01 października 2013

Jak Gimbusównie spełniały się marzenia

Poranek zapowiadał się spokojnie.
Po wieczornym zajściu ze zwolnieniem z religii, Gimbusówna trwała w swojej obrazie i nie odzywała się do matki.
Nic jednak nie może długo trwać.
Święty spokój również. Równowaga w przyrodzie musi zostać zachowana.
Zrobiłam sobie herbatę, odpaliłam kompa – trzeba dopracować teksty.
Jednym uchem słuchając dzieciarni z podstawówki wrzeszczącej pod oknami (zawsze człowiek nauczy się kilku nowych zwrotów uznanych powszechnie za obraźliwe czy wulgarne), drugim łowiłam ciężkie kroki Gimbusówny.
Zbliżały się. Krążyły po mieszkaniu. 
Dało się słyszeć trzaski otwieranych szaf.
Jednym słowem nadchodził finał porannej rewii mody, gdzie główną modelką była jak zwykle Gimbusówna.
- Nie mam kurtki! – wrzask rozlegający się o poranku w zaciszu mieszkania sprawił, że zastanowiłam się nad tym, czy nie zacząć Gimbusówny reklamować jako skutecznego środka na pobudzenie, zamiast kawy.
- Masz w szafie – wskazałam dziecięciu kierunek poszukiwań.
- Nie mam! – wrzask nasilił się – Nie mam się w co ubrać! Sobie to kupujesz skórzane kurtki, a ja nie mam co na siebie włożyć!
Cóż, najwidoczniej mój nabytek pozostanie na długo bolesnym tematem dla Gimbusówny. Wyłącznie z tego powodu, że nie zamierzam go jej pożyczyć. A wszelkie dyskusje ucinam, że to moja kurtka i już. I łapy precz od niej. Niestety najwidoczniej do Gimbusówny wciąż nie może dotrzeć pojęcie własności. Mojej własności.
- Gimbusówna – trzeba było zareagować, w końcu inni może chcieli jeszcze pospać – Otwórz szafę, weź swoją kurtkę i nie marudź – zasugerowałam spokojnie.
- Nie mam! – wiedzieliście, że rano tak niesie echo? – Nic nie mam! Żadnych ubrań!
Dla świętego spokoju poszłam do jej pokoju, otworzyłam szafy i pokazałam sterty rzeczy.
- W tym nie wyjdę! I to już niemodne! I to nie pasuje do butów! I sama mi kupiłaś skejty! (bo się ich domagałaś, twierdząc, że tylko takie założysz, a po trzech godzinach łażenia po sklepach pragnęłam tylko, abyś się zamknęła. Nie uwierzysz, ale gotowa byłam zatkać ci wrzeszczący otwór gębowy tymi skejtami, bez których nie chciałaś wyjść ze sklepu) I nie mam nawet butów! (a te cztery pary adiasów różnej maści to pewnie są golfami). I mówiłam ci, żebyś mi kupiła glany! (promocja tylko pięćset za parę naprawdę koszmarnych buciorów) Albo te na tym obcasie wysokim! (wybacz, na urazówce mają deficyt gipsu do unieruchamiania twoich połamanych kończyn. Wiesz, limity NFZ). I nie mam ubrań! (zdecyduj się wreszcie czy ubrań czy butów).
- Dobra Gimbusówna, ubieraj się i leć do szkoły, bo spóźnisz się – ponagliłam ją delikatnie, zastanawiając się jednocześnie jakim cudem ona zdołała upchnąć tyle odzieży w szafach.
Wyjściu do szkoły towarzyszyły jeszcze marudzące wrzaski niewiele różniące się od wcześniejszych. Wreszcie wkładając na siebie strój sugerujący o tym, że na dworze panują upały i okrzykiem: Jak się przeziębię, to przez ciebie! – dziecię raczyło opuścić mieszkanie.
Z ulgą zamknęłam za owym dziecięciem drzwi. Można było wrócić do pisania.
Usiadłam, zapaliłam i wgapiłam bezmyślnie w okno.
Gimbusówna nie ma ubrań? Raczej szafy się skończyły, skoro połowa rzeczy leży na podłodze.
Zresztą i tak pora zrobić porządek w jej pokoju, usunąć odpady radioaktywne.
Odszukałam kombinezon, przywdziałam specjalną maskę i z miotłą w dłoni, środkami do dezynfekcji wkroczyłam na niebezpieczny teren.
Efekt?
Po przejrzeniu uważnym tego co Gimbusówna zgromadziła w swoim pokoju, doszłam do wniosku, że nadmiar czegokolwiek źle wpływa na wzrok. A do ślepoty mojego dziecięcia dopuścić nie mogę.
Na pierwszy ogień poszły ubrania. Połowa z nich wylądowała schowana tak, że nie znajdzie ich długo. Zostawiłam tylko to co odpowiednie na tę porę roku i to w dość okrojonej ilości. Ładnie poukładane. I miejsce w szafach się nagle zrobiło. Dziecię nie będzie już musiało rzucać niczego na podłogę, z braku miejsca w wyżej wymienionych. Dobrze, że schowek był tak pojemny, bo pewnie musiałabym te łachy do sąsiadów wynieść.
Potem zlikwidowałam kolonię pleśni przy biurku, kosmate kłaki kurzu zwisające ze ścian. Widząc to, grupa bakterii i śmieci spod łóżka zaczęła toczyć się w stronę drzwi. Najwidoczniej zdążyły już wynaleźć koło, bo dość sprawnie im to szło.
To co leżało na podłodze beztrosko zgarnęłam do kosza. Jeśli coś leży na podłodze najwidoczniej nie jest nikomu potrzebne. Nie wiem tylko dlaczego Gimbusówna uznała, że kleje, przybory geometryczne są również taką rzeczą. Być może w gimnazjum matmy już nie mają. Teraz wszystko tak prędko się zmienia, że mogłam przegapić którąś świetlaną reformę edukacyjną.
Odkaziłam podłogę i mogłam w spokoju zasiąść na powrót do pisania, oczekując na zakończenie lekcji.
Po południu zaczęło się.
- Gdzie są moje ubrania? – wrzask dochodzący z czystego pokoju dziecięcia rozbawił wredną matkę. Tupot stóp zbliżających się gwałtownie do mojego zacisza przypominał odgłos stada pędzących słoni.
- Nie mam ubrań! – wrzasnęło dziecię, hamując z wdziękiem na progu.
- No wiem, mówiłaś rano – odparłam znudzonym tonem.
- Co zrobiłaś z moimi ubraniami!– zadziwiające, że niektórzy pytając nie używają formy pytającej. – Tam były rzeczy pożyczone od znajomych! – dobry zwyczaj nie pożyczaj, może czas zapoznać się z przysłowiami?
- Ja? – spojrzałam spokojnie na dziecko.
- Ty! – Gimbusówna wrzała gniewem, złością, gotowała się niczym grzesznicy w kotle.
- Gimbusówna – zaczęłam spokojnie – Sama mówiłaś, że nie masz ubrań. – przypomniałam jej – Trzeba uważać na to co się mówi. Niekiedy marzenia się spełniają – napiłam się herbaty.
Kolejne krzyki rozbrzmiały kakofonią.
- To ja zabiorę ci twoją kurtkę! – powinnam chyba w tym momencie zadrżeć ze strachu, popędzić do schowka i przepraszając dziecię, oddać mu to czego ponoć nie ma. Tyle, że przewidująco kurtkę też schowałam. Po tylu latach znam Gimbusównę i wiem z której strony uderzy.
- Dobra, idź zajmij się lekcjami – zaproponowałam – Lekturę masz do przeczytania.
- Nie pójdę! – dziecię zaparło się plecami w futrynę – Będę tu stała!
- A stój sobie – zgodziłam się
- I nie napiszesz nic! Będę ci przeszkadzać! – oznajmiło buntowniczo dziecię.
- Przeszkadzaj – wyraziłam zgodę – Tylko potem nie żądaj posiłków w domu. Sama rozumiesz. Nie ma kasy, nie ma żarcia – uśmiechnęłam się uprzejmie.
- Ty jesteś jakaś nienormalna! Ty nie jesteś jak inne matki! Po co ty mnie urodziłaś! – zasypała mnie słowotokiem.
Mało macierzyńsko było przyznawać się, że czasami też zastanawiam się nad tym ostatnim.
Wreszcie wywrzeszczawszy się, zabrała cztery literki z progu i pognała do swojego pokoju. Usłyszałam jeszcze tylko jak odpala lapka.
No to można wrócić do pisania.
Żalenie się na fejsie trochę potrwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz