załatwić kolejnego potwora.
Gdyby w życiu realnym była taka możliwość... Wciśnięcie spacji i potwora nie ma. Chyba większa część ludzkości musiałaby kupować co miesiąc nowe klawiatury. Bądź wymieniać ów podłużny przycisk. Chociaż czterysta sześćdziesiąt kliknięć nie powinno wyrządzić wielkich szkód. Na fejsie więcej lajków leci.
I popołudnie pozostałoby miłym, spokojnym i leniwym, gdyby drzwi wejściowe nie otworzyły się z wielkim hukiem i do środka nie wpadło dziecię nastoletnie.
- Jedziemy do kina! – oznajmiło, wpadając do swojego pokoju.
Zapewne celem przebrania się, jak miało to zwyczaj czynić kilka, a czasami kilkanaście razy dziennie. Oczami wyobraźni widziałam już kolejną stertę prania piętrzącą się w łazience, wypełzającą z kosza na brudną bieliznę, zwieńczoną stojącymi skarpetkami Młodego Grizzli.
- Jedźcie – zgodziłam się, upatrując w niespodziewanym wypadzie do kina, możliwości na spędzenie reszty popołudnia w naprawdę miłym nastroju.
- Kasę mi daj! – wrzasnęło dziecię, przekopując się przez nagromadzone na tapczanie złoża ubrań.
- I legitymację zabierz – mruknęłam, szukając wzrokiem portfela.
Wprost niesamowite, że za trzydzieści złotych można kupić kilka godzin spokoju.
Dźwięki szurania, przesuwania, zrzucania czegoś na podłogę świadczyły o tym, że Gimbusówna obleka swoje ciało w czyste ciuchy. I szuka legitymacji. Słowa, nie pasujące do obrazu grzecznej nastolatki (którą dziecię i tak nie było), a które zaczęły coraz głośniej dobiegać z pokoju, wywołały leciutki, złośliwy uśmiech na twarzy wrednej matki.
Ubiłam kolejnego potwora w grze, zastanawiając się kiedy poszukiwania legitymacji zakończą się głośnym wrzaskiem.
Długo nie musiałam czekać.
- Nie mam! – do moich uszu dotarł paniczny głos Gimbusówny.
- Cóż malutka, no to masz problem – mruknęłam znad klawiatury. – Poszukaj dokładnie! – odkrzyknęłam, chowając trzydzieści złotych z powrotem do portfela.
Spokojne, leniwe popołudnie i randka z potworami zaczynała odpływać w przeszłość.
Problem legitymacji przerabiałyśmy już kilkadziesiąt razy. Za każdym razem kosztowało mnie to opłatę za zdjęcia i wyrobienie nowej.
Jak to jest, że inne dzieci nie gubią tego małego, sztywnego kartoniku w kolorze brudnego różu, bądź wyblakłego różu, a moje dziecię czyni to z godnym podziwu zaparciem?
Gdyby owo zaparcie towarzyszyło zdobywaniu wiedzy nie miałabym nic przeciwko.
- No i wygląda na to, że nie jedziesz – mruknęła wredna matka, wyłączając grę.
- Pojadę bez! – oznajmiła Gimbusówna wychylając się ze swojego pokoju.
- Jeśli tylko podasz mi naprawdę konkretny powód dla którego mam zapłacić za ciebie, jak za osobę dorosłą, czyli jakieś dwa razy więcej, wliczając w to bilety autobusowe.
- Bo chcę!
Bo ty chcesz... Gdybyś tylko wiedziała czego ja chcę... A nie, pewne rzeczy lepiej aby pozostały dla ciebie tajemnicą. Jeszcze mogłabyś się nabawić jakiejś fobii. Z mojego umysłu zniknęła wizja związanej, zakneblowanej Gimbusówny, zamkniętej na głucho w piwnicy.
- Użyj innego - zaproponowałam wspaniałomyślnie.
- No co ty matka, ja muszę pojechać, wszyscy znajomi jadą, nowy film wszedł, chcemy go obejrzeć, gdzie jest mój lakier, bo muszę jeszcze grzywkę poprawić, kupimy sobie popcorn i colę, widziałaś puder bo pryszcz mi wyskoczył, dawno w kinie nie byłam, wrócę przed dziesiątą wieczorem, pożycz mi tusz do rzęs – przebiegła przez przedpokój, dopadając łazienki.
- Wciąż nie jestem przekonana – mruknęłam.
Wzmianka o kosmetykach sprawiła, że moje myśli skierowały się mimowolnie w stronę zamkniętej kosmetyczki zawierającej te drogocenne skarby, ukrytej głęboko przed chciwymi łapskami Gimbusówny. Zadrżałam z niepokoju, że dziecię mogło przypadkowo odkryć skrytkę. Eee nie – zganiłam się w myślach – zabetonowałaś na podwórku koło trzepaka. Nie znajdzie.
- Daj mi kasę! – Gimbusówna zmaterializowała się obok mnie, wyciągając rękę.
- Legitymacja – wyciągnęłam swoją.
- No matka! Nie mam!
- Sorry, Winnetou – użyłam powiedzonka z lat młodości. – Nie jedziesz. Tyle razy tłumaczyłam, że legitymacja jest twoim dokumentem tożsamości, prawda? – skoro z ust dziecięcia może padać słowotok to i ja sobie na niego pozwolę – Takim samym jak dowód osobisty, prawo jazdy, paszport. Zawiera twoje dane, których ktoś może użyć podszywając się pod ciebie. I co wtedy? Wystarczy, że znajdzie się osoba podobna do ciebie z twarzy, użyje twojej legitymacji i na przykład przy włamaniu do kiosku, dajmy na to w Krakowie, poda się za ciebie. A potem my, bo jako twój prawny opiekun, rodzic, będę musiała jechać z tobą, będziemy zmuszone tłuc się pociągami na przesłuchania, rozprawy i nie wiadomo co jeszcze. A jak chcesz jechać pociągiem nie mając legitymacji? Do tego owa legitymacja upoważnia cię do zniżkowych przejazdów, biletów w kinie. Bez niej płacisz jak dorosły. Domagasz się ode mnie pieniędzy, ale sama nie pomyślisz o tym, aby je zaoszczędzić.
Dziecię patrzyło na mnie z miną kota srającego na puszczy. Trybiki w mózgu pewnie usiłowały coś pojąć z mojego wywodu, jednak sprawiało to najwyraźniej ból.
- Bo zapomniałam jej! – poinformowało dziecię
- Gdzie zapomniałaś?
- No w szkole! W szafce!
- To idź po nią. W szkole są jeszcze panie woźne, kluczyk do szafki masz – podsunęłam rozwiązanie problemu.
- Ale w szafce Izy!
- To idź do Izy po kluczyk, a potem do szkoły.
- Ale Iza jest w Krakowie!
Coś za często ten Kraków zaczyna mi się pojawiać. Jak nic, nabawię się urazu.
- To poczekaj aż wróci – rzuciłam, czując, że zaczyna mnie ogarniać zniecierpliwienie.
- Ale ona wraca w poniedziałek!
- Posłuchaj Gimbusówna – spojrzałam na nią nieprzyjemnie. Kawa zdążyła wystygnąć, zresztą i tak nie była już potrzebna. – W poniedziałek skontaktujesz się z Izą, otworzy ci szafkę i weźmiesz swoją legitymację. – wyjaśniłam najprościej jak mogłam
- Ale kino jest dzisiaj!
- Kino stoi dzisiaj, będzie stało jutro i pojutrze i myślę, że o ile ktoś nie podłoży bomby i wysadzi go w powietrze, to postoi jeszcze kilka lat.
- Bo ty mi na nic nie pozwalasz! Żałujesz mi paru groszy! Co cię zbawi jak dasz mi więcej pieniędzy! – Gimbusówna zaczęła się rozkręcać.
Westchnęłam ciężko.
Wstałam, podeszłam do szafy, wyjęłam leżący w niej segregator, a z niego wypchaną kopertę A-4 pełną sztywnych kartoników bladoróżowych bądź brudnoróżowych, uzbieranych na przestrzeni ośmiu lat edukacji Gimbusówny. Nie wiem po co wciąż je trzymałam. Może dla chwil takich jak ta.
Odnajdywały się po czasie pod szafami, pod dywanem, wciśnięte na dnie kosza do prania. Niektóre wyciągałam z pralki po uprzednim odwirowaniu. Innymi pies się dożywiał. Te potłuszczone wędrowały z Gimbusówną w pojemnikach na śniadanie, taplając się radośnie w roztopionym maśle i kremie czekoladowym. Niektóre były zupełnie czyste. Te podróżowały w torbach, plecakach jej koleżanek i kolegów ze szkoły, kiedy Gimbusówna prosiła o ich przechowanie.
Wrednie otworzyłam kopertę i wysypałam legitymacje na stół.
- Wybierz sobie – rzuciłam jadowicie.
- Ale te są stare! Nieaktualne! – wrzasnęło dziecię.
- To sobie zaktualizujesz kolejną w szkole – pozbierałam sztywne kartoniki – Zdjęcie i pieniądze na załatwienie sprawy, dam ci rano.
- Czyli nie jadę! – Gimbusówna wlepiła we mnie niebieskie ślepia.
- Nie jedziesz – odparłam spokojnie.
- Wredna jesteś!
Dziecię wybiegło z pokoju, trzaskając drzwiami.
- Ano jestem – przyznałam cicho, włączając na powrót komputer.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz